"Dziecko w śniegu" Włodek Goldkorn

"Dziecko w śniegu" Włodek Goldkorn

     Nadchodzi taki okres w życiu każdego czytelnika, że beletrystyka zaczyna nudzić a klasyka nadal napawa lękiem. Poszukujemy nowych wyzwań, odkryć, wtedy też sięgamy po książki historyczne, biografie czy różnego rodzaju reportaże. Temat Holokaustu nie jest mi obcy, jednak zamiast wzmianek encyklopedycznych czy podręczników do historii, wolę czytać o historiach prawdziwych, nawet jeśli nie dotyczyły bezpośrednio autora. Kiedy wydawnictwo Czarne postanowiło wydać książkę Włodka Goldkorna, znanego polskiego publicysty, który całe swoje dorosłe życie mieszkał we Włoszech, wiedziałam że koniecznie muszę ją przeczytać. Oto świadectwo zamierza dać człowiek, którego duża część rodziny zniknęła w komorach gazowych, a Ci którzy przeżyli do końca życia toczyli walkę z koszmarami. "Dziecko w śniegu" to kolaż wspomnień autora i jednoczesna próba zrozumienia niewytłumaczalnego.

Tuż po zakończeniu II Wojny Światowej, rodzice Włodka postanowili wrócić do Polski z Rosji, gdzie
udało im się przetrwać okres Holokaustu. Osiedli w Katowicach. To właśnie tu młody Goldkorn chodził do szkoły podstawowej i liceum. Po wydarzeniach w 1968 roku rodzina zdecydowała się na opuszczenie kraju, ze względu na nękające diasporę żydowską szykany i prześladowania. Wyemigrowali do Włoch gdzie Włodek zdobył wyższe wykształcenie i zajął się pracą dziennikarską. Przez długi okres czasu był redaktorem działu kultury L'Espresso. 

Szoa- z hebrajskiego całkowita zagłada, zniszczenie. Pojęcie bardziej znane pod terminem Holokaust. Rok 1942 kiedy powstają, na terenie Polski, pierwsze obozy koncentracyjne, obozy pracy które szybko zamienią się w obozy śmierci. Miliony polskich Żydów, którym w porę nie udało się opuścić granic kraju, w bydlęcych wagonach niczym "owce prowadzone na rzeź" (słowa samego autora) jadą do Birkenau, Treblinki czy Bełżca, miejsc które staną się ich grobem. Autor sam tego nie przeżył, jednak będąc następnym pokoleniem po Szoa, żyje pomiędzy pamięcią, a tym "co po". 
W książce poznajemy losy jego najbliższej rodziny, krewnych którym nie udało się, nie zdążyli lub po prostu nie chcieli uciec z kraju ogarniętego wojną. Krewnych, którzy z małymi dziećmi na rękach szli do komory gazowej a ich ostatnimi słowami było : "To nie jest świat godzien tego, żeby na nim żyć". Poznajemy tych, którzy w śniegu zostawiali własne dzieci, uciekając przed pogonią, ratując własne życie. Poznajemy ludzi, którzy żyli w czasach bez miłości, godności i nadziei, w czasach w których, parafrazując Fryderyka Nitzschego, "Bóg umarł".  Wszystko to nadal funkcjonuje w pamięci zbiorowej jednostki, którą są ocalali. Autor przekonuje nas, że należy pamiętać, jednak nie należy podejmować prób interpretacji , gdyż nie jesteśmy w stanie zrozumieć czystego zła. Również pamięć nie jest doskonała, gdyż brakuje nam świadectw, brakuje ocalałych, którzy mogliby zeznawać. 

Ta książka to nie tylko podróż w czasy zagłady. To również próba zrozumienia tego czym stał się świat, czym stała się Polska i Europa po II Wojnie Światowej. Wojnie, która zabiła miliony ludzi, wymordowała miliony Żydów (gdyż to w większości o tym narodzie jest mowa), praktycznie całe pokolenie. Czy po takiej stracie możliwa jest całkowita rekonstrukcja Narodu? Czy tak skrzywdzone społeczeństwo będzie w stanie budować zdrowe więzi? Czy już zawsze będą żyli przeszłością i w jej imię? Właśnie na te pytania stara się odpowiedzieć autor. Polska po wojnie nie była miejscem przyjaznym Żydom. Jako satelita Związku Radzieckiego, w którym Stalin ze wszelką cenę starał się zwalczyć każdą religię, dotyczyło to również judaizmu. Żydzi w Polsce, ze strachu o swoje zdrowie, pracę a często i życie, deklarowali się polakami. W większości stawali się zagorzałymi komunistami, co było na rękę ówczesnej władzy. Dopiero w połowie lat 50, wraz z nadejściem Władysława Gomułki nastąpiła odwilż. Zaczęły powstawać żydowskie komitety, zelżała cenzura. Jednak nawet wtedy rząd polski nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za żydowską diasporę. W swoich przemówieniach pierwszy sekretarz partii namawiał ich do wyjazdu do Izraela. Eskalacja kryzysu nastąpiła w 1968 roku, kiedy doszło do zaostrzenia nastrojów antysemickich nie tylko w warstwach partyjnych ale też wśród robotników i ludzi z tzw. "nizin społecznych". Żydów usuwano z pracy i z Uniwersytetów, by prowadzić w miarę normalne życie musieli opuścić Polskę, kolejny raz przyszło im tułać się po świecie. 

Autor opowiada nam, jak zmieniały się okoliczności i klimat, w komunistycznej Polsce, jak wyglądało jego życie jako małego chłopca. Opowiada o swoich sąsiadach i ich własnych sposobach na przetrwanie. Jedni uciekali do Izraela, drudzy deklarowali się Żydami, mówili w jidysz i liczyli z poważnymi konsekwencjami, jeszcze inni zmieniali nazwiska i stawali się bardziej polscy niż Polacy. Dużo czasu poświęca swoim własnym przemyśleniom na temat życiu "po Szoa". Analizuje obraz żydów widzianych oczami ludów Europy oraz mieszkańców Izraela, w tej analizie możemy dopatrzyć się wielu kontrowersji. Goldkorn w "Dziecku w śniegu" nie ukrywa swoich poglądów odnośnie powstania państwa Izrael. Dziwi się, jak tuż po wojnie, kiedy zginęły miliony Żydów, Ci sami ludzie mogli zgodzić się najechać inne państwo i rozpętać kolejną wojnę, z kolejnymi ofiarami.

Ostatnia część książki to podróż pamięci, szlakiem obozów koncentracyjnych : Auschwitz, Treblinki i Bełżca. Widoczna jest tu krytyka Auschwitz, które Goldkorn uważa za muzeum horroru, w którym straszą stosy ściętych włosów czy pędzelków do golenia. Do miejsce które zamiast objawić straszną prawdę historyczną, stało się areną politycznych przepychanek, gdzie każdy może ugrać coś dla siebie.
Miejsca takie jak Bełżec czy Treblinka, miejsca w środku lasu, gdzie turyści zjawiają się o wiele rzadziej, rozległe połacie ziemi z kamieniami jako symbolami pomordowanych, o wiele lepiej oddają duch Szoa. Dają czas na zadumę i zastanowienie. Na zmierzenie się z własnymi wspomnieniami i przeszłością, której pomimo usilnych prób nie będziemy w stanie zrozumieć. 

Choć widać, że autor kocha Polskę i Polaków (wiele z osób, które stało się jego najbliższymi przyjaciółmi było polskimi żydami) to jednocześnie czuje do nich niewysłowiony żal. Boli go swoiste skomercjalizowanie Holokaustu, używanie go instrumentalnie do osiągnięcia własnych korzyści. Nadal boli wspomnienie ludności z miejscowości bliskich obozom śmierci, która odkopywała ciała pomordowanych w poszukiwaniu kosztowności. Boli wspomnienie manifestacji rządowych i szykan, sloganów namawiających do wyjazdu z Polski, wypominania obcości.  Pomimo tego wszystkiego Włodek Goldkorn pozostał Żydem i pozostał Polakiem, a jego książka "Dziecko w śniegu" to ważny głos w literaturze na temat Holokaustu. Choć nie dotyka problemu bezpośrednio, to pokazuje jaki wpływ Szoa ma na kolejne pokolenia. Ale czy odpowiada na pytanie "jak żyć"? To już musicie przeczytać sami. Polecam


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


"Kredziarz" C.J Tudor [PRZEDPREMIEROWO]

"Kredziarz" C.J Tudor [PRZEDPREMIEROWO]

     Jeszcze parę tygodni temu, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce, zastanawiałam się czy wydawca nie robi jej krzywdy tak intensywnym marketingiem. Jej okładka była dosłownie wszędzie w internecie a większość znanych mi blogerów już zdążyła ją zrecenzować. Dopóki nie trafiła w moje ręce zastanawiałam się czy powieść C.J Tudor jest naprawdę aż tak rewelacyjnym debiutem, czy po prostu cała ta akcja ma na celu zwiększenie sprzedaży, gdyż książka jest średnia. "Kredziarz" w moim przypadku okazał się strzałem w dziesiątkę. Inspirowana najlepszymi pisarzami gatunku powieść, miała w sobie wszystko to co charakteryzuje dobry thriller a nawet więcej : ładunek nostalgii, który sprawił, że zatęskniłam za czasami dzieciństwa. 

Rok 1986. Lato chyli się ku końcowi kiedy do miasteczka Anderbury przyjeżdża wesołe miasteczko. Tym razem jest jeszcze lepsze, gdyż piątka przyjaciół może je odwiedzić bez asysty rodziców, co jak dotąd było wykluczone. Dzień jest piękny, w powietrzu czuć zapach popcornu a dookoła widać same roześmiane twarze. Jeden z chłopców, Eddie, spostrzega piękną dziewczynę, która wraz z koleżanką czeka w ogonku do kolejki górskiej. Nagle wydarza się tragedia. Mechanizm podtrzymujący kolejkę nie wytrzymuje napięcia i pęka wystrzeliwując na boki kawałki metalu. Jeden trafia w policzek
dziewczyny, drugi prawie odrywa jej nogę. Jednak to dopiero początek nieszczęść. Im bliżej końca wakacji tym w miasteczku dochodzi do coraz większej ilości tragedii. W lesie znalezione zostają ciała zamordowanych osób.
Trzydzieści lat później, Eddie dostaje anonimowy list. Po przeczytaniu jego treści nie wie czy to straszny żart czy morderca powrócił. Okazuje się, że nie jest jedynym, którego dopadła przeszłość. 

Cieszę się, że autorzy zaczęli czerpać z najbardziej interesujących, a często wręcz doskonałych źródeł. Ciężko jest się nie domyślić, że bezpośrednią inspiracją dla autora była mała nowelka autorstwa Stephena Kinga o tytule "Ciało". Zresztą to niewielkich rozmiarów dziełko zainspirowało również braci Duffer co zaowocowało rewelacyjnym mini serialem "Stranger Things" wyprodukowanym przez platformę Netflix. 
Aż ciężko uwierzyć, że mamy do czynienia z debiutem literackim. Czytałam wiele książek znanych autorów, które nie były nawet w przybliżeniu tak wciągające, dobrze skomponowane i dopracowane jak "Kredziarz". Albo mamy do czynienia z prawdziwym wirtuozem pióra (sama mało wiem o autorze z braku wiarygodnych źródeł) albo z bardzo dobrym edytorem, managerem i wydawcą, którzy wspólnymi siłami stworzyli niemalże arcydzieło. Jak to często bywa w przypadku debiutów, recenzenci na siłę starają się znaleźć słabe punkty nawet w najlepszym dziele. Tak miałam w tym przypadku, jednak bez większego powodzenia. "Kredziarz" ma wszystko co cechuje rasowy thriller : morderstwo, suspens, wiarygodne postaci i mroczny klimat. Można się przyczepić, że sylwetki bohaterów były ściągnięte i sztampowe, że cała fabuła zadała więcej pytań niż dostaliśmy odpowiedzi lub, że tempo narracji było zbyt powolne. Jednak wszystkie te "mankamenty" nie zdołały sprawić, żeby powieść straciła na wartości. Wprost przeciwnie, nie starała się być doskonała a autor nie aspirował do nagrody Pulitzera. Miała dostarczyć rozrywki i to jak najbardziej się udało. 

Przez cały czas czytania tej książki, miałam przemożne wrażenie, że jej akcja wcale nie toczy się zaledwie 400 km od mojego miejsca zamieszkania (sama mieszkam w Irlandii), tylko za oceanem, w Stanach Zjednoczonych gdzie takie morderstwa są na porządku dziennym. Sami widzicie jak bardzo autor czerpał od amerykańskich autorów, udało mu się nawet skopiować atmosferę tego wielkiego kraju i cechy osobowościowe jego obywateli. Anglia u Tudora jest zbyt słoneczna, zbyt upalna. Miasteczko jest zbyt amerykańskie. te wszystkie bary, lasy, opuszczone place zabaw czy wesołe miasteczka są rodem wyjęte z powieści Stephena Kinga. Nie staram się tutaj tego faktu krytykować, gdyż wbrew pozorom ta amerykanizacja dodaje powieści wiarygodności. Praktycznie cały mój okres dorastania spędziła na oglądaniu amerykańskich seriali i czytaniu książek autorów zza oceanu. Właśnie z tym kojarzy mi się moje dzieciństwo lat 80. Tutaj należy nadmienić, że akcja książki dzieje się w połowie w 1986 roku a w połowie w czasach nam współczesnych. Autorowi udało się przenieść mnie w czasy beztroskiego dzieciństwa, kiedy szczytem marzeń było włóczenie się z kolegami po ulicach, jeżdżenie na rowerach czy eksplorowanie starych stodół. Co nigdy nie zdarzyło mi się widzieć ani oderwanych części ciała, ani zamordowanych jednak poczucie nostalgii za czasem dawno minionym pozostało. 

Uważam, że "Kredzierz" jest świetną powieścią-thrillerem, który przypadnie do gustu większości czytelników. To utwór z pogranicza mistery crime i suspensu, z dopracowanymi postaciami, gdzie autor zadał sobie nie lada trud by połączyć wszystkie z pozoru nie powiązane ze sobą wątki. Trudno jest zsynchronizować ze sobą przeszłość z teraźniejszością tak by obyło się bez zgrzytów. W tym przypadku wszystko zostało dokładnie naoliwione a w nasze ręce wpadła książka, która zabierze nas w mroczne czasy dzieciństwa. Polecam 

Tytuł : "Kredziarz"
Autor : C.J Tudor
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 28 lutego 2018
Liczba stron : 384
Tytuł oryginału : The Chalk Man



"Cydr z Rosie" Laurie Lee

"Cydr z Rosie" Laurie Lee

     Dzieło Laurie Lee wpadło w moje ręce już wcześniej, dawno temu na studiach, zadane jako lektura przez lektorkę języka angielskiego. Wtedy, czytając w obcym dla mnie języku, błagałam o to by więcej zrozumieć i choć raz się uśmiechnąć lub zachwycić, co miało być moim udziałem, tak przynajmniej zapewniali anglosascy wydawcy. Teraz, prawie 15 lat później, tuż po przeczytaniu przetłumaczonej wersji, w końcu pojęłam dlaczego ta książka jest tak zachwalana i w niektórych regionach Anglii należy do kanonu lektur. Nie dość, że jest napisana pięknym, lirycznym i dawno już zapomnianym językiem, to jeszcze opowiada o czasach dawno minionych z nostalgią i rozmarzeniem, o czasach leniwego dzieciństwa, które już nigdy nie wrócą. To książka, która posiada wspólny mianownik ze wszystkimi czytelnikami, dlatego pomimo upływu lat nadal wydaje się być współczesna. 

Laurie Lee, angielski pisarz, poeta i scenarzysta, w wieku trzech lat wraz z rodziną przeprowadził się
do małej rolniczej wioski Slad, w hrabstwie Gloucestershire. Jego ojciec opuścił rodzinę i wyjechał
do wielkiego miasta. Pomimo faktu, że nigdy nie zamierzał wracać, nadal wysyłał swojej żonie pieniądze  dzięki czemu była w stanie utrzymać przy życiu liczną rodzinę. 
Autor, w tej biograficznej opowieści, opowiada o wczesnych latach swojego życia. Książka podzielona jest na rozdziały, które choć nie są ułożone chronologicznie nadal tworzą spójną całość. Dzieciństwo pisarza przedstawione jest za pomocą opowiadań-obrazów, które podzielone są tematycznie. Mamy tutaj rozdziały zatytułowane "Zima i lato", w których autor opisuje (niczym Reymont w "Chłopach"), pory roku i związane z nimi zabawy i obowiązki. Są rozdziały o członkach rodziny i najbliższych sąsiadach (ten opowiadający o staruszkach jest moim ulubionym fragmentem biografii), te opowiadające o szkole czy świętach oraz wiele wiele innych. W tej niewielkich rozmiarów książeczce autorowi udało się zmieścić najważniejsze momenty ze swojego dzieciństwa.

Jak tylko zabrałam się za lekturę wiedziałam, że jest to książka zupełnie pozbawiona akcji. Zresztą jeśli zadamy sobie trud i poznamy sylwetkę naszego autora to będziemy wiedzieli, że dzieciństwo, choć go nie rozpieściło było raczej spokojne. Urodzony na początku XX wieku, wychowany przez matkę, która dość lekko stąpała po ziemi, choć często doświadczał głodu i zimna zapamiętał swoje dzieciństwo jako okres magiczny. Był to czas kiedy znana nam współczesna cywilizacja i jej postęp jeszcze nie dotarła na angielską wieś. Czas kiedy odległość nadal mierzyło się możliwościami konia, za klimatyzację służył przeciąg, a za lodówkę dół w ziemi wypełniony śniegiem. Jak popatrzymy na dzisiejsze dzieci i młodzież to naszym oczom ukaże się smutny obraz, zmęczone twarze wpatrzone w ekrany tabletów i komputerów, dzieci nie spędzające czasu z rówieśnikami, nie umiejące się wspólnie bawić, gdyż najłatwiejszą rozrywkę znajdują w internecie. Nie trzeba się wysilać, wymyślać zabaw. Ja pamiętam moje dzieciństwo, dzieciństwo czasu transformacji, kiedy nadal się siedziało na dworze jednak z okien kusiła już telewizja, a cały świat zaczynał mówić o pierwszych komputerach. Wtedy nadal bawiło wspinanie się po drzewach czy łażenie po trzepaku, jednak nowinki techniczne kusiły niczym diabeł zabierając czas do tej pory przeznaczony rodzinie i rówieśnikom. 
Nasz autor żył w czasach kiedy czasu nadal było dużo, kiedy dni były długie i wypełnione śmiechem. Młodzi chłopcy beztrosko biegali po szerokich łąkach, kąpali się w jeziorach czy jeździli na łyżwach. Wtedy rodzice nie bali się zastawiać swoich pociech na podwórku po zmierzchu gdyż w znanej okolicy nie groziło im niebezpieczeństwo. Dziewczyny siedziały z mamą w kuchni, piekły ciasteczka i wyszywały serwetki. Więzi rodzinne były naprawdę mocne, i każdy za swoim ziomkiem stanął by murem. 

Nie mamy do czynienia z dobrą biografią, jeśli jej autor nie jest w stanie przenieść nas w czasie i dać poczuć na własnej skórze to czego doświadczył. Tym razem miałam do czynienia z biografią wspaniałą. Nie dość, że przeniosłam się w czasie to jeszcze zrobione to zostało z takim kunsztem i smakiem, że poczułam się jak bym kosztowała rajskiego, soczystego owocu. Wszystko tu było żywe, tętniące kolorami i witalnością, soczyste i świeże. Proza Laurie Lee, choć liryczna, nieśpieszna i niepozbawiona ozdobników i licznych metafor, aż cieszy zmysły. Rzadko zdarza mi się czytać książki, których autorzy potrafiliby w tak drobiazgowy i detaliczny sposób przedstawić świat, i to na dodatek czasów swojego dzieciństwa. U Lee przyroda żyje, brudna i biedna angielska wioska wydaje się być najprzyjemniejszym miejscem na świecie a jedynym zwiastunem nieszczęścia jest zbliżający się wielkimi krokami postęp technologiczny. Czytając aż czujemy tęsknotę autora za czasami dawno minionymi. 
Niektórzy powiedzą że moje zachwyty są przesadzone, wszak w dziele Lee pełno elementów zarówno rasistowskich jak i seksistowskich, chociażby planowanie przez autora gwałtu na swojej pobożnej i nieco niedorozwiniętej koleżance, i chociażby ze względu na to powinniśmy wykazać się szacunkiem i trzymać ochy i achy na uwięzi. Nie uważam żeby powieść Laurie Lee była dziełem doskonałym, lecz to przecież  biografia a czy życie jakiegokolwiek człowieka jest do końca idealne? Stylistycznie i językowo pięknie i dosadnie, fabularnie powolnie i zmysłowo. Jest to kawałek angielskiej literatury, który nie bez powodu stał się cenionym bestsellerem. Polecam i wam. Dla tej nostalgii. 

Tytuł : "Cydr z Rosie"
Autor : Laurie Lee
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 4 grudnia 2017
Liczba stron : 296
Tytuł oryginału : Cider with Rosie


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 




"Ziemia przeklęta" Phillip Lewis

"Ziemia przeklęta" Phillip Lewis

     Passa czytelnicza nadal trwa. Kolejny raz dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka w moje ręce trafiła fenomenalna książka debiutującego amerykańskiego autora Phillipa Lewisa. Portal lubimyczytać.pl nadał jej etykietę kryminału/thrillera jednak tym razem recenzenci pomylili się w swojej ocenie. "Ziemia przeklęta" to monumentalna powieść obyczajowa z elementami sagi rodzinnej i traktatu na temat dorastania, przynależności, teorii rodziny i tożsamości. Jest to jedna z bardziej mrocznych i smutnych powieści jakie czytałam, choć ten smutek kryje się na skraju naszego postrzegania a zło czai się w kątach. "Ziemia przeklęta" to również książka pełna liryzmu, poezji i muzyki, które sprawiają, że pomimo całego zła odkrywamy również piękno tego debiutu. 

Henry Aster, prawnik i pełen ambicji lecz niespełniony pisarz, zmuszony jest do powrotu do rodzinnej miejscowości ze względu na ciężką chorobę matki. Zabiera swoją ciężarną żonę i cały dobytek i wraca w Appalachy, do małej miejscowości na skraju ziemi przeklętej zwanej Barrowfields. To właśnie tutaj wygrywa swoją pierwszą sprawę o milionowe odszkodowanie i za otrzymane wynagrodzenie kupuje położony na wzgórzu dom, który, choć nowoczesny, kryje w sobie mroczną tragedię. Na świat przychodzi jego syn, również Henry, a parę lat później córka Threody. Chłopiec idzie w ślady ojca, pasjonują go książki i pisanie. Godzinami potrafi przesiadywać w gabinecie swojego rodzica, kiedy ten pracuje nad swoją powieścią.  Niestety kiedy dochodzi do rodzinnej tragedii, Henry senior, wpada w głęboką depresję i odchodzi. Pozostawiony samemu sobie chłopiec również postanawia opuścić matkę i siostrę i wyjechać na oddalony o kilkaset kilometrów Uniwersytet.

"Ziemia przeklęta" to jedna z tych powieści, w których już po kilku pierwszych akapitach wiesz, że zadziałają na Ciebie jak magnes a pójście do łóżka będzie jednym z największych koszmarów, gdyż Twój umysł będzie wołał o jeszcze troszkę, jeszcze pół rozdziału. Jest to również powieść, której język, melodyjność i styl zachwycą również najbardziej wybrednych czytelników. Dlatego byłam bardzo zaskoczona kiedy dowiedziałam się, że tak naprawdę książka Phillipa Lewisa jest jego literackim debiutem. Jeśli ta książka jest tak dobra, że zamierzam dać jej 9 gwiazdek, to co będzie przy okazji kolejnej powieści? Czy zabraknie mi skali? Czy też może nasz autor zechce wziąć przykład z głównego bohatera i skończyć na jednej powieści, gdyż to ona stała się esencją jego życia? Na to pytanie z pewnością poznam kiedyś odpowiedź. 
Zaczyna się niewinnie. Cofamy się do początku XX wieku i poznajemy rodziców i dziadków Henry-ego Astera oraz ich historie. Dowiadujemy się sporo o życiu w Appalachach, w małej miejscowości gdzie każdy zna każdego, dzień po dniu wydaje się taki sam, ludzie się rodzą i umierają i zaledwie odsetek z nich opuszcza swój dom rodzinny gdyż popychają ich niespełnione ambicje. To właśnie w Henrym obudziła się ta nieprzeparta chęć ucieczki i spróbowania szczęścia w wielkim świecie. Już od początku wiedział, że nie pasuje do tego miejsca, gdzie edukacja kończyła się na szkole podstawowej a szczytem aspiracji młodego człowieka był szyty na miarę garnitur, w którym można było pójść do Kościoła. Henry pragnął studiować i pomimo przestróg i gróźb rodziców, spakował walizkę i wyjechał w daleki świat. Niestety los nie do końca mu sprzyjał i ze względu na chorobę rodzicielki musiał wrócić.
Kolejna część książki opowiada o losach jego syna, również Henry'ego, który jak ojciec dusił się w górskiej miejscowości, chciał poznać nowych ludzi, nauczyć się nowych rzeczy i zacząć wszystko od początku. To właśnie razem z Henrym wprost z modernistycznej posiadłości przenosimy się do miasteczka akademickiego, wypijamy piwo za piwem i wolnym krokiem zdążamy na zajęcia z historii prawa. Wraz z Henrym poznajemy pierwszą ( i może ostatnią?) miłość jego życia, dziewczynę o uroczym imieniu Story, której życie również nie jest wolne od problemów. 

Wydawać by się mogło, że książka opowiadająca o historii rodziny (raczej nie ma tu wątków tragicznych, może poza odejściem seniora) oraz studenckich latach głównego bohatera, będzie opowieścią radosną, optymistyczną i dającą wiarę w lepsze jutro. Jednak autor postanowił zrezygnować z całej tej sielankowej otoczki. Wioska na skraju pustkowi zwanych Barrowfields, lub inaczej Ziemią Przeklętą, to miejsce gdzie rzadko dochodzą promienie słoneczne, a w zaułkach ulic czai się cień i strach. To miasteczko pełne tragicznych historii ludzi, którzy zginęli lecz i tych którym przyszło żyć w czasach bez nadziei. Choć większe miasta tętnią życiem, a nowinki techniczne wkradły się do prawie wszystkich gospodarstw domowych, tak Old Buckram pozostało takie samo jak przed wiekami, tutaj nadal czarno-biały telewizor jest wyznacznikiem sukcesu i pozycji społecznej. 
No i ten dom na wzgórzu. Dom zupełnie nie pasujący do otoczenia starych, bielonych, drewnianych chat. Arcydzieło nowoczesnej architektury, gmach z oknami od podłogi do sufitu, gdzie krwistoczerwone schody prowadzą na rozliczne klatki schodowe a kręte korytarze do niezbadanych pokoi, których wydawać by się mogło są całe setki. To dom, w którym gra na fortepianie słyszalna jest w każdym pomieszczeniu, a kratka na poddaszu daje nam widok na ogrom salonu-bawialni na parterze. Rezydencja kryje w sobie tajemnicę poprzednich właścicieli, których odnaleziono martwych, jednak czy ich duch na dobre opuścił to miejsce?
Nawet jak wyjeżdżamy z Old Buckram nadal towarzyszą nam demony przeszłości, które zalęgły się w głowie naszego głównego bohatera. Do tych krwiożerczych bestii dołączają demony życia Story. Czytelnik cały czas czuje niepokój i lęk, który wydaje się być prastary. 

"Ziemia przeklęta" to wspaniała powieść o dorastaniu i rodzinnych zobowiązaniach, o miłości rodzicielskiej i niespełnionych marzeniach. Ta wspaniała książka, napisana przez niezwykle utalentowanego autora jest kamieniem milowym amerykańskiej powieści beletrystycznej. Tak dobra, że wprost nie sposób się od niej oderwać, jednocześnie tragiczna, gotycka i groteskowa sprawi, że każdy kolejny rozdział będzie dla nas nie dość, że rozrywką dla zmysłów to intelektualną odskocznią od przeciętności rynku wydawniczego. Polecam wszystkim spragnionym czegoś nowego. 

Tytuł : "Ziemia przeklęta"
Autor : Phillip Lewis
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 9 stycznia 2018
Liczba stron : 488
Tytuł oryginału : The Barrowfields

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

"Aksamitny królik" Margery Williams

"Aksamitny królik" Margery Williams

     Moja córka uwielbia czytać książki (im bardziej kolorowe, świecące i najlepiej z wystającymi fragmentami tym lepiej- cóż każdy wiek ma swoje prawa). Kilka dni temu próbowałam zainteresować moją małą najnowszą zdobyczą czyli książką "Aksamitny królik". Niestety nie do końca wyszło tak jak planowałam- to ja siedziałam z otwartymi ustami (i w pewnym momencie przestałam czytać na głos) a moje dziecko zamiast słuchać zajęło się układaniem puzzli. Zdecydowanie jest to uniwersalna książką, jednak nie zgodzę się że targetem są czytelnicy każdej grupy wiekowej. Trzy czy czterolatki są zdecydowanie zbyt małe by zrozumieć główne przesłanie tej książki, a dojrzałe rysunki sprawiają, że nie jest to baśniowa opowieść, w stylu "My little Pony" tylko mroczna i smutna historia. "Aksamitny królik" to znakomity materiał na wczesnoszkolną lekturę , jednak jak napisano na okładce jest to "zbyt mocna rzecz" na dobranocną czytankę. 

Historia "Aksamitnego królika" jest prosta jednak uderza w samo serce czytelnika. Na  Święta Bożego Narodzenia chłopczyk dostaje w prezencie zwykłego, pluszowego królika. Maskotka nie jest niczym nadzwyczajnym ani wyjątkowym, szczególnie pośród mnóstwa innych bardziej zaawansowanych technologicznie zabawek. Dlatego nie dziwi fakt, że chłopiec szybko się nudzi prezentem w związku z czym królik ląduje w szafie pełnej innych zapomnianych zabawek. To właśnie tu poznaje starego, wyliniałego konia, który opowiada mu swoją historię. Od tego weterana zabaw dowiaduje się, że by stać się prawdziwym, ktoś musi nas zauważyć i bezgranicznie pokochać. Kto raz się stanie prawdziwym pozostanie nim na zawsze.
Pewnego dnia niania chłopca nie mogła znaleźć przytulanki z którą zwykł zasypiać. Sięgnęła więc po królika i niespodziewanie pomiędzy zabawką a chłopcem coś zaiskrzyło i od tej pory stali się nierozłączni, aż do dnia kiedy nastąpiła tragedia. Chłopiec zachorował na szkarlatynę i lekarz kazał jego rodzicom spalenie wszystkich zabawek, gdyż mogły przenosić zarazki. 

Jestem pewna, że takich historii znacie wiele. By nie szukać daleko wspomnę film "Toy story" opowiadający o tych właśnie zabawkach, które zostały rzucone w kąt kiedy na horyzoncie pojawiły się nowsze i bardziej zaawansowane technologicznie. Mogę jeszcze wspomnieć o "Pajęczynie Charlotty" amerykańskiej powieści dla dzieci, również zekranizowanej, która w przystępny sposób uświadamiała młodemu czytelnikowi czym jest przemijanie i dorastanie. Czy jednak wiecie, że to właśnie "Aksamitny królik" był ich pierwowzorem? Książka ta została napisana w 1922 roku, jednak pomimo faktu, że ma już prawie sto lat, nadal zawiera uniwersalne i współczesne nam prawdy. Wydawnictwo Prószyński posunęło się o krok dalej niż zwykłe wznowienie nakładu książki. Nie dość, że bajka została profesjonalnie przetłumaczona, to zachowane zostały również oryginalne rysunki Williama Nicholsona, znane czytelnikom z pierwszego wydania. Jak spojrzymy na nie oczami dziecka to nas nie zachwycą, jednak dorosły zobaczy ich wielowymiarowość. 
Moja czteroletnia córka spodziewała się czegoś bardziej kolorowego. W większości niebiesko-czerwone ilustracje nie miały w sobie nic co mogłoby zwrócić jej uwagę. Mało tego część stron w ogóle pozbawiona była rysunków, co dla dziecka które nie umie czytać jest totalnie niezrozumiałe. Część rysunków została również określona (przez moje dziecię) jako smutne, a nie tego oczekiwała po bajce na dobranoc. 
Jak napisałam we wstępie, moja córka, jeszcze nie jest gotowa na tego typu literaturę, a morały płynące z tej historii są jej zupełnie obce. Zresztą jak można dziecku wytłumaczyć czym jest "Prawdziwość"? Albo dlaczego musimy spalić wszystkie zabawki? Jednak wiem, że za kilka lat, jak siądę z małą nad "Aksamitnym królikiem" zrozumie więcej i wyniesie z tej opowieści naukę, która przyda się jej w dorosłym życiu. 

Jestem wprost zakochana w stylu autorki. Jest to opowieść pełna smutku, choć opowiada o prawdziwej miłości i to właśnie jej ma nauczać. Jest to również historia o stracie i o poszukiwaniu własnego ja. Uważam, że "Aksamitny królik" powinien zostać postawiony na tej samej półce co "Kubuś Puchatek"A.A Milne, "Piotruś Pan" J.M Barriego czy "Mały książę" Antoine de Saint Exupery'ego. Oczywiście te trzy powieści są o wiele bardziej zło złożone i kompleksowe jednak w moim odczuciu to właśnie prostota "Aksamitnego królika" jest jego największym atutem. Ta pluszowa zabawka jest sto razy bardziej ujmująca niż Piotruś Pan, sto razy mądrzejsza niż Mały Książę i sto razy bardziej niewinna niż Kubuś Puchatek. Polecam od piątego roku w górę. 


Tytuł : "Aksamitny królik"
Autor : Margery Williams
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 22 listopada 2017
Tytuł oryginału : The Velveteen Rabbit 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki bardzo dziękuję wydawnictwu :  


"Zaufanie" Henry James

"Zaufanie" Henry James

Uwielbiam literaturę amerykańską, uwielbiam Henriego Jamesa, a na dodatek jeśli wszystko to podane jest w pięknej oprawie, jaką zaprezentowało wydawnictwo Prószyński i S-ka to wprost nie można się oprzeć. "Zaufanie" jest jedną z pierwszych powieści tego wielkiego pisarza i zapewne jedną z bardziej niepozornych. W odróżnieniu do innych dzieł autora nie niesie podprogowego przekazu, nie zawiera głębszych morałów, jednak nadal warto się nią zainteresować, gdyż czytanie tej zabawnej opowiastki dostarczy niesamowitej rozrywki w doskonałym stylu.

Bernard Longueville, młody, pochodzący z bardzo zamożnej rodziny, Amerykanin, większość swojego wolnego czasu spędza w Europie korzystając z uroków życia. Gdyż nie musi się martwić pieniędzmi, które płyną do niego szerokim strumieniem, postanawia popróbować sił w malarstwie. Pewnego dnia w Sienie, kiedy zajęty jest szkicowaniem widoków z tarasu w pobliżu murów miejskich, spotyka piękną nieznajomą. Zauroczony jej urodą prosi dziewczynę żeby mu pozowała. Choć speszona, zgadza się. 
Niebawem Bernard dostaje list od swojego najbliższego przyjaciela, w którym ten zaprasza go do przyjazdu do Baden-Baden, znanego uzdrowiska w Niemczech. Celem wizyty ma być poznanie obiektu westchnień przyjaciela i ocenienie czy wybranka jest osobą godną jego serca, gdyż zauroczony kobietą nie jest w stanie wykazać się zdrowym rozsądkiem. Na miejscu spotyka znaną mu z francuskiej wizyty tajemniczą modelkę. 

Jest jedna rzecz, którą lubię w książkach Henriego Jamesa (oczywiście nie jedna, ale chyba najważniejsza), to nie akcja jest w nich najważniejsza tylko interpretacja. Można powiedzieć, że fabuła "Zauroczenia" jest niezwykle prosta, daleko jej do późniejszych, skomplikowanych dzieł autora. Dwóch przyjaciół spotyka się, a celem tego spotkania jest ocena zachowania i postaci kobiety, którą jeden z nich wybrał na kandydatkę na żonę. Oczywiście, nie jest to typowa sztuka dwóch bohaterów i nie dzieje się w jednym miejscu. Jak przystało na autora nadal przemieszczamy się z miejsca na miejsce, jednak co znamienne dla tego autora, każda lokalizacja jest jedynie tłem dla dialogów i analiz. Nie ma większego znaczenia czy byśmy się znaleźli w Paryżu czy w Warszawie, tutaj najważniejsze są postaci i ich uczucia. Jest to książka, w której największą rolę odgrywa ocena postępowania czwórki naszych głównych bohaterów, próba analizy ich zachowań. Na wstępie to Bernard ocenia Vivian, później dochodzi do autoanalizy samego Bernarda, następnie znów Bernard ocenia Gordona i jego małżeństwo z piękną wybranką, by na sam koniec sam zostać ocenionym przez Vivian. Myślicie, że będziecie tutaj mieli do czynienia z nudną i przegadaną psychoanalizą? Ależ skądże. Dialogi, monologi, oraz wtrącenia narratora są nie dość, że trafne, właściwe i dobrze zanalizowane to jeszcze niezwykle witalne i zabawne. Oprócz tego, że autor poddał głębokiej ocenie wszystkich naszych głównych bohaterów, to jeszcze nie oparł się pokusie analizie małżeństwa jako związku dwojga ludzi (zarówno tych do siebie pasujących, jak i tych z zupełnie innych biegunów). Myślę, że osoby szykujące się do zamążpójścia znajdą tutaj bardzo wiele cennych rad i dokładniej się przyjrzą swojemu wybrankowi/wybrance, oczywiście z przymrużeniem oka. 

Jako, że powieść została napisana prawie 150 lat temu, łatwo się domyślić że styl autora jest dość szczególny i osoby które wcześniej nie miały do czynienia z klasyką mogą odnieść wrażenie cofnięcia w czasie. Ze względu na ten fakt, to właśnie "Zaufanie" polecałabym czytelnikom, którzy pragną rozpocząć swoją przygodę z tym autorem. Jest to książka łatwa, prosta i przyjemna, dzięki czemu nawet trudny i niewspółczesny język nie przeszkadza w odbiorze. 
Jest to również powieść, chwalona przez komentatorów i krytyków, za względu na ponoć jedną z najlepszych postaci kobiecych wykreowanych przez Jamesa. Chodzi o Vivian. Mnie osobiście postać ta, choć interesująca, nie urzekła tak jak powinna. Stało się tak za sprawą Blanche, kolejnej kobiecej postaci, która totalnie zawróciła mi w głowie. Ta pulchna, młodziutka osóbka, była tak gadatliwa, jej monologi tak śmieszne, że czasem pozbawione sensu, po prostu nie dało się jej nie polubić, a nawet pożałować. To właśnie Blanche sprawiała, że przewracałam strony jak szalona szukając kolejnych wywodów bohaterki, która sama zdawała sobie sprawę ze swojej ułomności intelektualnej (choć moim zdaniem nic jej nie ubywało, dziś takich Blanche pełno na każdym kroku, aż człowiek ma ochotę na ciągłe noszenie stoperów). 
W powieści Jamesa widać zainteresowanie autora kwestią emancypacji kobiet, słychać tutaj głosy poparcia. Choć z jednej strony mamy do czynienia ze słabością płci pięknej, pogonią za bogatymi protektorami i kokieterią, tak przykład Vivian doskonale nam obrazuje, że to właśnie ona podjęła walkę z męską dominacją i śmiem stwierdzić, że ją wygrała w przedbiegach. 

Niektórzy mówią, że ta, wcześniej wydawana jako opowieść w odcinkach, książka nie nadaje się na osobną całość. Owszem jest doskonałym opowiadaniem, jednak daleko jej do pełnowymiarowej powieści, do których przyzwyczaił nas autor. Ja się z tym stwierdzeniem nie zgadzam. "Zaufanie" ma fabułę, która wciąga, mamy tutaj początek, rozwinięcie i zakończenie, pełnowymiarowe postaci wprost spływają ze stron kartek, a całość ma pewien głębszy sens, który nietrudno jest uchwycić. Choć czytelnik nie znajdzie tu akcji, to samo czytanie o przeżyciach, myślach i rozterkach naszych głównych bohaterów pochłonie nas bez reszty. Narrator, niczym reżyser teatralny, przedstawia wszystko w najdrobniejszych szczegółach, niczym didaskalia na marginesach sztuki. Bo "Zaufanie" to właśnie sztuka wielkiego formatu. Polecam

Tytuł : "Zaufanie"
Autor : Henry James
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 23 listopada 2017
Liczba stron : 288
Tytuł oryginału : Confidence

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

 



Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger