poniedziałek, 3 października 2016

"Ta chwila" Guillaume Musso

Tytuł: „Ta chwila”
Autor : Guillaume Musso
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Albatros
Liczba stron : 320
Tytuł oryginału : L'Instant Present




Ta chwila...trwa do połowy


Gdzieś w połowie książki powiedziałam mężowi „To jest to, ta książka musi trafić do naszej biblioteczki, ponieważ jest po prostu rewelacyjna”. Do tej pory pluję sobie w brodę, że udało mi się aż tak bardzo zapeszyć. Owszem książka jest rewelacyjna...ale tylko do połowy. Koniec jest tak mało autentyczny, tak mocno naciągany i mało innowacyjny, że odbiera książce całą wyjątkowość. Gdzieś na ostatnich stronach jedna z głównych postaci mówi do swojego interlokutora„ nie kończ tej powieści”. Dokładnie to samo powinna zrobić autorka, zamiast niszczyć tak rewelacyjną powieść powinna pozostawić zakończenie otwartym.

Arthur Costello, 25 letni lekarz dostaje od swojego ojca niesamowity prezent, a jest nim stara nieużywana latarnia morska zwana Latarnią 24 wiatrów. By posiadłość mogła przejść w ręce młodego mężczyzny musi on spełnić tylko dwa warunki. Nigdy jej nie odsprzedaż i nigdy nie otwierać zamurowanych w piwnicy stalowych drzwi. Jednak każdy z nas wie co znaczy młodość, jesteśmy ciekawi tajemnic i nawet przestrogi dorosłych nie są w stanie nas przestrzec przed zrobieniem głupoty. Jeszcze tego samego dnia Arthur bierze łom i wybija stalowe drzwi, kiedy wchodzi do śmierdzącego pleśnią pomieszczenia drzwi zatrzaskują się. Mężczyzna czuje zawroty głowy, nogi się pod nim uginają i otacza go obezwładniający zapach pomarańczy. Przytomność odzyskuje w Nowym Yorku w jednej z katedr w centrum miasta. Jest nagi a najbardziej zadziwiające jest to, że jego „omdlenie” trwało ponad rok.

Pętle czasu to jest to co misie lubią najbardziej. Nie bez powodu jedną z moich ulubionych książek jest „Dallas 63” Stephena Kinga gdzie nasz bohater podróżuje w czasie. I właśnie z tą powieścią skojarzyła mi się „Ta chwila”. Nasz bohater co dwadzieścia cztery godziny przenosi się w czasie o mniej więcej rok czasu. Przeżywa 24 lata swojego życia w zaledwie 24 dni. Oczywiście nie można porównać lirycznego stylu Kinga do opowieści początkującego choć jakże już utytułowanego pisarza jednak sam pomysł mnie urzekł. Gorzej troszkę poszło z wykonaniem.

Nie chcąc urazić autora muszę przyznać, że miałam tu do czynienia bardziej z opowiadaniem niż pełnowymiarową powieścią. Książkę udało mi się przeczytać w trzy godziny, a nawet nie uczęszczałam na kurs szybkiego czytania. Złożyła się na to bardzo duża czcionka, zupełnie ( a może nawet i większa ) jak w powieściach dla młodzieży, dużo dialogów i dość krótkie rozdziały. Gdyby skondensować to wszystko samego druku może by wyszło ze 150 stron. Ostatnią książką jaką przeczytałam było ponad 750 stronicowa „Dynastia” Mastertona więc z jednej strony byłam autorowi wdzięczna za szybką i zwartą lekturę, jednak z drugiej oczekiwałam czegoś więcej. A wierzcie mi było z czego to „więcej zrobić”. Przeskoki w czasie acz interesujące stały się po części rutyną, oprócz kilku przypadków nic nie wnosiły a przecież mogły. Na samym początku myślałam, że będziemy mieć do czynienia z zagadką, z zagadką latarni. Wiemy, że nasz główny bohater nie był pierwszą osobą, która została wplątana w podróże w czasie. Jednak gdzieś po kilkudziesięciu stronach autor zarzucił ten trop i zagadka pozostała nierozwiązana. Na dobrą sprawę nie wiemy, co się w tej latarni wydarzyło, dlaczego otworzyło się okno w czasie, na jakiej zasadzie ono funkcjonowało, dlaczego bohater raz zawędrował do Paryża, choć zazwyczaj budził się w nowym Yorku. Tych pytań są jeszcze setki. I poniekąd dostałam na nie odpowiedź jednak taką po której poczułam się po prostu oszukana. Zupełnie jak w filmie „Thruman Show” gdzie główny bohater dowiaduje się, że od berbecia żyje w świecie wielkiego brata gdzie wszyscy jego najbliżsi i przyjaciele są podstawionymi aktorami.

I tu dochodzimy do najgorszego fragmentu książki jakim jest zakończenie. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że był to najgorszy koniec z jakim się dotychczas spotkałam. Pewnie znajdą się czytelnicy, którzy zrozumieli tę wielką metaforyczną mistyfikację jednak ja się do niej nie przekonałam pomimo wielokrotnego przeczytania największego twistu w tej całej historii. Od początku byłam przekonana, że powieść ta jest thrillerem z elementami fantastyki by na końcu obudzić się z ręką w nocniku. Czułam się jak by wylano na mnie kubeł zimnej wody gdyż na koniec okazało się, że działo to jest metaforą miłości rodzicielskiej i stosunków w rodzinie. Teraz jak się nad tym zastanawiam to wydaje mi się, że autor chciał nam przekazać coś bardzo ważnego, jednak nie wybrał do tego zbyt zrozumiałej formy.

Taki mały spojler , więc kto nie chce niech ten akapit pominie. W trzecim dniu swojej podróży autor się zakochuje w przypadkowo poznanej dziewczynie. Po kilku dniach znajomości zachodzi ona w ciążę choć w rzeczywistości cały ich związek trwa kilkanaście lat . Stop, to wszystko dzieje się za szybko. Jednego dnia Lisa nie istnieje, drugiego jest wielka miłość, trzeciego kłótnie, czwartego gorący sex, piątek Lisa ma kogoś innego, następnie sex, następnie jedno dziecko potem drugie, znowu zdrady, znowu spotkania. ..A gdzie czas na analizę? Człowiek który w 120 godzin przeżywa całe swoje życie nie ma prawa nie zwariować. Na domiar złego odniosłam wrażenie, że w ogóle nie interesuje się on swoimi dziećmi choć ma tylko kilka godzin na ich poznanie. Woli latać za spódniczką. A ona? A kobieta godzi się na to by mieć dzieci z kimś kogo widziała kilka razy w życiu . Taki związek nie ma szans przetrwania, bohaterowie powinni sobie strzelić w łeb. Owszem bohater poniekąd to wszystko wyjaśnia jednak w równie niezrozumiały dla mnie sposób.


Jak duża większość książek, które w swoim życiu przeczytałam i ta zaczęła się rewelacyjnie. Mamy tutaj tajemnicę , ciekawych bohaterów, akcję i jej zwroty. Mamy ciekawy temat, mądre dialogi i szczyptę dowcipu. To wszystko mamy na pierwszych 250 stronach. Dlatego proszę wszystkich jak dojdziecie do tego momentu zamknijcie książkę i sami napiszcie jej zakończenie. Wam na pewno wyjdzie lepiej niż autorowi, który zupełnie nie miał pomysłu jak to wszystko doprowadzić do końca.