wtorek, 15 sierpnia 2017

 Tytuł : "Przyszłość ma twoje imię"
 Autor : Elżbieta Rodzeń
 Wydawnictwo : Zysk i S-ka
 Data wydania :  17 lipiec 2017
 Liczba stron : 544
 



 Target


Literatura new adult nadal jest dla mnie czymś nowym. Myślę, że dorosłej osobie ciężko jest obiektywnie zrecenzować książkę, której nie jest targetem. Ta pozycja, jak bym przeczytała ją w wieku kilkunastu lat, zapewne wywołałaby we mnie więcej emocji niż teraz kiedy jestem osobą dorosłą z dość dużym bagażem doświadczeń. Nie znalazłam tu nic zaskakującego, problemy nastolatków były spowodowane głównie brakiem szczerości i komunikacji, a podstawy całej fabuły były dość mocno naciągane. Doszły do tego sztywne i przesłodzone dialogi, odrealnione postaci i dość powolny rytm narracji z mnóstwem powtórzeń. Ale to są wnioski osoby dorosłej. Młodsi czytelnicy znajdą w tej książce lustro, w którym odbijają się ich własne problemy, piękną miłość rodem z baśni Andersena i troszkę erotyki, która zabarwi policzki na różowo. Będzie to dla nich książka od której się nie oderwą nawet kosztem przysypiania w szkolnej ławce. I to właśnie dla nich jest ta książka.

Minęły trzy lata odkąd Blanka padła ofiarą napadu. Zamaskowany mężczyzna z bronią w ręku wziął
ją na zakładnika by zastraszyć kasjera i zmusić go do oddania utargu. Dziewczyna wraz z rodzicami przeprowadziła się do innego miasta by rozpocząć nowe życie. Pomimo psychoterapii nie udało jej się pozbyć traumy. Nadal ma problemy w kontaktach międzyludzkich, boi się dotyku. Przekroczenie progu sklepu jest ponad jej siły. 
Dzięki psychoterapeutce dostaje pracę w kawiarni gdzie poznaje Mateusza. Chłopak wydaje się być jej przeciwieństwem. Odważny Casanova, który miał w życiu dziesiątki dziewczyn jednak nigdy nie był w poważnym związku. Inteligentny i tanecznie uzdolniony boryka się z konsekwencjami przeszłości. Osierocony przez matkę, wyrzucony z domu przez ojca stara się posklejać własne życie.
Czy dla tej dwójki jest możliwa wspólna przyszłość? Czy uda im się pokonać dzielące ich bariery?

Kiedyś mój szef powiedział, że jak człowiek nie jest w stanie zebrać myśli, należy wypunktować najważniejsze zagadnienia i za ich pomocą, krok po kroku, przedstawić sprawę. Niezbyt często to robię jednak w przypadku tej pozycji wydaje się to jedynym słusznym wyjściem, gdyż po przeczytaniu tej książki mam istny mętlik w głowie. 

Punkt pierwszy : Fabuła
Poznajemy dwójkę głównych bohaterów, którym życie dało nieźle w kość. Tu autorka gra z nami w otwarte karty. Dowiadujemy się, że Blanka była ofiarą napadu a Mateusz wychował się w patologicznej rodzinie. Ta dwójka doświadczonych przez los młodych ludzi zakochuje się w sobie. Mateusz pomaga dziewczynie w walce z jej fobiami a ona w zamian motywuje go do zrobienia kroku w przyszłość i zawalczenia o własne marzenia. Typowa książka obyczajowa, która mogłaby się skończyć już po stu stronach. Jednak pojawia się tajemnica, a nawet kilka. Okazuje się, że nasi bohaterowie od samego początku nie są ze sobą szczerzy i zamiast wyjawić o sobie prawdę otaczają się murem przemilczeń. Jeśli jeszcze jestem w stanie zrozumieć Blankę tak milczenia Mateusza niestety nie. Powiedzmy sobie szczerze : gdyby nie brak komunikacji i szczerej rozmowy pomiędzy tą dwójką ludzi, ta książka by nie powstała gdyż autorka nie byłaby w stanie znaleźć wiarygodnego motywu ma twist akcji. A teraz popatrzmy z drugiej strony : czy wchodząc w nowy związek zaczynamy go od kłamstw i niedomówień? Czy można coś budować tylko na wyobrażeniach o drugiej osobie? Czy można chcieć być z kimś w związku jednocześnie nie chcąc oddać całego siebie? Nie chcąc się odkryć? Czy zbywanie i oszukiwanie jest receptą na sukces? I tu przechodzimy do punktu drugiego.

Punkt drugi : Bohaterowie
Naszych bohaterów nie powstydził by się sam Rober Louis Stevenson bo to prawdziwi Doktor Jekyll i Mr. Hyde, w wersji razy dwa. Dziewczyna, po traumatycznych przeżyciach, która boi się przejść koło spożywczaka, nie ma najmniejszych problemów z obsługiwaniem klientów w zatłoczonej studenckiej kawiarni. Z jednej strony unika wszelkiego kontaktu fizycznego, nawet z członkami własnej rodziny, a z drugiej już po kilku dniach znajomości z Mateuszem opuszcza gardę i pozwala się dotykać w miejscach gdzie światło dzienne nie dochodzi. A największym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że ta zastraszona, bojąca się kontaktu z ludźmi młoda dziewczyna, nie ma nic przeciwko samotnym wycieczkom na rolkach (nawet po nocy) a do tego udało jej się zrobić licencję pilota co przecież musiało się wiązać ze spędzeniem przynajmniej kilkunastu godzin w jednej kabinie z mężczyzną, który przez większość czasu siedział za jej plecami (co przez pół książki było dla niej wielkim tabu). Tak nie zachowują się ludzie po traumatycznych przejściach i mogę się mylić, ale uważam że osoby które faktycznie przezywają szok pourazowy mogę się poczuć skrzywdzone, gdyż postać Blanki była jednym wielkim żartem. 

Skupmy się teraz na Mateuszu. Jest to człowiek, któremu całościową metamorfozę psychiki udało się przejść w niespełna kilka dni. Brawo. Coś na co ludzie pracują latami, zazwyczaj pod kontrolą psychologów, jemu udało się dokonać tylko z pomocą miłości. Hmm... miłość jako środek resocjalizacyjny? Wszystko jest możliwe. Mateusz z osiedlowego bawidamka zamienił się w pantoflarza. Z rozrywkowego studenta w siedzącego na kanapie i oglądającego Netflix nudziarza. Wszystko byłoby pięknie jeśli dialogi wewnętrzne bohaterów zgadzałyby się z dialogami między postaciami. Co z tego, że Mateusz podaje Blance herbatkę i masuje jej nóżki, kiedy w myślach się zastanawia czy uda mu się ją zaciągnąć do łóżka. A jego związek z rodziną zastępczą młodszego brata? To w ogóle jedno wielkie nieporozumienie. Autorka chciała zrobić z naszego bohatera prawdziwą głowę rodziny, człowieka z aspiracjami, ciężko pracującego i niezależnego a wyszedł jej niestabilny emocjonalnie i sprzeczny wewnętrznie nastolatek. Nie można było tak od początku? Przynajmniej wyszło by wiarygodnie. 

Punkt trzeci : Ważne sprawy.
Książka porusza ważne tematy, obok których nie sposób przejść obojętnie. Patologiczne rodziny, system kuratorski i jego luki. Pomimo przekłamań i naciągnięć w charakterystyce bohaterów realia ich egzystencji oddane zostały realistycznie. Autorka w dosadny sposób pokazała znieczulicę polskich urzędników i powolność systemu, który zamiast pomagać obywatelom nadmiernie komplikuje procesy co może doprowadzić do tragedii. Z drugiej strony z książki wyłania się pozytywny obraz placówek, których kadra troszczy się o los swoich podopiecznych. 
Kolejna "ważną sprawą" jest motyw traumy. Jak pisałam wcześniej nasza bohaterka nie jest doskonałym przykładem, ze względu na jej możliwość szybkiej metamorfozy, jednak cieszę się że sam temat został tutaj poruszony. Zdarzenia z przeszłości mają wielki wpływ na psychikę młodych ludzi i prowadzą do aspołecznych zachowań. Dobrze, że w większości przypadków znajdzie się ktoś kto jest w stanie im pomóc. 

To pisałam ja. Karolina- trzydziestoletnia kobieta z bagażem doświadczeń. Osoba która niczemu się nie dziwi, która spodziewała się więcej i mocniej. Czy Karolina dwadzieścia lat wcześniej by odebrała tę powieść tak samo? Wątpię. Ta osoba by bez pamięci zatraciła się w tej książce, nie poddawała jej głębokiej analizie, tylko chłonęła miłość i nadzieję płynącą z jej kart.   I to właśnie takie osoby powinny ją recenzować.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


piątek, 11 sierpnia 2017

 Tytuł : "Tajemnica wyspy Flatey"
 Autor : Viktor Arnar Ingolfsson
 Wydawnictwo : Editio
 Data wydania : 19 lipca 2017
 Liczba stron : 284
 Tytuł oryginału : Flateyjargáta




 Bez barw

Uwielbiam literaturę skandynawską, a kryminały wprost pożeram jak ciasteczkowy potwór swoje słodkości. Sięgając po tę niewielkich rozmiarów książeczkę liczyłam na wciągającą opowieść, którą przeczytam z zapartym tchem. Jednak już po kilkudziesięciu stronach wiedziałam, że powieść jest inna, napisana językiem który nie do końca do mnie przemawia. Nadal ciekawiło mnie rozwiązanie zagadki jednak ze względu na styl dobrnięcie do końca zajęło mi o wiele dłużej niż oczekiwałam. Jedyne co mnie pociesza to fakt, że autor nie zawiódł moich oczekiwań i zakończenie okazało się strzałem w dziesiątkę. Jest tak różne od tych z którymi do tej pory się spotkałam, tak niewiarygodne a jednocześnie proste. "Tajemnica wyspy Flatey" to bardzo hermetyczna, uboga w kolory książka. Prosta w słowach, skąpa w opisach. Tylko dla cierpliwych fanów gatunku.

Rok 1960. Na jednej z małych islandzkich wysepek przypadkowo odnalezione zostaje ciało starszego
mężczyzny. Czas i warunki pogodowe doprowadziły do zaawansowanego rozkładu tkanek co uniemożliwia poznanie przyczyny śmierci. Na wyspę Flatey, jedyny w okolicy ludzki przyczółek, dociera radca sądowy Kjartan, mający przeprowadzić śledztwo z ramienia władz okręgu. Okazuje się, że zamknięta społeczność skrywa mroczne sekrety a kluczem do ich odkrycia jest starożytna księga o Wikingach-Flateyjarbok. Ten tajemniczy manuskrypt zawiera w sobie zagadkę, swoisty kod, którego nikomu nie udało się rozszyfrować. Wkrótce mała wysepka staje się centrum wydarzeń. I właśnie wtedy dochodzi do popełnienia okrutnej zbrodni. Czy niedoświadczony Kjartan sprosta zadaniu i znajdzie zabójcę?

W pewien sposób "Tajemnica wyspy Flatey" kojarzy mi się z powieściami Agathy Christie. Podobnie jak w wielu jej książkach, mamy tutaj do czynienia z małą grupą ludzi podejrzanych o dokonanie zbrodni. Flatey to mała wysepka na której zbudowano niewielkich rozmiarów osadę. Kilkaset metrów szerokości i niespełna trzy kilometry długości tworzą tło naszej zbrodni. Tych kilkudziesięciu ludzi, którzy tam mieszkają stają się naszymi podejrzanymi. Raz, dwa, trzy wy-bierz Ty. Na kogo wypadnie, na tego bęc. Tak w skrócie można opisać naszą fabułę, gdyż nasi domniemani mordercy z reguły są czyści jak łza. Są tacy którzy nigdy nie opuścili wyspy, tacy którzy nie mają kontaktu ze światem zewnętrznym za to o swoich sąsiadach wiedzą wszystko lub prawie wszystko. Pojawienie się zwłok było dla nich jak widok spadających z nieba krów- podobnie nieprawdopodobne. Każdy jest zaskoczony, każdy chce współpracować z policją, każdy otwiera swoje drzwi by funkcjonariusze mogli pogrzebać w brudach. A najlepsze jest to, że każdy jest na widoku, gdzie człowiek nie pójdzie tam ktoś go zobaczy, pozdrowi, porozmawia. Czy jest możliwe, że któryś z mieszkańców Flatey mógł kogoś zamordować i nie zwrócić tym niczyjej uwagi? No cóż, zwłoki jak wiemy z nieba nie spadają. 
Jak wiemy Islandia nie jest magiczną, egzotyczną krainą gdzie szumią drzewa i wiecznie świeci słońce. To ziemia twardych ludzi, których życie jest bezustanną walką z naturą. I to właśnie tego kolorytu zabrakło mi w powieści. Wszystko tutaj jest czarno białe, nawet trawa straciła swoją zieloną barwę. Każdy dzień naszych bohaterów to powtórka dnia poprzedniego, ta sama praca, ten sam obiad, ta sama książka. Tak skondensowany i hermetyczny świat mnie niestety nie porwał. Był zbyt prosty, szary, ostry. Zabrakło mi tu motywu, krwi, policyjnej pasji- wszystkiego tego do czego przyzwyczaili mnie skandynawscy pisarze. Zamiast tego dostałam opis życia przeciętnego członka nudnej, szarej, zamkniętej społeczności poprzeplatany fragmentami opowieści o walecznych wikingach, je zapewne dodano dla kontrastu pomiędzy rzeczywistością a chwalebną przeszłością.  

Każdy rozdział kończy się opowieścią zaczerpniętą ze "świętej" księgi Islandczyków. Ten powstały w XIV wieku manuskrypt zawiera teksty skandynawskich sag i poematów. Przyznam, że nigdy o nim nie słyszałam, więc liczyłam na to, że autor mnie zachęci do zgłębienia tematu. Tak się jednak nie stało. Opowieści z Flateyjarbok, przytoczone w tekście, były wybrakowane, skondensowane do samej istoty, faktograficzne zamiast opisowe i pozbawione szczegółów, które nadają kolorytu. Mało tego. Powodem ich zamieszczenia w książce był fakt, że miały być kluczem do rozwiązania zagadki. Tylko ja nie do końca zrozumiałam jaki ta zagadka miała sens? Nie była to ani mapa do wyspy skarbów, ani przepis na przemienienie metalu w złoto, ba nie był to nawet tekst klątwy, którą można rzucić na denerwującego sąsiada. Więc czemu służyło to, że człowiek mógł spędzić całe życie głowiąc się nad rozwiązaniem zagadki, która nic nowego nie wnosi, nie odkrywa żadnej tajemnicy? Czy to służyło zabawie? No chyba nie skoro ginęli ludzie. Czy może była to kwestia ambicji? 

Muszę przyznać autorowi dużego plusa za samo zakończenie książki. Ci niecierpliwi, którzy jednak się skuszą by sięgnąć po tę powieść, niech nie rzucają jej w kąt. Lepiej minąć parę stron i przeczytać sam koniec, niż go przegapić. Powiem, że nie tego się spodziewałam. I bardzo dobrze. Koniec jest tak zaskakujący w swojej prostocie, że aż uderzyłam się dłonią w czoło i zadałam sobie pytanie : "no jak ja się mogłam nie domyślić". Po skończeniu książki dotarł do mnie jej głębszy sens. Jak wszystko mogłoby się potoczyć gdyby ludzie zasznurowali usta, jak los potrafi prokurować fałszywe, oskarżające nas ślady i wreszcie jak wielką moc ma ludzka uczciwość. To właśnie pod sam koniec zdałam sobie sprawę z celu w jakim została opowiedziana każda z historii naszych głównych bohaterów i dlaczego ich losy zostały ze sobą splecione. Początkowo nie było we mnie tego napięcia, które poczułam w końcówce, kiedy w końcu zniknął dystans dzielący mnie od głównych postaci.

Jest to trudna w odbiorze, napisana ciężkim stylem opowieść, która zachwyci tylko nielicznych czytelników. Pomimo zamkniętej społeczności, spotykamy tu dość dużo postaci, jednak autor nie daje nam możliwości poznać każdego z osobna. Panuje chaos. Imiona się mieszają, postaci to pojawiają się to znikają, ciągle dochodzi ktoś nowy. Raz na Flatey, raz w Reykjaviku. Jak na tych rozmiarów książkę, było zbyt dużo informacji a zbyt mało akcji. Publikację uratowało tylko zakończenie. Komu polecam? Wytrwałym miłośnikom gatunku, fanom Islandii i starych manuskryptów. Ci którzy liczą na trzymający w napięciu thriller, czy pędzący jak pociąg kryminał niech się trzymają z daleka.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



wtorek, 8 sierpnia 2017

 Tytuł : "Zaczęło się w Radomiu"
 Autor : Konrad Mazur
 Wydawnictwo : Novae Res
 Data wydania : 8 czerwca 2017
 Liczba stron : 300



 Potencjał na przyszłość


Z reguły nie jestem fanką krótkich form. Wolę rozbudowane powieści, które pozwalają zżyć się z bohaterami. Jednak od czasu do czasu daję szansę i opowiadaniom szczególnie jeśli są z pogranicza fantasy czy science fiction. Tym razem zainteresował mnie sam tytuł. Mój mąż pochodzi z Radomia i nazwać go lokalnym patriotą to było by niedociągnięcie. Dla mnie to miasto jakich wiele jednak sięgając po tę książkę liczyłam na to, że wyłowię z niej parę faktów czy mitów którymi podzielę się z wybrankiem mojego serca. Muszę przyznać, że czytało się całkiem przyjemnie. Autor ma lekkie pióro i niesamowitą wyobraźnię, co wpłynęło na to, że dostałam w swoje ręce niesamowity miszmasz gatunków.

Wycieczki w nieznane razem z grupą turystów? Piramidy pod Radomiem? Atak kosmitów? A może chcecie poznać nie do końca biblijnego Mojrzesza? A może Jarosława Melancholika? Pozwiedzać Radom czy Egipt? Podróżować w czasie? Wziąć w ręce figurkę ciężarnej kobiety, w której tkwi wielka moc? Wszystko to i jeszcze więcej znajdziecie w tej niewielkich rozmiarów książce. 

Zastanawiałam się jak podejść do tej recenzji. Czy opisywać każde opowiadanie, czy tylko wybrane?
Czy były jakieś lepsze, które zwróciły moją uwagę lub może takie, które bardzo chciałam skrytykować. Postanowiłam jednak potraktować tę książkę jako całość, gdyż mamy tutaj coś co jest jakoby motywem wiążącym poszczególne fragmenty. A elementem tym jest starożytna figurka, która pojawia się w kilku opowiadaniach i zazwyczaj zwiastuje nadchodzące nieszczęścia. Figurka ciężarnej kobiety, mały, mieszczący się w dłoniach posążek, dla którego czas i przestrzeń są pojęciami względnymi. Znajdziemy ją zarówno w Radomiu jak i w Egipcie, w czasach nam współczesnych i tych pamiętających towarzysza Bieruta. 
Wplecenie motywu figurki było ciekawym zabiegiem gdyż poniekąd nadało opowiadaniom ciągłość i swoistą linię fabularną. To spoiwo sprawiło, że po zakończeniu lektury nabrałam ochoty na więcej.

Autor ma talent i wyobraźnię a to w tej sztuce jest najważniejsze, warsztatu można się w końcu nauczyć, choć tu obyło się bez większych potknięć. Napisane lekkim, często frywolnym, a czasami wulgarnym i mocnym stylem opowiadania to gratka dla szerokiego grona czytelników. Mazur nie skupia się na jednym gatunku. Odkrywa, eksploruje i bawi się formami. Czasem mamy do czynienia z anegdotą, czasem ze zwykłym podwórkowym żartem, któremu dodano obyczajowe tło a niekiedy z pełnokrwistymi, wielostronicowymi opowiadaniami, które mogły by służyć za kanwę powieści. Jednak po głębszej analizie książki doszłam do wniosku, że autor skłania się ku literaturze fantastycznej. I to właśnie opowiadania tego gatunku wyszły mu najlepiej, choć nawet one były satyryczne i napisane z przymrużeniem oka. 
Bardzo bym chciała kiedyś przeczytać pełnowymiarową powieść autora. Z początkiem, ciekawą i rozbudowaną fabułą, i wierzę, że z zaskakującym zakończeniem. Może prawdziwą opowieść o wojnie ludzkości z kosmitami? Lub opowieść o młody skacowanym podróżniku w czasie, któremu udało się zmienić bieg historii? Czytając te krótkie opowiadania widzę potencjał. Wierzę, że Mazur jest w stanie napisać powieść na miarę światowych twórców gatunku science fiction. Widzę pasję, wyobraźnię, wiedzę i pomysły. Należy do tego dodać troszkę więcej zaangażowania, wiary we własne możliwości i motywacji, żeby powstało monumentalne dzieło. 

Ubodła mnie tylko jedna rzecz: obraz Polaków i polskości, który wyłania się z kart książki. Z informacji znalezionych o autorze dowiedziałam się, że obecnie (podobnie jak ja) mieszka na terenie Irlandii. Obraz przedstawiony w książce jest niestety typowy dla emigrantów, którzy opuścili kraj z konkretnych powodów. Konrad Mazur nie jest w takim sposobie postrzegania Rodaków i ojczyzny odosobniony. Jeśli książka przetłumaczona by została na język obcy zagraniczny czytelnik by pomyślał, że Polacy to alkoholicy, nędzni alkoholicy, pomysłowi alkoholicy a i zapomniałam jeszcze dodać...czego? Że to alkoholicy wszelkiego sortu. Polska z kart książki wydaje się przestarzała a obraz społeczeństwa spóźniony o kilkanaście lat. Już nie widać koczujących pod budką z piwem pijaków, gdyż nawet oni weszli na wyższy level konsumpcjonizmu. Część z opowiadań, nie ma co się tu oszukiwać, opowiada praktycznie o samym piciu, brak im głębi, przekazu a jeśli miały piętnować to wyszło to dość groteskowo. Jest to raczej forma wyrzutu, szkalowanie czegoś co już dawno zostało naznaczone. Po czasie, Panie Konradzie, po czasie.

Odniosłam wrażenie, że najlepiej autorowi wychodzą początki. A wiadomo po czym się poznaje mężczyznę? Po tym jak kończy. Oczywiście kwestia zrozumienia dzieła leży po obu stronach : czytelnika i autora. W dowolnej kolejności. Często zawodzą interpretacje, co jest szczególnie częste w przypadku krótkich form. Wiesława Szymborska nie zdała by matury jeśli dostałaby do analizy swój własny wiersz. Każde opowiadanie zaczyna się przystawką w postaci zaskakującego prologu (często dialogu), toczy się ciekawą fabułą by często urwać zakończeniem, które zostawiało mnie z niczym. Odnosiłam wrażenie, że autor miał pomysł jednak nie do końca zdążył go dopracować by wszystko perfekcyjnie się zgrało. Często zakończenie było po prostu urwaniem wątku, kilka razy zdarzyło się, że zupełnie go nie zrozumiałam a w kilku przypadkach było wypadkową zdarzeń poddaną analizie czytelnika. Autora stać na więcej. Stać go na zakończenie, które wbije w fotel, otworzy szeroko oczy i wyciśnie z czytelnika wow. Wiem, że nie jest to proste w przypadku prostych, krótkich form dlatego gorąco zachęcam do napisania powieści.

Jednak muszę przyznać, że miło spędziłam czas z tą książką. Pomimo dość mrocznego obrazu naszej ojczyzny i ziomków, bije z niej miłość i tęsknota do kraju pochodzenia. Autor jest na pewno utalentowanym i nie bojącym się nowatorskich pomysłów człowiekiem, którego czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Potrafi zaskoczyć i zszokować (wątek kanibalistyczny jest tu obecny w pełnej krasie), rozbawić i dać do myślenia. Gatunkowo dla każdego, gdyż przy tej książce po prostu nie da się nudzić. Zachęcam wszystkich do dania szansy temu niezwykłemu debiutowi a sama czekam na więcej. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



 






sobota, 5 sierpnia 2017


 Tytuł : "Dyskretne szaleństwo"
 Autor : Mindy McGinnis
 Wydawnictwo : Wydawnictwo Kobiece
 Data wydania : 21 lipca 2017
 Liczba stron : 392
 Tytuł oryginału : A Madness So Discreet 



 Sherlock w spódnicy

Najmocniejszą stroną tej książki (brawa dla wydawnictwa) jest jej okładka, piękna, mroczna i sugestywna, czytelnik wprost nie może przejść koło niej obojętnie. Również sama nota wydawnicza sugeruje, że w nasze ręce dostała się fascynująca historia o szaleństwie, chorobach psychicznych, morderstwach. I faktycznie. Przez pierwsze 10 procent powieści byłam zauroczona. Autorka wprost z mojego słonecznego domu zabrała mnie w podróż po szpitalach psychiatrycznych, gdzie pacjenci byli niczym innym niż królikami doświadczalnymi. Jednak kiedy wraz z Grace opuściłam mury przytułku dla obłąkanych, świat który zastałam na zewnątrz okazał się rozczarowujący a nowe realia, choć nadal osadzone w czasach wiktoriańskich, zbyt bardzo przypominały zagadki kryminalistyczne Sherlocka Holmesa, choć brakowało im polotu i inwencji. 

Grace, decyzją rodziców, umieszczona zostaje w szpitalu psychiatrycznym. Jej jedynym przewinieniem było zajście w ciążę, której sprawcą był jej ojciec. Za murami jest światkiem traktowania pensjonariuszy jak bezwolnych ludzi. Stają się oni ofiarami eksperymentów, zamykani są
w izolatkach i muszą walczyć o pożywienie, gdyż racje żywnościowe nie starczają dla wszystkich. Kiedy dziewczyna trafia do celi w szpitalnych podziemiach, gdzie umieszczona została za nieposłuszeństwo, spotyka doktora Thornhollowa. Udaje mu się nakłonić mężczyznę by podstępem wydostał ją ze szpitala. Od tej pory znajduje się pod jego opieką i z Bostonu udają się do Ohio, gdzie doktor ma współpracować z policją przy tworzeniu profilów morderców i pomagać w ramach policyjnego dochodzenia. Grace, świetna obserwatorka, okazuje się wspaniałą współpracownicą. Kiedy wpadają na trop seryjnego mordercy to właśnie dzięki niej sprawy ruszają do przodu.

Jak napisałam na wstępie zdecydowanie najlepszym fragmentem był sam początek powieści. Akcja zaczyna się w murach szpitala psychiatrycznego, który ze względu na ograniczone fundusze nie jest w stanie zapewnić należytej opieki swoim pensjonariuszom. Ludzie żyją tu jak zwierzęta, walczą o jedzenie, są bici i upokarzani a system kar jest rozbudowany do granic niemożliwości. Większość lekarzy i opiekunów to ludzie bez serca, którym przyjemność sprawia znęcanie się nad słabszymi. Z tej książki (zresztą inspirowanej faktami) dowiedziałam się, że jedną z popularnych kar było owijanie chorego prześcieradłami, wypranymi we wrzątku lub zanurzonymi w lodowatej wodzie, tak by został tylko mały otwór na usta zapobiegający uduszeniu. Ofiara zostawała w takiej pozycji przez kilka godzin. Nasza bohaterka, kobieta w już widocznej ciąży, podczas "duszenia prześcieradłem" poroniła. Placówki psychiatryczne tamtych czasów był ośrodkami zamkniętymi, nikt ich nie kontrolował a informacje przenikały tylko w jedną stronę. Dla ludzi zamkniętych w środku nie było praktycznie żadnej nadziei. A zamykali tam często Bogu ducha winnych ludzi, których jedynym przewinieniem była zbytnia rozwiązłość, niepoprawne poglądy polityczne, czy błąd w sztuce lekarskiej czy sifilis. Na każdego można było coś znaleźć. Patrząc na to co się dzieje w dzisiejszych czasach minimum 50 procent społeczeństwa należało by zamknąć w pokojach bez klamek.
Oczywiście w dalszej części książki autorka pokazuje nam zupełnie odmienny świat. Inne, lepsze, bardziej "ludzkie" szpitale, gdzie pracuje wykształcona kadra lekarzy i pielęgniarek a pensjonariuszy traktuje się z szacunkiem. Mają oni ograniczoną wolność, swobodę ruchu i jedyni co poważniej chorzy pacjenci są izolowani od ogółu ze względu na kwestię bezpieczeństwa. 
Szczerze powiedziawszy nigdy nie interesowałam się obrazem szpitali psychiatrycznych w Stanach Zjednoczonych w XIX wieku, jednak informacje które wyciągnęłam z tej książki są interesujące i skłaniają do lepszego zgłębienia tematu. Autorka potrafi zainteresować, a dzięki szczególnemu stylowi i dobrej prozie w rewelacyjny sposób udaje jej się odtworzyć klimat epoki.

Skupmy się teraz na samej fabule. Początek książki opowiada o losach Grace w szpitalu psychiatrycznym co pozwala nam sądzić, że cała akcja książki będzie się toczyć w ramach tego tematu. Dlatego byłam bardzo zaskoczona kiedy już po kilkudziesięciu stronac wraz z Grace podstępem udało mi się uciec z murów przytułku. I to właśnie w tym momencie diametralnie zmienia się język i gatunek powieści. Zamiast mrocznego thrillera czy powieści psychologicznej dostajemy epokowy kryminał stylizowany na powieści o Sherlocku Holmesie. Metamorfozie ulegają nawet sami bohaterowie. W miejscu dreszczyku pojawia się humor, w miejsce szaleństwa opanowanie i rutyna, a ofiary stają się sprawcami. Długo się zastanawiałam z czym kojarzy mi się ta powieść i w końcu na to wpadłam. Oglądaliście niedoceniony polski serial z zeszłego roku "Belle Epoque"? Uważam, że motywy obu dzieł są bardzo podobne, choć oczywiście wszelki plagiat jest wykluczony.
Autorce w rewelacyjny sposób udało się ukazać mrok za murami, widziałam że doskonale czuje się w konwencji powieści z dreszczykiem, za to odniosłam wrażenie że forma kryminału nieco ją przerosła. Zagadka nie była ani interesująca ani trzymająca w napięciu. Czytając miałam wrażenie, że McGinnis poszła nieco na łatwiznę choć sama fabuła podpowiadała jej różne możliwości. Rozwiązanie zagadki, choć niezbyt oczywiste, jak dla mnie okazało się zbyt proste a fakt, że ze zwyrodnialca i zboczeńca, który powinien zawisnąć na sznurze uczynili ofiarę choroby psychicznej wprost mną wstrząsnął. 

Książka porusza jednak inne ciekawe wątki, które zwróciły mają uwagę. Akcja dzieje się w latach kiedy w Stanach zaczyna działać ruch sufrażystek, kobiet walczących o zrównanie ich w prawach z mężczyznami. Moim zdaniem były to ciekawe czasy, a sam temat walki o równość jest niezwykle interesujący. Dlatego bardzo żałuję, że autorka potraktowała go  pobieżnie. Ja wprost czekałam na więcej faktów.
Książka opowiada również o korzeniach zawodu policyjnego profilera- osoby która na prośbę służb, na podstawie dowodów zbrodni i zebranego materiału jest w stanie określić profil mordercy. Właśnie takim profilerem był nasz doktor Thornhollow. Pokochałam go. Pokochałam jego wnikliwość, inteligencję, szybkie kojarzenie faktów ale także ignorancję, sceptycyzm a nawet bezduszność. 

Nie do końca thriller, nie do końca mroczna opowieść i nie do końca o szaleństwie jednak również nie do końca zła.  To tytuł, który warto przeczytać ze względu na fakty historyczne o których opowiada oraz opis metamorfozy ludzkiej psychiki ze względu na okoliczności i środowisko zewnętrzne. Miłośnicy gotyckich powieści kryminalnych powinni być zadowoleni, Ci którzy liczą na opowieść o ciemnej stronie ludzkiej natury i powolnym nurzaniu się w szaleństwie niech się nie sugerują tytułem i poszukają innych pozycji. Autorka znana jest z powieści fantasy więc jestem w stanie wybaczyć jej drobne niedociągnięcia jako początkującej w gatunku. Wieli plus za język i styl, które dodały powieści smaku. Na pewno się skuszę na więcej. O jedno tylko proszę, o brak kontynuacji, gdyż temat Grace już został wyczerpany. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :





środa, 2 sierpnia 2017

 Tytuł : "Trzecia"
 Autor : Magda Stachula
 Wydawnictwo : Znak Literanova
 Data wydania : 3 lipca 2017
 Liczba stron : 400



 Przestroga


Jest to moje pierwsze spotkanie z autorką i już teraz wiem, że koniecznie muszę nadrobić zaległości. Jak wiecie dość sceptycznie podchodzę do prozy naszych rodzimych autorów jednak z każdą kolejną pozycją mój szacunek i podziw wzrasta. Polska proza w niczym nie ustępuje tej europejskiej czy nawet światowej. "Trzecia" jest dobrze napisaną, poprawnie wystylizowaną powieścią gdzie czytelnik wprost nie może się doczekać rozwiązania zagadki. Autorka ma talent do budowania napięcia i choć sam pomysł na fabułę mnie zaskoczył to końcówka nieco zdezorientowała. Nie powiem żeby była rozczarowująca jednak rzadko się zdarza żeby autor tak szybko rozładował moje napięcie. Było to tak nieoczekiwane, że zasługuje na pochwałę. Można było wymyślić setki różnych zakończeń jednak Magda Stachula pokusiła się o takie, którego najmniej się spodziewałam. Brawo. 

Eliza jest psychoterapeutką. Do problemów innych dołączają jej własne kiedy zdaje sobie sprawę, że
ktoś ją śledzi. Odgłos kroków na bruku, błyskające flesze i wrażenie obecności w mieszkaniu powodują paranoję. Kiedy poznaje Borysa, muzyka jazzowego, szybko proponuje mu wspólne mieszkanie. Ochroniarz w postaci przystojnego artysty powinien zapewnić jej bezpieczeństwo. Jednak czy ukochany mężczyzna okaże się godny zaufania?

Lilianna, kobieta sukcesu, nie może się uporać z utratą mężczyzny, który był dla niej całym światem. Miłość swojego życia poznała na wakacjach. Reszta potoczyła się jak w bajce. Maxim, rosyjski muzyk, przyleciał do polski, by w podwarszawskiej miejscowości zacząć nowe życie. Kiedy jego sekrety wyszły na jaw, Liliana wygoniła go z domu, czego miała żałować jak tylko opadły z niej emocje. Za wszelką cenę stara się go odzyskać jednak mężczyzna przepadł jak kamień w wodę. Pewnego dnia na stacji metra dostrzega go idącego pod rękę z młodą dziewczyna. Zaczyna ich śledzić. Wyjeżdża do Krakowa gdzie dowiaduje się, że jej ukochany zmienił imię i nazwisko. 

Anton, Maxim, Borys- jedna osoba. Jaką straszną tajemnicę skrywa ten mężczyzna?

Zawsze sceptycznie podchodzę do powieści, gdzie głównymi bohaterami są psychologowie czy psychoterapeuci. Wpływ na to ma fakt, że osoba, której pracą jest pomaganie innym ludziom w rozwiązywaniu ich problemów emocjonalnych, powinna być stabilna psychicznie. Ot taki człowiek skała, którego nic nie jest w stanie wzruszyć. Jeśli taka osoba staje się ofiarą psychopaty automatycznie oczekuję, że zachowa nerwy, rozwiąże zagadkę i zachowa się jak profesjonalista. W takich sytuacjach zapominam, że ludzie tych zawodów to jednak takie same osoby jak ja. Uczuciowe, popełniające błędy, strachliwe. Może dlatego na początku książki Eliza wzbudzała same negatywne emocje. Nie zachowywała się jak lekarz, tylko pacjent, a nawet więcej, jak zbieg ze szpitala psychiatrycznego. Słyszała głosy, widziała ludzi, zastawiała w domu pułapki. Tworzyło to straszny kontrast z moim wizerunkiem psychoterapeuty. Na domiar złego w pracy wykazywała się brakiem profesjonalizmu, gdyż zamiast słuchać swoich pacjentów to w myślach skupiała się na własnych problemach. Do mnie w końcu dotarło jak ta młoda kobieta mogła się czuć, jednak obraz psychologów w tej powieści może mieć negatywny wpływ na czytelników, którzy potrzebują pomocy psychologicznej. Jeśli ktoś z problemami przeczyta tę książkę, może sobie pomyśleć następujące : po co mam iść do psychologa, skoro oni tylko siedzą, nastawiają zegarek na konkretną godzinę i udają, że słuchają. Oczywiście wiem, że jest to tylko fikcja literacka, jednak wbrew pozorom książki mają duży wpływ na czytelników. Nasza bohaterka mogła być kimkolwiek innym, chociażby ekspedientką czy bileterką w metrze, nie miałoby to większego wpływu na fabułę.

Teraz wróćmy do samej fabuły, gdyż jest ona niezwykle interesująca. Jak nam zdradza sam tytuł książki nasza główna bohaterka jest "trzecią" na liście.Powiem szczerze, że spodziewałam się seryjnego mordercy lub bezdusznego psychopaty, który kierując się swoją listą będzie zostawiał za sobą krwawy szlak. Jak wspomniałam na samym początku recenzji byłam dość zdezorientowana samym zakończeniem powieści. Teraz, jak już je przemyślałam, to uważam, że było po prostu dobre, inne, zaskakujące i świadczyło o fantazji autorki. Łatwo było, idąc śladem naszych skandynawskich sąsiadów, sprowadzić wszystko do roli fanatycznego mordercy, za to trudniej było wymyślić coś co, choć proste, skłoni czytelnika do przemyśleń. A tak właśnie było w przypadku tej powieści. Choć nie do końca polubiłam Antona, to byłam w stanie zrozumieć jego pobudki, ba... byłam w stanie mu współczuć i rozliczyć. 

Książka porusza również bardzo ważny temat jakim jest nasza prywatność w sieci. W dobie facebooka i innych mediów społecznościowych staliśmy się odkryci. Wystarczy parę kliknięć myszką by obcy ludzie poznali fakty z naszego życia. I nie potrzeba do tego hakerów. Daje to duże pole manewru dla wszelkiego rodzaju psychopatów czy stalkerów, których ofiarą możemy paść. I jest to naszą własną głupotą. Kilka dni temu kolega w pracy pokazał mi aplikację szpiegującą jego własnych znajomych. Logując się do programu widzimy gdzie w danym momencie się znajdują, jeszcze krok i będziemy wiedzieli co robią. Ta książka pokazuje nam jak niebezpieczny może być internet, przestrzega nas przed byciem beztroskim użytkownikiem i daje radę by pewne rzeczy zachować dla siebie. No chyba, że chcemy być"Trzecią".

Sięgając po tę książkę nie spodziewałam się dostać nic innego jak wciągający thriller psychologiczny, który przeczytam i zapomnę. Okazało się jednak inaczej. Jest to mądra lektura z wyraźnym przesłaniem i jednocześnie przestrogą przed nami samymi. Pokazuje nam konsekwencje naszej beztroski. Pokazuje jak różni mogą być ludzie i jak ciężko odkryć to prawdziwe ja. To książka dla każdego. Nie ma tutaj klimatów gore, nie latają noże jednak czuć napięcie, które udziela się czytelnikowi. Polecam również młodym czytelnikom, którzy mogą sporo z niej wynieść. Ta książka to zarówno kawałek dobrej prozy jak i lekcja na przyszłość. Z chęcią sięgnę po poprzednie jak i mam nadzieję następne pozycje autorki.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


poniedziałek, 31 lipca 2017

 Tytuł : "Tak sobie wyobrażałam śmierć"
 Autor : Johanna Mo
 Wydawnictwo : Editio
 Data wydania : 19 lipca 2017
 Liczba stron : 320
 Tytuł oryginału : Döden tänkte jag mig så



 Terapia


Nie ma to jak kawał dobrego skandynawskiego kryminału. Mało tego. Muszę dodać, że był to jeden z lepszych debiutów literackich jakie zdarzyło mi się przeczytać. W tej książce było wszystko to co miłośnicy gatunku lubią najbardziej : ciekawa zagadka, wartkie tempo, pełnowymiarowe postaci oraz mroczny klimat. Nie obyło się też bez elementów thrillera psychologicznego, które dodały książce smaczku. Naprawdę trzeba czytać z negatywnym nastawieniem by dopatrzyć się jakichś potknięć. Aż się boję co autorka zaserwuje nam następnym razem. 

Rok 2010. Helena Mobacke po ponad rocznej przerwie wraca do pracy. Od momentu śmierci syna,
porwanego przez psychopatę ośmiolatka, nie mogła się pozbierać. Nadszedł czas by wziąć się w garść i pokierować własnym życiem w odpowiednim kierunku. Dzięki swojemu doświadczeniu i wyrobionej świetnej opinii staje na czele jednostki specjalnej mającej zajmować się skomplikowanymi dochodzeniami policyjnymi. Pierwszą sprawą, która trafia na biurko Heleny jest zabójstwo młodego chłopaka, zepchniętego z peronu wprost pod pociąg metra. Jednak przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Ciągłe myśli o zamordowanym synu mają wielki wpływ na pracę policjantki i przesłaniają oczywiste fakty. Kiedy kolejna osoba ginie pod kołami pociągu Helena musi wziąć się w garść gdyż na szali stoi jej kariera i całe przyszłe życie.

Książka ta jest typowym wstępem do cyklu powieści kryminalnych. To właśnie tutaj poznajemy naszych głównych bohaterów, czyli pięcioosobową jednostkę do zadań specjalnych. Jak w przypadku większości powieści tego gatunku autorka nie w pełni rozwija profile naszych bohaterów, co pozwala nam sądzić, że spotkamy się z nimi w kolejnych częściach. Teraz dostaliśmy przedsmak, typową przystawkę tuż przed daniem głównym. I była ona wyśmienita. Nie każdemu autorowi udaje się tak wykreować postaci by uchwycić ich indywidualizm i różnice charakterów. Zazwyczaj mamy do czynienia z dobrymi i złymi glinami. Tutaj są oni po prostu ludzcy. Widać, że pisarce nie zależało na tym abyśmy ich polubili, współczuli im czy z nimi sympatyzowali. Przedstawiła suche fakty, grupkę ludzi, którzy prowadzą policyjne śledztwo lecz oprócz tego mają swoje własne problemy i życie osobiste. I właśnie to życie pozostawione jest w sferze niedomówień, niby dostajemy ogólny zarys sytuacji jednak autorka nie wnika głębiej w samą istotę sprawy. Taki chwyt sprawdził się znakomicie gdyż zamiast zbyt rozbudowanej części obyczajowej spokojnie możemy się skupić na tym co najważniejsze czyli na śledztwie. 
Jedyna postać, którą chcę poddać wnikliwszej analizie, to Helena. Z pewnością jest to bohaterka, która zostanie poddana ostrej krytyce. Posypią się opinie, że w jej stanie niemożliwością był powrót do pracy, że jej stan emocjonalny miał zły wpływ na rozwój śledztwa a jej przełożony był ślepy że tego nie widział. Z wszystkim tym się zgadzam. Człowiek, który przeżył tragedię jest istotą poniekąd okaleczoną, a rany goją się długo a czasem wcale. Owszem można było Helenę posadzić za biurkiem i wypełnić jej dzień papierologią jednak czy można to zrobić osobie, która zasłużyła się szwedzkiemu wymiarowi sprawiedliwości? Moim zdaniem powrót do pracy był dla Heleny swoistą terapią. Owszem popełniała błędy, często reagowała zbyt emocjonalnie, jednak śledztwo szło do przodu. W końcu w grupie siła. Osobiście podziwiam naszą główną bohaterkę. Podziwiam i rozumiem. Pewnych rzeczy nie da się zapomnieć jednak trzeba nauczyć się z nimi żyć. Wierzę, że w następnych tomach Helena będzie ewoluować i wierzę w jej sukces. 

Sam pomysł na fabułę był rewelacyjny. Metro, podziemia i szaleniec spychający ludzi wprost pod pędzący pociąg. Wszystko było tak realistyczne, że aż zaczęłam dziękować Bogu, że u mnie w mieście nie ma metra (ani tramwajów czy nawet zwykłych pociągów). Z początku akcja rozkręcała się powoli co dało nam czas na poznanie mechanizmów prowadzenia policyjnego śledztwa. Jednak jak poznaliśmy już wszystkich bohaterów, jak urządziliśmy sobie pokój do zebrań i zapisaliśmy markerem białą tablicę z dowodami i tropami, to zaczął się prawdziwy rollercoaster. Akcja przyśpieszyła, pojawiły się kolejne ofiary. Najlepsze było to, że sprawca był cały czas z nami. Dzięki trzecioosobowej narracji mieliśmy wgląd w jego myśli, wiedzieliśmy co dzieje się w jego głowie, jedyne czego nie wiedzieliśmy do samego końca to kim jest. Przyznam, że domyśliłam się dopiero w momencie kiedy już było to nieuniknione. 

Oprócz warstwy kryminalnej powieści mamy również warstwę psychologiczną, która jest równie ważna. Jak wiemy nasza bohaterka straciła syna, którego zamordował szaleniec. Niestety nie dowiadujemy się wiele o okolicznościach, co jeszcze bardziej skłania mnie do sięgnięcia po kolejne tomy (o ile będą). Autorka w fenomenalny sposób przedstawia nam wgląd w myśli kobiety, która przeżyła nieodżałowaną stratę. Stracić własne dziecko to jak stracić kawałek własnego serca. Ta trauma pozostaje w człowieku przez całe życie. Na kartach tej powieści zamieszczono ogrom rozpaczy i cierpienia, które jest trudne do opisania tak by czytelnik wziął choć część bólu na siebie. Autorce się to udało. Czytając tę powieść byłam w stanie wczuć się w rolę głównej bohaterki, wraz z nią cierpieć a jednocześnie szukać w sobie siły do parcia naprzód. 

"Tak wyobrażałam sobie śmierć" jest na pewno jednym z lepszych kryminałów jak przeczytałam w tym roku. Jeśli autorka utrzyma poziom to za parę lat może zaliczać się do grona moich ulubionych pisarzy. Jest to na pewno jedna z tych książek od których ciężko się oderwać. Wspaniałe połączenie kryminały z dramatem psychologicznym i elementami thrillera. Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na więcej. Polecam.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



piątek, 28 lipca 2017

 Tytuł : "Odległość między tobą a mną"
 Autor : Jennifer E. Smith
 Wydawnictwo : Bukowy Las
 Data wydania : 14 czerwca 2017
 Liczba stron : 304
 Tytuł oryginału : The Geography Of You And Me





 Świat przyjaźni

Uwielbiam takie powieści. Literatura new adult przywołuje wspomnienia i wywołuje nostalgię oraz tęsknotę  za czasami młodości. Czytając o pierwszych miłościach, niewinnych pocałunkach, szkołach czy przyjaciołach z podwórka zawsze cofam się w czasie. Często są to powieści banalne, napisane prostym językiem, spokojne, już na pierwszy rzut oka możemy poznać, że nie jest to literatura dla dorosłych czytelników. Jednak takie książki są potrzebne. Uczą młodych czytelników, przestrzegają przed błędami, często spełniają rolę lustra gdzie odbija się ich własne życie, dają nadzieję i rozwijają wyobraźnię. Pomimo wad, autorka odwaliła kawał dobrej roboty i napisała powieść, którą czytało się z czystą przyjemnością.

Lucy i Owen mieszkają w jednym apartamentowcu. Jednak oprócz wspólnego adresu więcej ich
dzieli niż łączy. Ona, córka bogatego bankowca, od zawsze obracała się w luksusie, on, syn dozorcy, niejednokrotnie zaznał biedy, ona nie wie co zrobić z własnym życiem dla niego jedynym marzeniem jest pójście na uniwersytet. Pewnego dnia w Nowym Yorku gasną światła. Jest to spowodowane awarią w jednej z elektrowni, tak potężną że odłączyła od prądu pół wybrzeża. Dwójka nieznajomych jedzie windą kiedy ta staje wpół piętra. Nastolatkowie zmuszeni są czekać na ratunek. W tym czasie nawiązuje się pomiędzy nimi rozmowa. Uwolnieni wychodzą na dach wieżowca oglądać gwiazdy. Znajomość ta nie ma jednak szans się rozwinąć ponieważ rodzice Lucy postanawiają zamieszkać w Szkocji, gdzie ojciec dziewczyny dostał propozycję awansu. Również Owen wraz z ojcem zamierzają opuścić Nowy York i pojechać w nieznane w pogoni za pracą. Pomimo dystansu nie potrafią o sobie zapomnieć lecz jedyną formą kontaktu są pocztówki z podróży. Czy uda im się spotkać ponownie?

Historia wydaje się być banalna. Dwójka ludzi spędza noc na dachu wieżowca, zakochują się w sobie jednak los chciał, że ich drogi się rozchodzą.  Takich historii jest mnóstwo, zarówno dla dorosłych jak i dla tych młodszych czytelników. Czy jest zatem coś co tę powieść wyróżnia? Pewnie nie, jednak i tak się ją czytało z największą przyjemnością. W błędzie są Ci, którzy myślą, że jest to książka o miłości. Moim zdaniem jest ona o prawdziwej przyjaźni pomiędzy dwójką młodych ludzi, bo czyż możemy mówić o miłości nastolatków, którzy nie mają za sobą praktycznie żadnych doświadczeń na tym polu? Krytycy książki zarzucają jej następujące : jak można się w kimś zakochać, spędzając z tą osobą zaledwie kilka godzin i to w niezbyt sprzyjających warunkach. I w zupełności się z nimi zgadzam- jest to niemożliwe. Jednak jest to czas wystarczający by dana osoba nas zafascynowała i zainteresowała na tyle by chcieć ją lepiej poznać. I myślę, że właśnie to było udziałem naszych bohaterów. Zwykła chęć poznania drugiej osoby, tęsknota za nieznanym, która jest obecna w każdym człowieku. Dlatego Ci, którzy spodziewają się romansu srogo się zawiodą. Owen był dla Lucy kimś nowym, kimś intrygującym. Poznała go w blasku gwiazd, co zapewne dodało mu uroku. Lucy dla Owena była istotą z innej planety, kimś z innej ligi. Najpiękniejsze w tej książce jest to, że nie czekamy na to by nasi bohaterowie wzięli ślub i mieli dzieci. Czekamy na to by dane im było się spotkać. A czy spotkają się i padną sobie w ramiona, czy też siądą przy kawie jak przyjaciele, nie jest najważniejsze. W tej sytuacji każde rozwiązanie byłoby dobre, więc autorka nie mogła nas rozczarować. 

Za to rozczarował mnie obraz rodzicielstwa przedstawiony w powieści. W dzieciństwie i w czasach szkolnych miałam dość dużo swobody jednak czuć było rodzicielską kontrolę. Opiekunowie naszych bohaterów w zupełności nie przypominają rodziców, zachowują się bardziej jak przyjaciele, dalsza rodzina, a często po prostu jak znajomi, dla których posiadanie dziecka jest przykrym obowiązkiem i wystarczy, że spełnią wymagane minimum aby mu sprostać. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie rodziców, którzy zostawiają córkę w domu (dodajmy, że chodzi o Nowy York) a sami wylatują na parę tygodni do Europy. Dodam, że dziewczyna ma 16 lat i można wywnioskować, że taki wypad nie zdarzył się pierwszy raz. W Polsce opieka społeczna na pewno by się tym zainteresowała. Podobnie jest w przypadku Owena, którego ojciec nie waha się przed zwolnieniem syna z ostatniego roku szkoły, i zabrania go na włóczęgę po Stanach. Chłopak ma tak dobre wyniki, że i tak dostanie się na wyższą uczelnię, więc już nie ma powodu by kontynuować naukę. To mnie zaciekawiło. Jeśli Owen naprawdę wszystko pozaliczał to czasem nie jest odpowiedni czas na wysyłanie listów do wybranych uniwersytetów? Przecież niektóre z nich przyjmują studentów już na parę miesięcy wcześniej oferując ciekawe kursy integracyjne. Czy nie lepiej było na któryś się zapisać, zamiast zmywać gary w meksykańskiej knajpie? Jeśli czegoś współczułam naszym bohaterom, oczywiście oprócz sytuacji w jakiej się znaleźli, to właśnie ich rodziców. 

Długo się zastanawiałam jakim (jednym) słowem można by określić tę powieść. I niejednokrotnie na myśl przychodziło mi "słodka". Ale czy książka może taka być? Najwidoczniej. Nasi bohaterowie są po prostu rozczulający, oczywiście pomijając fakt, że Lucy miała syndrom Belli Swan ze "Zmierzchu" i w fantastyczny sposób z zahukanej i nieśmiałej dziewczyny przeobraziła się w szkolną celebrytkę, dziewczynę przystojnego rugbysty. Jednak pomimo takich "słodkich" nieścisłości książka jest naprawdę dobra. Duży druk, odpowiednia ilość dialogów i krótkie rozdziały sprawiają, że czyta się ja naprawdę szybko. Troszkę żałowałam, że narracja jest w trzeciej osobie, o wiele lepiej by mi się czytało tę historię w formie pamiętników, myślę że wtedy ukazał by się pełniejszy obraz uczuć naszych bohaterów.

Polecam wszystkim młodym i tym troszkę starszym czytelnikom. To spokojna, napisana niezłym stylem lektura, na ciepłe letnie wieczory. Z tą książką nie dość że poznacie pasje i rozterki naszych bohaterów to jeszcze zwiedzicie kawałek świata, który autorce w ciekawy sposób udało się opisać. Nowy York bez prądu, mglista i deszczowa Szkocja, zaśnieżona Kalifornia, Rzym czy Paryż, piękna lektura w pięknych okolicznościach przyrody. 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :




poniedziałek, 24 lipca 2017

 Tytuł : "Zapisane w gwiazdach"
 Autor : Lucie Di Angeli Ilovan
 Wydawnictwo : Zysk i S-ka
 Data wydania : 26 czerwca 2017
 Liczba stron : 584


 Historia obyczajowości


Uwielbiam książki historyczne, których fabuła osadzona jest na Kresach - pochodzi stamtąd moja babcia więc poniekąd i ja. Lubię również książki obyczajowe- spokojne, wzruszające, ot po prostu życiowe. Myślałam, że połączenie tych dwóch gatunków będzie znakomitym pomysłem. Nie pomyliłam się choć nie obyło się bez wad. Zbytnia drobiazgowość, dość powolne tempo fabuły mogą sprawić, że czytelnik będzie znużony ale przeczytać warto chociażby ze względu na sam motyw historyczny. Jednak przestrzegam- jest to książka dla wytrwałych fanów powieści obyczajowych, wielbiciele innych gatunków mogą się poczuć rozczarowani.

Matka Pauliny, kobieta ze znanego i bogatego rodu, zakochała się w chłopcu stajennym. Na nic zdały
się napomnienia i zakazy rodziców, zamykanie w pokoju i szantaż. Kiedy dziewczyna zaszła w ciążę rodzina ją wydziedziczyła. Szybko się okazało, że miłość przemija a bieda pozostaje. Paulina urodziła się w czworakach, jako jedna z czterech córek. W dość młodym wieku wyszła za mąż i wraz z mężem wyprowadziła się na Wschód. Mężczyzna okazał się pijakiem, który ostatnie pieniądze zamiast na jedzenie dla dzieci wolał wydać na alkohol. A rodzina powiększała się coraz bardziej. Po Kaszmirze urodziła się Maruszka a na końcu Józio. To właśnie o ich losach opowiada to książka. 

Najważniejsze jest w życiu to by nie zapomnieć o swoich przodkach i pochodzeniu. Byłam bardzo zaskoczona kiedy dowiedziałam się dwóch rzeczy : po pierwsze nie spodziewałam się, że autorka jest Polką (zmyliło mnie nazwisko) a po drugie, że historia była inspirowana prawdziwymi faktami z życia jej rodziny. Nie miałam okazji czytać "Żniwa gniewu", poprzedniej książki autorki, dlatego bohaterowie byli dla mnie nowi i nieznani podobnie jak cała historia. Kiedyś na studiach dostałam zadanie opowiedzenia historii swojej rodziny sięgając aż do czwartego pokolenia wstecz. pamiętam, że sporo czasu mi zajęło dotarcie do świadków, odnalezienie kuzynów i dokumentów. Czytając tę książkę, nawet biorąc pod uwagę, że część historii jest czystą fikcją literacką, nie potrafię wyjść z podziwu dla autorki, która zadała sobie wielki trud by tak wiernie oddać ówczesne realia zarówno społeczne jak i historyczne. Fakty historyczne się zgadzają, co jest częstym problemem w przypadku beletryzowanych powieści historycznych, czuć ducha epoki. Autorce udało się wiernie oddać klimat, język, obyczaje a nawet przyrodę Kresów. Łatwo by było skupić się na historii rodziny i ich losach, trudniej to wszystko przedstawić w określonych ramach historycznych. Jeśli dobrze się nie przygotujemy zawsze ktoś nam wytknie niedbalstwo i naginanie historii. Tutaj takich potknięć nie było. Wojna, obozy jenieckie, wywózki na Sybir - to istotna część książki, nie koloryzowana, często przytaczana w postaci suchych faktów- te części są znakomite- zatrważają i wzbudzają emocje, choć napisane są jak ustępy podręcznika. Bohaterowie wiodą prym a historia jest strasznym tłem, które jest nieubłagane, niepodatne na zmiany. Właśnie przez to, przez całą książkę miałam odczucie nadchodzącej katastrofy, zło czaiło się za rogiem, i tylko czekałam na ten moment, który wiedziałam, że ma nadejść. Wiedziałam bo autorka nie mogła zmienić historii, nie wykraczając poza ramy gatunku. Sama ta świadomość sprawiała, że miałam łzy w oczach. Przez kilkaset stron poznawałam naszych bohaterów i ciągle tkwiłam w trwodze o ich los. 

Książka ta to typowy przykład powieści obyczajowej, jest może nawet zbyt mocno zakorzeniona w tym gatunku. Na moją opinię ma wpływ zbytnia drobiazgowość, szczegółowość i nadmiar detali. Naszych bohaterów poznajemy na wskroś. Czasem miałam wrażenie, że autorka chce ich wywrócić na nice, rozkroić jak na stole sekcyjnym i zajrzeć im w żołądki. Wiemy kiedy śpią, kiedy i co jedzą, czym myją zęby, jakim kolorem jest podszyty ich płaszcz. W przeciwieństwie do opisywania tła historycznego, czy tworzenia charakterystyki bohaterów, takie detale z ich życia sprawiały, że książka była momentami nużąca, zbyt ciężka. Za dużo słów, zbyt mało informacji. Można było przeczytać kilkadziesiąt stron i stać w miejscu. Jedynie dialogi posuwały akcję do przodu, i to właśnie one zapewniły książce notę wyższą niż ta którą zamierzałam dać wcześniej. Były znakomite, były również kołem ratunkowym, przyśpieszaczem, narratorem i wyznacznikiem tempa. Gdyby tę książkę pozbawić dialogów to dostalibyśmy jajeczny omlet bez wyraźnej struktury. Dlatego autorce należą się brawa za nadanie temu daniu smaku i pikanterii. 

Kolejnym ważnym elementem tej książki są postacie, a najważniejszym same główne bohaterki. Historia ta jest hymnem pochwalnym na cześć słabej płci, która okazuje się twarda jak stal w czasach kiedy najsilniejsi pochylają głowy. To właśnie dzięki tym kobietom, ich wytrwałości, miłości bez względu na wszystko i twardej ręce rodzinie udało się przetrwać, przeżyć biedę, wojnę, głód i niewolę. Nasze bohaterki są silne, zaradne, mają wyobraźnie i wyrachowanie, cechy tak ważne w czasach kiedy nie wiemy co przyniesie jutro. Nie irytują swoim zachowaniem, nie są "matkami polkami", są prawdziwe, szczere do bólu, często wulgarne, ale to właśnie owa brutalność czyni je wyjątkowymi. Rola mężczyzn w tej powieści w większości sprowadza się do tła. To przyjemna odmiana po książkach w których to właśnie mężczyźni grają główne skrzypce.

Książka ta powinna znaleźć się w biblioteczce każdego miłośnika powieści obyczajowych. Pomimo drobnych niedociągnięć czy zbytniej drobiazgowości jest to naprawdę wartościowa pozycja. Uczy pokory, pokazuje świat, któremu daleko jest do kolorowego. Jest to ważna lekcja historii. Sama z pewnością sięgnę po kolejny tom. Polecam. 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


środa, 19 lipca 2017

 Tytuł : "Pójdę do jedynej"
 Autor : Kasia Bulicz-Kasprzak
 Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
 Data wydania : 20 czerwca 2017
 Liczba stron : 376



 Wojsko śmiechu


Lubię książki obyczajowe. Są doskonałym przerywnikiem po krwawych horrorach lub wywołujących wielkie emocje powieściach. W przypadku książek tego gatunku zawsze nastawiam się na spokojną rozrywkę, na historię która mnie nie przytłoczy. Tak było i w tym przypadku. Autorka ma niesamowity dar snucia opowieści. Sama fabuła jest dość prosta, bohaterowie pełnowymiarowi a opisywany świat barwny i rzeczywisty. Jest do doskonała powieść na letnie dni. Nic tylko usiąść w ogródku ze szklanką mrożonej herbaty by cofnąć się w czasy polskiej demokracji ludowej widziane oczami młodych ludzi.

 Jest połowa XX wieku. Karol i Paweł dopiero wkraczają w dorosłe życie. Karol, syn milicjanta
obraca się w nieciekawym towarzystwie. Przyłapany na kradzieży dostaje ultimatum : albo wojsko albo więzienie. Chłopak postanawia zostać wojskowym.
Paweł wychowuje się na wsi w wielodzietnej rodzinie. Bieda jest dla niego chlebem powszednim. Kiedy zakochuje się w Iśce postanawia zrobić wszystko by dostać mieszkanie i zapewnić swojej ukochanej dostatnie życie. Jedyną na to szansą jest kariera wojskowa. Chłopak opuszcza swój dom rodzinny by przywdziać mundur. 
Krystyna jest sprzedawczynią choć jej ambicje sięgają znacznie wyżej. Pewnego dnia na progu jej sklepu pojawia się przystojny nieznajomy. Dziewczyna zakochuje się. Po kilku miesiącach jak ze snu wychodzi na jaw, że obiekt jej westchnień jest żonaty i ma dwójkę dzieci. Czy kobieta jest w stanie mu wybaczyć fakt, że nie powiedział jej prawdy?

Zacznę od naszych bohaterów. Spotykamy tutaj dość ciekawą mieszankę postaci. Muszę przyznać, że te męskie były lepiej wykreowane, co jest dość nietypowe w przypadku kiedy autorem powieści jest kobieta. Karol i Paweł stwarzają wrażenie chłopaków z podwórka, są swojscy, typowo polscy i tak rzeczywiści, że aż dziw bierze, że nie jest to powieść biograficzna. Praktycznie od pierwszych stron czujemy do nich sympatię. Zupełnie inaczej jest w przypadku postaci kobiecych. Nie wiem czy autorka nie lubi kobiet w ogóle, czy może był to zamierzony zabieg ale nasze protagonistki są patetyczne, nieciekawe, egoistyczne i żałosne. Nie znalazłam w tej książce ani jednej bohaterki, którą dało by się polubić. A jeśli nie lubimy, to tym bardziej nie możemy im współczuć. A szkoda, bo wydarzenia które je dotykały były naprawdę tragiczne. Przez całą książkę, towarzyszyło mi jednak przeczucie, że same są wszystkiemu winne. Krystyna wdaje się w romans z nieznajomym, lecz jest na tyle ślepa, że nie potrafi odczytywać znaków, które się pojawiają. Miałam ochotę krzyknąć, żeby otworzyła oczy. A kiedy prawda wreszcie wychodzi na jaw to co się dzieje? Otóż nic, wymyślane są nowe kłamstwa i dawane kolejne szanse. Wtedy tragedia jest już nieunikniona, ale przestaje nas to dziwić i zaskakiwać. 
Iśka sama nie wie czego chce. Z jednej strony marzy o pracy a z drugiej o bogatym mężu, który będzie ją utrzymywał. Kiedy jej ukochany wyjeżdża do wojska, niezbyt długo zajmuje jej poznanie nowego mężczyzny. Potem pojawiają się wyrzuty sumienia, listy, przeprosiny. Kiedy jej marzenie się spełnia i wyprowadza się na swoje,z małomiasteczkowej kokietki staje się prawdziwą damą, która chce więcej i więcej. Zaczyna mieć pretensje do całego świata, a najbardziej do własnego męża. Ja na miejscu tego mężczyzny uciekłabym gdzie pieprz rośnie.
Bohaterki drugoplanowe są niewiele lepsze. Zresztą wydawało mi się, że wszystkie postaci były budowane na kontrastach. Z jednej strony typowe matki polki a z drugiej wyuzdane panienki szukające zabawy. Skromni, inteligentni mężczyźni i nieznośni kawalarze. Właśnie ten kontrast sprawił, że książka jest niezwykle barwna i momentami zabawna.

Duża część fabuły toczy się w jednostkach wojskowych. Zawsze myślałam, że służba kojarzy się z porządkiem, dyscypliną, rygorem, ciężką pracą. Życie wojaków, przedstawione w tej książce, jest tak sielankowe, że aż mnie dziwi czemu do punktów poboru nie ustawiały się kolejki. W czasach pokoju wojsko polskie pije, uprawia sex, robi sobie kawały i od czasu do czasu pomaga powodzianom. Czy naprawdę życie w wojsku jest takie łatwe i przyjemne, że aż kojarzy się z wakacyjnymi koloniami? zastanawia mnie czy autorka zadała sobie trud by odwiedzić jakąś jednostkę wojskową? Czy porozmawiała z żołnierzami? Oni zapewne opowiedzieliby jej inne historie. Te bardziej tragiczne, od żartów o przyjeździe radzieckiego generała. Nie podobał mi się również obraz polskich żołnierzy. Wiecznie nawalonych, lub myślących o piciu, uganiających się za spódniczkami. Nie chcę myśleć, że mojego kraju bronią ludzie, którzy wiecznie chodzą na cyku. 

W języku i stylu autorki wyczuwam wielki sentyment do polskiej wsi. Choć opisy nie są tutaj przesadzone to niejednokrotnie łapałam się na tym, że fragmenty dotyczące przyrody i życia na wsi są dłuższe i napisane z wielką pasją. Polska wieś jest prawdziwa i tętniąca życiem. Często się zdarza, że autorzy robią z naszej prowincji zaścianek, tym razem widziałam miejsce jakie znam z czasów mojego dzieciństwa. Szerokie łąki, wielodzietne rodziny, podział na tych biednych i tych troszkę zamożniejszych, wiatr we włosach, pajdy chleba z cukrem. Wieś w tej powieści jest naprawdę piękna, dlatego łatwo zrozumieć tęsknotę bohaterów. 

"Pójdę do jedynej" to dobrze napisana powieść obyczajowa. Traktuje o sile przyjaźni i miłości, tej prawdziwej i jedynej. Miłości, która jest ślepa i głucha na świat zewnętrzny i przyjaźni, która jest możliwa tylko pomiędzy ludźmi mającymi wspólne przeżycia i wspomnienia. To dobrze skonstruowana powieść, którą czyta się niezwykle szybko. Jest spokojna i pomimo tragicznych wydarzeń nie gra na naszych emocjach. Takiego czegoś właśnie potrzebowałam. Polecam tym, którzy mają ochotę się zrelaksować i łyknąć dawkę polskiej historii. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania powieści serdecznie dziękuję wydawnictwu :


poniedziałek, 17 lipca 2017

 Tytuł : "Niewierna"
 Autor : Reyes Monforte
 Wydawnictwo : WAM
 Data wydania : 15 maja 2013
 Liczba stron : 580
 Tytuł oryginału : La Infiel


 Wojna kultur

Jest to moje drugie spotkanie z autorką i tym razem wyszło troszkę gorzej. Przyczyną tego stanu rzeczy jest sam temat książki. Kobieta z Europy zakochana w muzułmaninie. Parę lat temu w naszym kraju był to temat tabu. Teraz kiedy żyjemy w świecie bez granic takie związki są powszechne. Autorka w dość wyraźny sposób potępia tę religię. Książka wydaje się być przestrogą przed groźnymi islamskimi bojownikami, którzy czyhają na niewinne młode kobiety. Ale przecież w dzisiejszych czasach nawet najgorliwszy chrześcijanin może się okazać psychopatą. Serce to niestety nie sługa. 

Sara jest młodą kobietą z dużym bagażem doświadczeń. Śmierć matki, nieplanowana ciąża wszystko
to ma wielki wpływ na jej życie. Pracując jako nauczycielka hiszpańskiego w szkole językowej zakochuje się w swoim uczniu, młodym muzułmaninie. To właśnie on wprowadza ją w tajniki swojej religii i kultury. Kobieta początkowo jest zachwycona, dopiero po jakimś czasie zdaje sobie sprawę, że jej wybranek jest niebezpiecznym człowiekiem a jego motywy są przerażające. Czy jest już za późno by wycofać się z tego związku?

Autorka ma niesamowity dar do "porywania" czytelników. Jest to kolejna pozycja obok której nie da się przejść obojętnie. Może nam się nie podobać, może mieć mnóstwo wad jednak napisana jest takim językiem, że nie sposób się od niej oderwać nawet na krótką chwilkę. Jest absolutnie unikatowa i co najważniejsze wyzwala emocje, które towarzyszą czytelnikowi przez długi czas. Ze strony na stronę czułam coraz większy smutek i rozczarowanie, czasem strach czy niedowierzanie, a na końcu ból. Zakończenie (choć głośno krytykowane) mną wstrząsnęło tak, że kilka dni musiałam pomyśleć zanim zabrałam się do pisania tej recenzji. Samo to jest doskonałym przykładem tego, że autorka ma niesamowity talent, myślę że w jej wydaniu nawet menu w restauracji byłoby działem sztuki. Barwne dialogi, rozbudowane monologi, wspaniała część opisowa, aż się ma wrażenie przebywania z głównymi bohaterami w tych samych pomieszczeniach, przeżywania z nimi ich życia. Doskonale widać, że autorka ma dużą wiedzę na temat Islamu, którą chce się z nami podzielić. I właśnie tutaj dochodzimy do dość niebezpiecznej kwestii.

Cały świat żyje w strachu przed atakami terrorystycznymi. Przeważająca część z nich jest efektem działań radykalnych islamistów, czy współcześnie Państwa Islamskiego. Niestety jako obywatele Europy boimy się tego co nieznane i obce. U autorki ten strach jest bardzo dobrze widoczny, wpływa na jej rozumowanie a co za tym idzie na sugestie przekazywane w książce. Nasz "wróg" został tutaj zdemonizowany, oprócz dwóch rogów dodano mu jeszcze jedną parę, a widły zamieniły się w ognisty miecz. Ta książka wydaje mi się niebezpieczna gdyż piętnuje i zachęca do nienawiści. Dlaczego? Wszyscy muzułmanie mają tutaj jedną twarz. Nie ma tu podziału na tych dobrych i tych złych. Wszyscy są wrogami, którzy czyhają na nasze bezpieczeństwo. Parę lat mieszkałam na Zielonej wyspie. Znam parę Polek, które żyją w szczęśliwych związkach z mężczyznami z Pakistanu czy Iraku. To naprawdę przyzwoici,ciężko pracujący ludzie, którzy troszczą się o własne rodziny. Dlaczego Monforte wrzuciła wszystkich do jednego worka tworząc z nich potworów? Nie ma tutaj absolutnie żadnej pozytywnej postaci. Wydaje mi się to zbyt zradykalizowane i proste. Czy naprawdę w Europie, gdzie żyje tysiące muzułmanów, siedzimy na tykającej bombie? Czy kupując kebaba w budce mam się zacząć obawiać o swoje życie? Autorka ten swój strach przerzuca na czytelnika i właśnie to jest tu najgorsze. Opowiedziana historia jest oparta na prawdziwych wydarzenia więc nie ma tutaj się z czym spierać. Problemem jest to, że autorka z tragicznej historii stworzyła przestrogę dla innych. A czy nieprawdą jest, że ponad 48 procent par się rozwodzi? Czy żółte papiery przyniesione przez koleżankę z sądu mają mnie zniechęcić do wejścia w związek małżeński? Książka ta nabrałaby większego wymiaru jeśli autorka przestałaby myśleć stereotypowo i przedstawiła historię bez jej analizowania i sugerowania czytelnikowi, że wróg czai się za rogiem. Obraz muzułmanów jest obraźliwy i zachęca do nienawiści, która nam wychowanym w religii chrześcijańskiej powinna być obca.

Jeszcze parę słów o naszej głównej bohaterce, która jest doskonałym przykładem na to jak miłość potrafi człowieka zaślepić. Ja oczywiście wszystko obserwowałam z boku i niektóre przesłanki były dla mnie bardziej widoczne niż dla Sary. Jednak dziwi mnie to, że pomimo wyraźnych znaków nie zorientowała się kim tak naprawdę był jej ukochany. Czy świadczy to o naiwności? A może o głupocie? Zaślepieniu miłością. Czytając książkę widziałam dużo dróg ucieczki, dużo możliwości i sposobów na zakończenie tej tragedii. Nasza bohaterka z żadnego z nich nie skorzystała, przez to chociaż jej współczując zaczynałam tracić do niej sympatię i cierpliwość. 

Zaczyna się jak spokojna powieść obyczajowa. Elementy romansu nadają jej pikanterii. Jednak z każdą stroną otwieramy kolejne drzwi by na końcu korytarza zobaczyć piekło. Z pewnością nie jest to literatura dla wrażliwych czytelników. Gwałty, pobicia, porwania, poniżenia i śmierć- właśnie to staje się istotą życia naszej głównej bohaterki. Polecam czytelnikom, którzy mają mocne nerwy. Na pewno jest to książka, która uświadamia nam różnice kulturowe, pokazuje zetknięcie się dwóch religii i dwóch kultur, które zamiast w zgodzie to żyją w nienawiści. Czytając tę książkę na pewno nie będziecie się nudzić. Przykuje was do fotela na wiele długich godzin i dostarczy takich emocji, że następną książką po którą sięgniecie będzie niezobowiązująca komedia.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 

wydawnictwowam.pl




piątek, 14 lipca 2017

 Tytuł : "Czas na miłość, czas na śmierć"
 Autor : Agnieszka Pietrzyk
 Wydawnictwo : Rebis
 Data wydania : 5 lipca 2017
 Liczba stron : 352



 Polowanie w tle


Kiedy dostałam do zrecenzowania tę książkę z początku podchodziłam do niej z dużym dystansem. W powieściach gdzie w tytule mamy i miłość i śmierć autorom zbyt często zdarza się zapomnieć o balansie. Albo trafia nam się romans kryminalny, gdzie słodycz przesłania zagadkę, albo mamy ciekawą powieść sensacyjną gdzie stawką jest miłość- co jest tematem dość popularnym a co za tym idzie mało zaskakującym. Tym razem autorka miała naprawdę znakomity pomysł na fabułę. Oczywiście jako fanka kryminałów mogłam dostrzec zarówno literackie jak i filmowe inspiracje, jednak pomimo tego byłam zaskoczona rozwojem wydarzeń. Jest to naprawdę dobry kawałek literatury z pogranicza gatunków, który do ostatniej strony trzyma w napięciu. Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów, jednak całość wyszła jak najbardziej pozytywnie.

Aurora Radka miała trudne dzieciństwo. Osierocona przez rodziców trafiła do rodziny zastępczej. Od najmłodszych lat była niepokorna. Rozboje, włamania, kradzieże, wszystko to doprowadziło do umieszczenia dziewczyny w zakładzie karnym. Pewnego dnia, na gigancie, poznała policjanta i
poprosiła go by jej pokazał jak wygląda prawdziwa rodzina. Mężczyzna zabrał ja do swojego domu gdzie spędziła kilka dni. Właśnie wtedy postanowiła zmienić swoje życie. Wraz z Niedźwiedziem, byłym już policjantem, otworzyła strzelnicę. Stała się również właścicielką internetowego sklepu z odzieżą dla myśliwych. Wraz ze swoim partnerem nie ograniczają się jednak do polowania tylko na zwierzęta, organizują również zasadzki na ludzi. Pewnego dnia poznaje Sebastiana, młodego mężczyznę, który wrócił z USA. Dziewczynę zaczynają męczyć wyrzuty sumienia spowodowane faktem, że nie może powiedzieć całej prawdy o swoim życiu i pracy swojemu mężczyźnie. Wkrótce dowiaduje się, że i on ukrywa mroczne tajemnice.

Dawno temu oglądałam świetny film (niestety nie pamiętam polskiego tytułu) " The Condemned". Grupa skazańców zesłana została na wyspę, wraz z nimi spuszczono tam wszelkiego rodzaju broń. Wygrywał ten, któremu udało się przetrwać. Do końca nie wiem dlaczego akurat z tym obrazem skojarzyła mi się ta powieść. Już bliżej jej do "Hostelu" gdzie bogaci ludzie płacą grube pieniądze za możliwość torturowania schwytanych w zasadzkę ofiar. Zora wraz z Niedźwiedziem organizują polowania na niedoszłych samobójców. Wybierają śmiertelnie chore osoby i  płacą im za prawa do odebrania życia. Ludzie Ci podpisując umowę nie wiedzą gdzie ani kiedy przyjdzie im umrzeć. Wiedzą tylko, że ma się to odbyć bezboleśnie. Nie sądzicie, że to bardzo ciekawy temat na książkę? Na początku myślałam, że to właśnie on będzie główną kanwą powieści. Jednak autorka postanowiła motyw ten zastosować jako tło szczególnej powieści miłosnej. Bo to właśnie miłość jest głównym bohaterem tej książki. Jednak nie obawiajcie się. To nie jest przesłodzony, pełen czułych słówek romans. A to wszystko dzięki naszej głównej bohaterce, gdyż ona sama jest osobą dość szczególną. Wyluzowana, ironiczna, jednym słowem nowoczesna. Wydaje się nie wierzyć w miłość, dlatego jest zaskoczona kiedy trafia ją strzała amora, i to sprawia że reaguje inaczej niż zwykle. Daje wielki kredyt zaufania osobie, która mi od pierwszych stron wydawała się podejrzana. 
Ale wracając do wątku polowań to szczerze żałuję, że nie dowiedziałam się więcej. O wiele lepiej siedzieć na ambonie z karabinem w ręku celując w plecy niczego nie spodziewającej się ofiary, niż przeżywać rozterki miłosne. Zresztą sam wątek tej swoistej "eutanazji" jest dość ciekawy. Ukazuje nam jak wiele ludzie mogą poświęcić by zapewnić dobrobyt swojej rodzinie.

Autorka ma niebywały talent do kreowania postaci. Są kolorowe, żywe, typowi indywidualiści, którzy potrafią nas zaskoczyć. Nawet jeśli to czarne charaktery to czujemy do nich sympatię. Z drugiej strony podobnie jak łatwo przychodzi autorce tworzenie postaci, tak samo łatwo o nich zapomina. Widać tutaj potencjał, który niestety nie został wykorzystany. Często odnosiłam wrażenie, że ważne jest tylko tu i teraz. Skupiamy się na teraźniejszości naszych bohaterów, zupełnie zapominając o tym, że to właśnie przeszłość ich wykreowała. Kim tak naprawdę był Sebastian? Skąd się pojawił jego najbliższy przyjaciel? Czemu Niedźwiedź przestał być policjantem? Dlaczego Paulina znalazła się na stronie dla samobójców? Idąc za ciosem autorka trywializuje fabułę nadając jej zawrotne tempo. Ludzie się łączą w pary po kilku godzinach znajomości, wchodzą w związki małżeńskie po kilku tygodniach i decydują o całym swoim życiu na poczekaniu. Rozumiem, że zdarzają się takie przypadki jednak tutaj były one regułą. 

Jak już wspomniałam fabułą książki jest naprawdę ciekawa i dość nieźle skomponowana. Autorka posługuje się prostym, nieco mrocznym językiem jednak od razu widać, że nie jest to męski styl pisania z jakim spotykamy się w przypadku większości książek tego gatunku. Doskonale widać tutaj delikatną, kobiecą naturę autorki , która ujawnia się w przypadku opisywania relacji partnerskich. Nadanie mocnych rysów bohaterom miało to wrażenie załagodzić, jednak nie był to zabieg do końca udany.
Przyznam, że zakończenie książki mnie zaskoczyło. Oczywiście pewne elementy były do przewidzenia jednak sama końcówka wyszła autorce na plus. 

Jest to typowa lektura dla ludzi zaczynających swoją przygodę z tym gatunkiem. Wierzę, że bardziej przypadnie do gustu kobietom niż mężczyznom ze względu na dość rozbudowany wątek obyczajowy. Akcja płynie wartko, na liczbę zwrotów akcji nie ma co narzekać, a bohaterowie, choć czasem groteskowi, dodają powieści smaczku. Nie czytałam innych dzieł autorki jednak widać, że dobrze się czuje w tym gatunku, posiada wyobraźnię która zaowocuje kolejnymi świetnymi pomysłami. Ja jak najbardziej sięgnę po kolejne pozycje. Polecam. 
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :





poniedziałek, 10 lipca 2017


 Tytuł : "Rosyjska namiętność"
 Autor : Reyes Monforte
 Wydawnictwo : WAM
 Data wydania : 19 czerwca 2017
 Liczba stron : 688
 Tytuł oryginału : Una Pasión Rusa



 Ślad w duszy

Trzeci raz zaczynam pisanie tej recenzji i nie potrafię moich myśli ubrać w słowa. Już dawno żaden autor czy autorka nie wywołali we mnie takiej lawiny emocji. Uwielbiam beletryzowane powieści historyczne, szczególnie jak ich główną bohaterką jest odważna i silna kobieta. Ta książka poruszyła moje najczulsze struny i dosłownie na nich zagrała. Do tej pory czuję ślady łez na moich policzkach słuchając muzyki, którą wypełnione są karty powieści. Przypominają mi się lekcje historii gdzie czytałam o wydarzeniach będących tłem tej opowieści i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że młodzi ludzie niczego się nie nauczą słuchając o suchych faktach i statystykach. Powieść ta powinna być lekturą,gdyż lepiej niż jakikolwiek podręcznik obrazuje wydarzenia ówczesnych czasów. Pokazuje, uczy, wzrusza lepiej niż niejeden nauczyciel, do tego uczy wiary i pokory. Na długo pozostanie w moim sercu.

Lina, córka hiszpańskiego kompozytora i rosyjskiej śpiewaczki operowej, wraz z rodziną
przeprowadziła się do Stanów Zjednoczonych. Jako dziewiętnastoletnia dziewczyna zakochała się w początkującym kompozytorze, Siergieju Prokofiewie. Kiedy jej ukochany postanowił wyjechać do Paryża, postanowiła pójść w jego ślady. Po kilku latach burzliwego związku wzięli ślub i doczekali się dwójki synów. Skuszony namowami przyjaciół i zaproszeniami od radzieckich władz Siergiej postanowił zamieszkać na stałe w Rosji, jeszcze nie wiedział że jego decyzja będzie miała ogromny wpływ na jego rodzinę. 

Na samym początku recenzji muszę się przyznać do mojej ignorancji. Nie zdawałam sobie sprawy, że książka ta to tak naprawdę biografia dwójki bardzo sławnych ludzi. Wynika to z faktu, że niezbyt interesuję się muzyką w ogóle, a co dopiero klasyczną. Jednak już po kilkudziesięciu pierwszych stronach zaczęłam zdawać sobie sprawę z faktu, że czytam o postaciach historycznych. Wpływ na to miało kilka rzeczy. Po pierwsze autorka często posługuje się swoistą formą reportażu, gdzie na sucho przedstawia fakty, przeskakuje kilka lat wstecz i posługuje się również formą pamiętnika. Wszystko to wydawało mi się dość niespotykane nawet w przypadku fikcyjnej powieści obyczajowej. Jakież było moje zaskoczenie kiedy wpisałam w wyszukiwarkę nazwiska głównych bohaterów. Zmieniło to moje całe nastawienie do książki i co za tym idzie jej odbiór. Bo inaczej traktujemy bohaterów wymyślonych od tych, którzy naprawdę przeżywali tragedię, która rozgrywa się na kartach tej powieści.

Linę i Siergieja poznajemy jako młodych, bogatych ludzi którzy mają przed sobą przyszłość. Obracają się w towarzystwie znanych osobistości, piją kawę z Coco Chanel czy jedzą ostrygi z Ernestem Hemingwayem. To dwójka ludzi, którzy spędzają wakacje na francuskiej riwierze, noszą sobolowe futra i jedzą kanapki z kawiorem. Należą do artystycznej bohemy, jednak na pozycję w niej zapracowali nie tylko swoim talentem lecz wytrwałą, często mozolną pracą. 
Pierwsza część książki wydaje nam się iście sielankowa. Fabuła biegnie spokojnym torem. Wraz z bohaterami komponujemy muzykę, przeżywamy zawody miłosne, opalamy się w słońcu i cieszymy się życiem. Jednak w narracji autorki możemy wyczuć niepokój. Dostajemy przesłanki zbliżającego się nieszczęścia, dobrze zakamuflowane, jednak oczywiste dla wnikliwego czytelnika. Obraz sielanki zostaje zakłócony i zaczynamy czuć strach.
Druga część książki to piekło, albo ujmując to innymi słowami historia.Historia Związku Radzieckiego, Lenina, Stalina, obozów pracy, Łubianki. To historia niezbadana, której nigdy już nie zdołamy poznać. Znamy fakty, jednak nigdy nie dotrzemy do głębi gdyż zniknęła pod stosem spalonych akt i zabitych ludzi. Rosja jaką poznajemy oczami autorki, to piekło obozów pracy, gdzie ludzie byli traktowani gorzej niż zwierzęta, to smak czosnku i cebuli i blask martwych świateł w siedzibie NKWD. To kraj gdzie na każdego znalazł się paragraf a jeśli nie to nic nie stało na przeszkodzie go wymyślić. Oczywiście to wszystko znamy z podręczników, jednak one nie dają nam wiedzy z pierwszej ręki. Tutaj mamy do czynienia z osobą, która przeżyła piekło na ziemi. Choć sama Lina nigdy nie wspominała o przeszłości, to osadzenie jej przez autorkę w tych makabrycznych realiach dodaje im prawdziwości i grozy, której nie doświadczymy czytając statystyki.To porusza, wyzwala łzy, otwiera usta by na koniec zostało tylko milczenie, niedowierzanie. Próbowałam rozmawiać na temat tej powieści z mężem i zabrakło mi słów. Nie wiem czy to warsztat autorki, czy moje nieprzygotowanie na tak mocną lekturę, jednak dość sporo czasu upłynie zanim przetrawię w myślach to co spotkało głównych bohaterów. 

Jest to piękna powieść o miłości, miłości właśnie takiej jaką znamy z kart książek, która jednak spotkała tę parę ludzi w rzeczywistości. Nie bez bólu przyznam, że Lina, na samym początku mnie denerwowała. Była zbyt ekspansywna, próżna, samolubna, zazdrosna w swojej miłości. Jednak z biegiem kartek zdałam sobie sprawę, że miała do tego prawo. Nie każdego spotyka prawdziwa miłość, więc nie każdy wie jak rozegrać swoje karty. Po przeczytaniu książki wiem, że miała prawo do każdego z tych uczuć. Ona tylko walczyła o to, co inni ludzie chcieli im odebrać. I odebrali. Ta książka to świadectwo tego jak system, władza i bezmyślnie stanowione prawo może zabić człowieka. Bo człowiek bez miłości najbliższej osoby umiera. Lina się nie poddała. Zostawiona, porzucona, zmieszana z błotem święcie wierzyła, że ma rację. I samo życie dowiodło że się nie myliła. Podziwiam ją. Podziwiam tę kobietę, która zawsze szła z wysoko podniesioną głową, która potrafiła walczyć o swoje szczęście, dla której rodzina była na pierwszym miejscu i właśnie dla nich potrafiła przeżyć tortury i lata  w obozie pracy.

Monforte ma dar pisania. Powieść która liczy prawie 700 stron czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Widać, że autorka zadała sobie dużo trudu by wiernie oddać realia historyczne. Wymagało to zgłębienia wiedzy i swoistej odwagi by o sprawach o których się milczy pisać otwarcie. Jej opisy, spostrzeżenia i  fakty przytłaczają czytelnika i sprawiają, że mamy łzy w oczach. Fakty ogólnie nam znane przytoczyła w innym świetle. Ukazała kontrast dwóch światów, błysków jupiterów u Walta Disneya i ciemną noc Syberii. 

Nie potrafię opisać co czuję po przeczytaniu tej powieści. Dziękuję autorce, że dała mi możliwość poznania tej niezwykle odważnej i czarującej osoby jaką była Carolina Prokofiew. Jako wielbicielka powieści historycznych wszystkim polecam tę niezwykle piękną opowieść, gdzie miłość miesza się z nienawiścią, a splendor z błotem. Szokuje, wzrusza i pozostawia ślad w duszy.

Za możliwość przeczytania książki i napisania recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu :