"Tu się nie zabija" Anna Bińkowska

"Tu się nie zabija" Anna Bińkowska




     Zawsze cieszy kiedy na rodzimej scenie literackiej pojawiają się nowe twarze. Na przestrzeni ostatnich lat polski kryminał zyskał nowe oblicze, polscy autorzy nie odstają od swoich skandynawskich czy niemieckich kolegów a cały gatunek trzyma wysoki poziom. Jestem zadowolona, że do panteonu naszych "kryminalistów" dołączyła Anna Bińkowska. Jej język, choć to dopiero debiut, jest na wysokim poziomie a zagadka kryminalna może nie wyszukana ale dość zaskakująca. Całość czyta się szybko i z zainteresowaniem a drobne błędy można wybaczyć. 

Iga Mirska przeniesiona zostaje do nowej jednostki operacyjnej gdzie dostaje się pod skrzydła
komisarza Budrysia- pewnego siebie, zdolnego acz irytującego policjanta, którego wszyscy nazywają Szefem. Już pierwszego dnia na komendę docierają wieści o zabójstwie na Uniwersytecie Warszawskim, a konkretniej na małym Wydziale Archeologii Wczesnochrześcijańskiej. Ofiarą mordercy jest dyrektor Instytutu profesor Tadeusz Zawistowski, który znaleziony zostaje martwy na terenie  uniwersytetu. Przyczyną śmierci jest zasztyletowanie. Kto życzył znanemu w świecie profesorowi śmierci? Podczas wnikliwego śledztwa wychodzą na wierzch machlojki jakich dopuszczali się ludzie ze środowiska naukowego : przemyt, paserstwo, fałszywe zlecenia na badania archeologiczne. Winnym może być każdy, gdyż okazuje się, że profesor Zawistowski lubił przysparzać sobie wrogów, zarówno wśród kadry naukowej jak i studentów.

Pochodzę z Warszawy i jako rodowita "stoliczanka" z dziada pradziada uwielbiam książki osadzone w tym pięknym mieście. Choć to debiut literacki wiedziałam, że Anna Bińkowska mnie nie zawiedzie, i w doskonały oraz prawdziwy sposób odda realia stolicy i jej swoisty urok. Po pierwsze, jest młodą kobietą, ukształtowaną przez lata demokracji, pochodzi z pokolenia tych dla których historia znajduje się na kartach książek a nie w umysłach. Po drugie również urodziła się w Warszawie co poniekąd zmusza do posiadania więzi z tym miastem. I właśnie ten sentyment bił z kart powieści. Warszawa Bińkowskiej nie jest cukierkowa i zgloryfikowana. To miasto, które oprócz pięknych (niestety zniszczonych i odbudowanych po wojnie) pałacyków, wielkich zielonych parków (akcja toczy się w listopadzie więc zieleni tym razem jak na lekarstwo) oraz wielkiej i pięknej Wisły ukazuje nam zgoła inne i mroczniejsze odbicie. Bińkowska zabiera nas na Warszawską Pragę, Bródno i Targówek (akcja dzieje się nawet przy ulicy na której stoi dom moich rodziców), razem z naszymi bohaterami stoimy w korkach na moście gdańskim czy zwiedzamy wielkie bloki, tak zwane "mrówkowce" w których żyją na jednej przestrzeni setki rodzin. Warszawa z "Tu się nie zabija" to mroczne miasto, pełne patologii. Miasto zawiedzionych marzeń, desperacji, przekrętów. To również miasto nauki oraz nadziei i wiary w lepsze jutro. Teraz, kiedy los rzucił mnie na obczyznę, muszę przyznać, że czytając tę powieść zaczęłam tęsknić za moim rodzinnym miastem, szczególnie że autorka ma tak lekkie i opisowe pióro, że obrazy same stawały przed oczami. 

"Tu się nie zabija" nie jest powieścią sensacyjną, czy nawet kryminałem w którym akcja pędzi na łeb na szyję a trup się ściele gęsto niczym w horrorze kategorii trzeciej. Autorka, snując swoją intrygę, skupiła się na przedstawieniu czytelnikom kulisów pracy policjantów, którą czytając możemy poznać od samej podszewki. Przez te kilka godzin z książką towarzyszyłam czwórce wspaniałych policjantów, którzy próbowali rozwiązać zagadkę morderstwa na uniwersytecie. Na samym początku wydawać by się mogło, że mamy zbyt dużo podejrzanych i zbyt mało dowodów. W takich momentach początkujący autorzy zazwyczaj popełniają błąd i wprowadzają do fabuły książki elementy mało realistyczne, które sprawiają że całość wydaje się nam zbyt naciągana i niewiarygodna. Autorce udało się tego uniknąć. Śledztwo prowadzone jest w sposób, który wydaje się wiarygodny, a wypływające na jaw szczegóły, dowody i okoliczności tworzą dobrze przemyślaną i skonstruowaną całość. Pomimo faktu, że więcej tutaj zbierania dowodów, rozmów ze świadkami i opisów technik policyjnych niż samej akcji, książka wciąga nas całkowicie i (co mnie przyjemniej zaskoczyło) nie ma tutaj miejsca na nudę. 
Jedynym minusem powieści jest fakt, że zorientowałam się dość szybko kto jest mordercą, jednak fakt że osoba ta była mi znana nie miał wpływu na odbiór książki. Nadal przecież chciałam poznać wszystkie okoliczności i motywy kierujące sprawcą.

Ważnym elementem książki były również postacie, którym zostało poświęcone dużo miejsca. Czy Bińkowska zastosowała ten zabieg specjalnie, gdyż ma nadzieję na kontynuowanie serii? A wiadomo co swojskie to cieszy się większym wzięciem i zainteresowaniem.
Iga Mirska, to młoda choć doświadczona policjantka, która z mniejszej jednostki przeniesiona zostaje w samo centrum wydarzeń, czyli do Śródmieścia, samego Pałacu Mostowskich. Męskie środowisko policjantów zaczyna testować nową koleżankę, sprawdzając czy jest wiarygodna czy tylko sprowadzi na nich kłopoty. Dziewczyna musi zmierzyć się z szowinizmem, otrzaskać z wulgaryzmami i przeżyć sekcję zwłok na którą zabiera ja usłużny "Szef". Muszę przyznać, że polubiłam wszystkich głównych bohaterów a to za sprawą autorki, która uczyniła ich niezwykle wiarygodnymi. No i ta warszawska gwara, po prostu ją uwielbiam. Wszystkie postaci w książce są barwne, dopracowane i pełne życia. Dialogi są konkretne, czasem zabawne a ich obfitość sprawia, że książkę czyta się niezwykle szybko.

"Tu się nie zabija" to ciekawy i wciągający aczkolwiek dość techniczny kryminał, który zadowoli czytelników lubujących się w tajnikach policyjnego śledztwa. Napisana przystępnym językiem, pełna ciekawych postaci i miejsc książka zabierze was w mroczny świat Warszawy jakiej jeszcze nie znacie. Liczę, że nie było to moje pierwsze i ostatnie spotkanie z autorką i jej bohaterami. Polecam i czekam na więcej. 


Tytuł : "Tu się nie zabija"
Autor : Anna Bińkowska
Wydawnictwo : W.A.B
Data wydania : 14 czerwca 2017
Liczba stron : 352

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 







"Artemis" Andy Weir

"Artemis" Andy Weir


     Kiedy kilka lat temu czytałam "Marsjanina" byłam wprost zauroczona zarówno samą fabułą książki jak i głównym bohaterem. Sama byłam zaskoczona jak mogła zainteresować mnie powieść praktycznie jednego bohatera, dziejąca się w tym samym zamkniętym środowisku? Przecież to na odległość powinno wiać nudą. Jednak Andy Weir dokonał czegoś niezwykłego. Tytułowy "Marsjanin" został wyposażony w takie atrybuty i poczucie humoru, że wprost nie dało się go nie polubić. Idąc za ciosem autor postanowił "przetransferować" osobowość Marka Watneya w ciało Jasmine Bashary, bohaterki powieści "Artemis". Muszę przyznać, że zabieg wyszedł dość groteskowo. Kiedy czarny, typowo męski humor, rozwiązły język, oraz bezpośrednia forma zwracania się do czytelnika pasują do samotnego człowieka na Marsie, to kiedy w ten sam sposób mówi do mnie wychowana z dala od Ziemi, zadufana w sobie, zamerykanizowana młoda muzułmanka, to do mnie nie przemawia.Zawiodła również sama fabuła, jest zbyt zawiła i choć dzieje się w ciekawym miejscu jest o wiele mniej interesująca. 

Jazz Bashara, córka znanego w środowisku spawacza, muzułmanina przybyłego z Arabii Saudyjskiej,
przybyła na Księżyc kiedy miała sześć lat. Już od dziecka odznaczała się niezwykłą inteligencją jednak środowisko, w którym przebywała i jej własny upór doprowadził dziewczynę na dno. Pokłócona z ojcem wyprowadziła się z domu by zamieszkać z mężczyzną, który oprócz niej miał na boku parę innych dziewczyn. By utrzymać się przy życiu, w jednym z najdroższych miast w Galaktyce, Artemis, Jazz zmuszona była pracować jako doręczycielka. Jednak rozwożenie przesyłek było tylko przykrywką dla nielegalnych interesów. W rzeczywistości Jazz zajmowała się przemytem zakazanych towarów z Ziemi na księżyc. Pewnego dnia jeden z jej długoletnich klientów, skandynawski milioner mieszkający w Artemis, zaoferował jej milion gitów (artemizjańska waluta) za pomoc w zniszczeniu huty aluminium Sanchez. Dziewczyna, nie zdając sobie sprawy ze związanych z tym niebezpieczeństw, zgodziła się. Kiedy jej mocodawca został zamordowany, było już za późno by się wycofać. 

Niektórzy mówią, że pisząc "Marsjanina" autor tym samym postawił sobie zbyt wysoko poprzeczkę, której nie udało mu się przeskoczyć i wraz z "Artemis" upadła z hukiem na ziemię. Czy ta część krytyków i recenzentów ma rację? Czy w ogóle można porównywać te dwie książki? Czy mają za sobą coś wspólnego? 
W obu powieściach widać oczywistą fascynację Weira kosmosem, chemią oraz prawami fizyki. Kiedy w przypadku "Marsjanina" użycie naukowego języka było nie dość, że wskazane a wręcz konieczne by wyjaśnić w jaki sposób naszemu głównemu bohaterowi udało się żyć i przeżyć w tak niegościnnych warunkach, tak w przypadku "Artemis" mamy do czynienia z pseudonaukowym bełkotem. Wszystkie te gadki o szmuglowaniu, gangsterach czy naukowym sabotażu były po prostu nudne, a użycie encyklopedycznych zwrotów i terminów opisując procesy zachodzące w wyniku spawania, po prostu żenujące. Tak proszę państwa "Artemis" to jeden wielki pamflet na temat hutnictwa i spawalnictwa, myślę że temat ten może zainteresować dość wąskie grono czytelników. 

Jak pisałam na wstępie mojej recenzji wprost pokochałam Marka Watneya. Wydawcy i spece od reklamy mówili mi, że pokocham również Jazz Basharę. Niestety stało się wręcz odwrotnie i trafiła do mojej dziesiątki najbardziej irytujących głównych bohaterów. To co mogło ujść "marsjaninowi"  nie jestem w stanie wybaczyć naszej młodej sabotażystce. Po tej książce widać, że nie każdy mężczyzna, nawet ten posiadający najbardziej rozbudowaną wyobraźnię, jest w stanie wczuć się w rolę kobiety i ją odpowiednio odegrać. Jazz Bashara jest przykładem na to, że "kobiety" są najmniej poznanym i obcym gatunkiem naszej galaktyki, przynajmniej w oczach mężczyzn. Typowo męskie żarty włożone w kobiece usta brzmią groteskowo a czasem wręcz niesmacznie. Autor z dziewczyny wychowanej w muzułmańskiej rodzinie, i zapewne w muzułmańskiej wspólnocie, zrobił szwendającą się po łóżkach nieznanych mężczyzn, puszczalską terrorystkę. Kolejny raz to co ujdzie mężczyźnie kobiecie niestety nie przystoi. Na domiar złego nasza bohaterka nie interesuje się niczym innym tylko swoim stanem konta. I tu dochodzimy do kolejnego problemu. 

Cała fabuła książki oparta jest na chciwości Jazz. Nie było by całej afery gdyby nasza główna bohaterka nie połasiła się na oferowany jej milion gitów. Jak dla mnie było to troszkę za mało by ładować się w kłopoty i narażać własne życie, a taki właśnie finał był bardziej niż oczywisty. Kiedy nie lubisz głównej bohaterki, reszta postaci wydaje się być stereotypowa a cała fabuła oparta na zbyt naciąganej fasadzie, wtedy co nam zostaje? Miejsce osadzenia powieści. Tym razem wylądowaliśmy w Artemis, pierwszym zbudowanym przez ludzi mieście na księżycu. Powinno być ciekawie a jak wyszło? Artemis, to miasto turystyczne, zbudowane z kilku połączonych ze sobą baniek mieszkalno usługowych, gdzie naraz przebywa około 2 tysięcy mieszkańców i przybyszów z Ziemi. Pewnie zaskoczy was fakt, że założycielem miasta była spółka wywodząca się z położonej na równiku Kenii. Żałuję, że autor nie zadał sobie trudu by poinformować czytelników jakim cudem ten afrykański kraj stał się liderem w dziedzinie kosmonautyki i lotów kosmicznych? Szkoda. 
Jednak sam Księżyc, podobnie jak cała powieść, jest szary i nieciekawy. Artemis, jako miasto przyszłości, prezentuje sobą dość smutny i mało optymistyczny obraz społeczeństwa przyszłości. Na Księżyc, gdzie powinna trafić sama elita ludzi najinteligentniejszych, trafiają osobniki z półświatka, alkoholicy i przestępcy. Nawet w tak zamkniętej enklawie obudzą się nasze zwierzęce instynkty. Sprawdza się tu teza Baudelaire, prekursora symbolizmu i dekadentyzmu, że społeczeństwo chyli się ku upadkowi moralnemu. 

Przyznam szczerze, że sięgając po "Artemis" spodziewałam się ciekawego, prekursorskiego dzieła na miarę "Marsjanina". Niestety dostałam dość mdłą, napisaną tuzinkowym językiem pulpę, przy której trzeba mieć wiele cierpliwości by doczytać do końca. Muszę się zgodzić z krytykami i przyznać, że poprzeczka została zawieszona zbyt wysoko a upadek z takiej wysokości jak Księżyc musi być niezwykle bolesny. Trzymam kciuki za Andiego Weira i liczę na to, że uda mu się podnieść i napisać kolejny bestseller, który złapie mnie za serce.  

Tytuł : "Artemis"
Autor : Andy Weir
Wydawnictwo : Akurat
Data wydania : 22 listopada 2017
Liczba stron : 418





"Modyfikowany węgiel" Richard Morgan

"Modyfikowany węgiel" Richard Morgan

 Tytuł : "Modyfikowany węgiel"
 Autor : Richard Morgan
 Data wydania, wznowienia : Grudzień 2017
 Wydawnictwo : MAG
 Liczba stron : 544
 Tytuł oryginału : Altered Carbon



Miłość do cyberpunku


Choć nie ograniczam się do jednego gatunku tak fantastyka zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce w mojej hierarchii i zawsze z niecierpliwością czekam na książki, które zachwyciły czytelników na całym świecie. Dlaczego dopiero teraz sięgnęłam po "Zmodyfikowany węgiel" choć książka została wydana już parę lat temu? Wstyd się przyznać ale ze zwykłej niewiedzy. Jak zobaczyłam tę futurystyczną, przyciągającą wzrok okładkę myślałam, że mam do czynienia z nowością wydawniczą. Podobnie, po przeczytaniu pierwszych kilkudziesięciu stron, byłam przekonana że autor jest doświadczonym pisarzem i ma na koncie co najmniej kilka bestsellerów. Byłam strasznie zdziwiona dowiedziawszy się, że pierwszy tom trylogii o Takeshim Kovacu to w rzeczywistości literacki debiut. Jednak właśnie tego potrzebowałam : solidnego kawałka fantastyki w cyberpunkowym wydaniu. 

XXVI wiek. Ludzkość poznała sposób na długowieczność, być może nawet nieśmiertelność. Przesył danych i energii możliwy jest za pomocą transferu strunowego. Dzięki niemu ludzie, bez ograniczających ich cielesnych powłok, są w stanie podróżować po galaktyce. Upowłokowienie następuje dopiero w miejscu docelowym.
Były żołnierz jednostek specjalnych ONZ, tak zwanych Emisariuszy, wykupiony zostaje z Poczekalni gdzie odbywa wyrok za popełnione przestępstwa. Jego nowym szefem zostaje ponad 300 letni milioner, Laurens Bancroft. Umieszczony w ciele skazanego policjanta, ma za zadanie dowiedzieć się kto zamordował jego pracodawcę. Choć mężczyzna żyje dzięki klonom i ciągle aktualizowanej kopii swojego umysłu, wydarzenia ostatnich 48 godzin zostały wymazane z jego pamięci. Policja utrzymuje, że milioner popełnił samobójstwo, jednak zebrane dowody temu przeczą. 

Wszystkich czytelników, już na wstępie chciałam przestrzec,aby nie wpadali w paranoję i nie odkładali książki na półkę jeśli poczują, że od samego początku wylądowali w stworzonym przez autora chaosie. Przyzwyczajeni jesteśmy, że sięgając po pierwszy tom cyklu, dostajemy chociażby szczątkowe wprowadzenie, tak zwany prolog, gdzie dowiadujemy się kim jest nasz główny bohater, z jakim światem mamy do czynienia i jakie panują w nim obyczaje. Tym razem autor nie zadał sobie trudu by nam cokolwiek objaśnić. Odniosłam wrażenie, że już od pierwszych stron rzucona zostałam w wir wydarzeń, w sam środek toczącej się opowieści, i to właśnie moim głównym zadaniem jest odkrycie zagadki świata wykreowanego przez Richarda Morgana. A zagadka ta jest naprawdę skomplikowana, podobnie jak sama fabuła i sylwetki naszych głównych bohaterów (czy jak kto woli antybohaterów). Autor wyposażył naszych protagonistów w ciekawą przeszłość o której w tym tomie tylko wzmiankuje. Zabieg ten był o tyle irytujący co bardzo udany, gdyż poniekąd zmusza czytelników do sięgnięcia po kolejne części cyklu. Ja na pewno to zrobię, gdyż ciekawi mnie kim chociażby była Sara czy co dokładnie stało się w Inennin, informacje szczątkowe by nie spojlerować.

Choć już od dawna czekałam na kawałek dobrej i wiarygodnej fantastyki tak nie wiedziałam, że odnajdę w sobie miłość do powieści z rodzaju neocyberpunku z elementami kryminału noir. Brzmi groźnie? I właśnie takie jest. Mamy tu do czynienia z dystopijnym, stechnicyzowanym światem, gdzie społeczeństwo charakteryzuje moralny rozkład, przesył danych łączy cały świat a znaczna część naszej fabuły rozgrywana jest w wirtualnej rzeczywistości.W powieści Morgana zanika cienka linia dzieląca istoty ludzkie od cyborgów i innych stworzonych przez człowieka konstruktów. Wszystko to sprawia, że mamy do czynienia ze światem który jest mroczny, klimat utworu pesymistyczny, a całość napisana jest wulgarnym językiem, pełnym czarnego, wisielczego humoru. Choć nasza fabuła w całości dzieje się na Ziemi, to żaden z nas w Bay City, mieście nad brzegiem oceanu, nie rozpoznał by żadnej dzisiejszej metropolii. Jest brudne i opuszczone. Widzimy tutaj wyraźny podział na mogących wszystko, kilkusetletnich bogaczy oraz biedotę, która chwyta się nielegalnych zajęć by przeżyć czy zwiększyć swoje szanse na otrzymanie kolejnej powłoki, czyli kolejnego nowego życia. Właśnie w tym otoczeniu, dealerów narkotyków i wirtualnych burdeli, Takeshi Kovacs musi rozwiązać zagadkę samobójstwa swojego pracodawcy. Mężczyzna nie zdaje sobie sprawy na jak niebezpieczną ścieżkę wkroczył. Wraz z rozwojem akcji, sprawa Bancrofta, spada z piedestału, by ustąpić miejsca kolejnym wątkom i kolejnym postaciom. "Modyfikowany węgiel" to powieść, której akcja przeskakuje z jednego wątku na drugi z szybkością światła, jeszcze bardziej potęgując wrażenie chaosu. Jednak w tym przypadku odnosimy wrażenie, że był to chaos zaplanowany, a zakończenie książki połączyło wszystkie wątki w jedną spójną całość.

"Modyfikowany węgiel" to jedna z lepszych powieści fantastycznych jakie miałam okazję przeczytać. Z pewnością sięgnę po kolejne części cyklu o "emerytowanym" Emisariuszu. Już się nie mogę doczekać serialu produkcji Netflix, powstałego na podstawie powieści Morgana. Czy świat na ekranie będzie choć troszkę podobny do tego z mojej wyobraźni ? Przekonam się już w lutym. Tymczasem polecam wszystkim fanom gatunku i nie tylko.

"Siedem lat w Tybecie" Heinrich Harrer

"Siedem lat w Tybecie" Heinrich Harrer

 Tytuł : "Siedem lat w Tybecie"
 Autor : Heinrich Harrer
 Wydawnictwo : Zysk i S-ka
 Data wydania : 20 listopada 2017
 Liczba stron : 505
 Tytuł oryginału : Sieben Jahre In Tibet




 Nowe życie



Jak tylko zobaczyłam tytuł tej książki, to wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać. Od razu przed oczami stanął mi mój ulubiony film, o tej samej nazwie, z Bradem Pittem w roli głównej, film który pamiętam aż do dziś, wraz z najdrobniejszymi szczegółami. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że opowiada on o losach prawdziwej postaci, Heinricha Harrera, austriackiego alpinisty, himalaisty i geografa, należącego do SS. "Siedem lat w Tybecie" to świetna książka podróżniczo-obyczajowa obok, której nie da się przejść obojętnie. Magiczna sceneria, egzotyczny buddyzm, dwie wojny toczące się równolegle oraz sama kontrowersyjna postać autora sprawiają, że musimy doczytać ją do końca.

Heinrich Harrer, wraz z Peterem Aufschnaiterem biorą udział w wyprawie podróżniczej na Nanga
Parbat. Kiedy wybucha II Wojna Światowa schwytani zostają przez wojska brytyjskie i osadzeni w obozie jenieckim. Po wielu nieudanych próbach w końcu udaje im się uciec. Trafiają do Tybetu gdzie nieznajomość kultury i obyczajów tego kraju przysparza im początkowych problemów. W końcu udaje im się zaaklimatyzować a nawet poznać samego Dalajlamę. Niemal idealny świat rozpada się jednak, gdy Chiny, po pokonaniu wewnętrznych wrogów, występują z roszczeniami wobec Tybetu. Wskutek zdrady i przewagi wroga Tybet i jego unikalna kultura upada.

Muszę przyznać, że styl pisarski autora nie wyróżnia się niczym spektakularnym. Mamy tutaj do czynienia z typową powieścią podróżniczą, z typowym dla niej językiem, gdzie wartością jest przedstawienie faktów a nie ich ozdabianie. Musimy wszak pamiętać, że Harrer nie był z wykształcenia (ani nawet z zamiłowania) pisarzem, a na dodatek język niemiecki nie sprzyja prozie "ozdobnej", część detali mogła również ulec zmianom w wyniku tłumaczenia. Jednak to co najważniejsze zostało zachowane, a jest tym niezwykła podróż Harrera przez Tybet, która zaowocowała przyjaźnią z Dalajlamą. 
Ci którzy interesują się podróżami i historią podróżnictwa wiedzą, że Heinrich Harrer większość z tych siedmiu lat, które spędził w Tybecie właśnie podróżował. Oczywiście gdyby nasz autor skupił się na opisie wspinaczki wysokogórskiej i trekkingu zapewne 90 procent czytelników nie dobrnęło by do 100 strony powieści. Choć wiemy, że te sporty były jego prawdziwą miłością, w swojej książce Harrer opowiada o  życiu w stalicy Tybetu, Lhasie, i poznawaniu tamtejszej kultury i społeczności. 
W smutnym postscriptum, dopisanym prawie 50 lat później, opisuje jak cała ta kultura została wymazana.

To właśnie część o Lhasie, gdzie nasz autor rozpoczyna nowe życie, jest moim zdaniem najlepszą, najbardziej poruszającą częścią całej opowieści. Z pewnością wcześniejsze sceny, jak ucieczka z więzienia czy przeprawa przez pustynię, są niezwykle ekscytujące, jednak to właśnie proces tworzenia "nowego życia" wraz z pomocą współczujących Tybetańczyków, były najbardziej romantyczne i wzruszające. Sama od 10 lat mieszkam za granicą, gdzie musiałam zbudować nowy dom, z dala od najbliższych i przyjaciół. Ta książka przypomniała mi o tych małych przyjemnościach wynikających z życia i pracy za granicą. To tutaj zbudowałam swój dom, więc nawet jeśli los mnie rzuci w inne miejsce to zawsze będę tęsknić za tą wyspą, więc z całą świadomością mogę się podpisać pod końcowymi słowami autora: "Gdziekolwiek mieszkam, będę tęsknił za Tybetem".

"Siedem lat w Tybecie" to również doskonały opis kultury tybetańskiej. Właśnie z niej dowiedziałam się, że Ci dobrzy ludzie też mają swoje za uszami. W filozofii buddyjskiej żadne stworzenie boskie nie może zostać zabite a co za tym idzie ludzie nie mają dostępu do mięsa, które przecież jest im potrzebne do prawidłowego rozwoju. Jak się okazuje ten problem ma bardzo proste rozwiązanie, a jest nim sąsiedni Nepal. Nepalczycy jak widać nie mają takich skrupułów i "mordują" na potęgę by potem dostarczyć mięso do Tybetu. 
Kolejnym przykładem jest przepis, że w każdych zawodach, czy to sportowych czy innego rodzaju, Dalajlama musi zawsze zająć pierwsze miejsce. Czy w takim kraju idea współzawodnictwa w ogóle ma sens, skoro zawsze mamy tego samego zwycięzcę?
To właśnie dla takich smaczków warto przeczytać tę powieść.

Pomimo sztywnego stylu, wielokrotnych powtórzeń i niedbalstwa fabularnego (często trudno się rozeznać w rozgrywających się wydarzeniach) warto sięgnąć po tę pozycję za względu na jej walory edukacyjne. Trzeba przy tym pamiętać, że "Siedem lat w Tybecie" to nie fikcja literacka, tylko opis prawdziwych zdarzeń, przeżytych przez osobę z krwi i kości. To wspaniała książka podróżnicza, z której dowiemy się wiele o kulturze i obyczajach panujących w Tybecie. To również opowieść o wojnie, polityce i miłości, dlatego polecam ją każdemu czytelnikowi. Dodam, że fakt oglądania filmu nie będzie miał wpływu na odbiór powieści, gdyż mamy tutaj wiele wątków, których zabrakło w scenariuszu. Gorąco polecam.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania powieści serdecznie dziękuję wydawnictwu :

"Ogień wsród nocy" Teresa Messineo

"Ogień wsród nocy" Teresa Messineo

 Tytuł : "Ogień wśród nocy"
 Autor : Teresa Messineo
 Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
 Data wydania : 14 września 2017
 Liczba stron : 368
 Tytuł oryginału : The Fire By Night




 Lektura życia



Podobnie jak końcówka zeszłego roku tak i początek nowego mnie nie rozczarowały pod względem czytelniczym. Właśnie ukończyłam lekturę kolejnej, cudownej książki, której fabuła toczy się w czasach II Wojny Światowej. Wydawać by się mogło, że temat ten został już wyczerpany, jednak za każdym razem znajduję w literaturze wojennej coś nowego, fakty z których nie zdawałam sobie sprawy. Książki te, choć w większości fikcyjne, są nośnikiem silnych emocji, które jak nieuleczalna choroba zagnieżdżają się w czytelniku. "Ogień wśród nocy" to nie tylko opowieść o miłości i przyjaźni. To brutalny obraz wojny, rozgrywającej się na wszystkich kontynentach. Obraz skłaniający oczy do płaczu a serca do zadumy. 

Kay i Jo poznały się w Nowym Jorku, w szkole dla pielęgniarek. Obie chciały się wyrwać ze środowisk w jakich zostały wychowane dlatego zapisały się do wojska. Pragnęły opuścić Stany Zjednoczone i pomagać żołnierzom na frontach II Wojny Światowej. Kay trafiła na wyspy Pacyfiku, Josephine zaś służyła początkowo w Afryce potem w Europie zachodniej. 
Podczas ewakuacji Niemcy atakują konwój Czerwonego Krzyża. Jo, jako jedynej pielęgniarce, udaje się ujść z życiem. Wraz z sześcioma poważnie rannymi żołnierzami zostaje otoczona przez siły nieprzyjaciela. Odważna kobieta stawia sobie za cel, by uratować życie wszystkich swoich podopiecznych. Nie zdaje sobie sprawy, że tysiące kilometrów dalej, jej najbliższa przyjaciółka walczy o życie.

Książkę możemy podzielić na dwie części. Pierwsza to połączenie dziennika z reportażem, opowiadającym o losach żołnierzy, lekarzy i pielęgniarek na frontach II Wojny Światowej. Akcja toczy się zarówno we Francji, jak i na Filipinach a narratorkami są dwie młode kobiety, pielęgniarki które poświęciły swoje życie i młodość by nieść pomoc rannym żołnierzom. Dlaczego powieść ta przypomina reportaż? Otóż składa się z krótkich historii, widzianych oczami naocznych świadków, którzy relacjonują przerażające wydarzenia z frontu. Są to opowiadania, które ukazują nam jakim koszmarem jest wojna. Pełne krwi, urwanych kończyn, porozrzucanych wnętrzności, opowieści w których szczury jedzą jeszcze żywych ludzi, gwałty są na prządku dziennym, a jedynym lekarstwem jakie pozostało jest litość i odrobina serca. Autorka w dobitny sposób ukazuje nam jaki koszmarny wpływ na ludzką kondycję ma wojna, życie w stresie. Pokazuje jak rodzi się trauma. Wojna to nie tylko relacje z frontu, walki na bagnety i zdobywanie nowych przyczółków. Wojna to setki tysięcy ludzi, którzy na grzmot burzy będą padać w błoto, którym do końca życia będą się trząść ręce na wspomnienie wydarzeń z przeszłości. Dla których jedynym wyjściem pozostanie życie w samotności, gdyż wszyscy bliscy zostali pochowani gdzieś daleko na rubieżach świata.
Niby to wszystko już było. Były filmy, książki, reportaże, relacje świadków. Niby "Ogień wśród nocy" to książka fikcyjna, z fikcyjnymi bohaterami. Jednak dzięki prozie autorki, dzięki temu jaki ogrom pracy włożyła w przygotowanie się do napisania tej powieści, czytelnik czuje, że ta powieść żyje i niesie ważne przesłanie. 

Druga część opowiada o losach naszych głównych bohaterek tuż po zakończeniu działań wojennych. Dopiero w tym momencie dostajemy coś na kształt powieści miłosnej, choć ja na pewno nie zaliczyłabym jej do gatunku "romans wojenny". Tutaj mamy do czynienia z czymś głębszym, wymagającym analizy i zastanowienia. To próba opisania stanu emocjonalnego naszych bohaterek po wojnie, oddania jaki wpływ na ich życie miała wojna, jaki ślad pozostawiła w ich duszach. Miłości samej w sobie jest tutaj jak na lekarstwo, ale czy po tak traumatycznych przeżyciach nadal jesteśmy w stanie kochać?

Jo i Kay, znajdują się tysiące kilometrów od siebie. Jedna na tropikalnych filipińskich plażach, druga w bagnistych okopach na francuskiej ziemi. Jedna głoduje w obozie jenieckim, pełza w poszukiwaniu jedzenia po brudnych, malarycznych tunelach, druga dzieli się ostatnią puszką peklowanego mięsa ze zniszczonymi wojną żołnierzami, dla których jest aniołem który zstąpił z nieba. Inny klimat, inne kontynenty, inni ludzie, jednak ta sama niszczycielska wojna.
Przyznam, że wydawało mi się, że jestem już przesycona literaturą wojenną (ostatnio przeczytałam dość sporo książek tego gatunku) i myślałam, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Jednak
Teresie Messineo udało się doprowadzić mnie do łez, co jest rzadkością w przypadku fikcji literackiej. Ja jednak wiem, że to się wydarzyło naprawdę, lub mogło się wydarzyć, a autorka miała odwagę wydobyć te zdarzenia na światło dzienne i sprawnie połączyć w jedną, smutną i przerażającą całość.

"Ogień wśród nocy" to smutna i ciężka powieść dla doświadczonych czytelników, którzy nie boją się prawdy, tej nagiej, podanej w surowej postaci bez talerza skrupułów. Po przeczytaniu tej powieści czytelnik poczuje ciężar historii na sercu, który tam pozostanie, oddawany z pokolenia na pokolenie aż po kres wszechświata. Warto przeczytać, poznać i pielęgnować. To powieść bardziej wartościowa niż niejedna książka historyczna, niejedna lektura. Polecam. 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :






"Ręka umarlaka" George R.R Martin, John Jos. Miller

"Ręka umarlaka" George R.R Martin, John Jos. Miller

 Tytuł : "Ręka umarlaka"
 Autor : George R.R Martin, John Jos. Miller i inni
 Wydawnictwo : Zysk i S-ka
 Data wydania : 13 listopada 2017
 Liczba stron : 440
 Tytuł oryginału : Dead Man's Hand



 Totalne zaskoczenie


Było to moje pierwsze spotkanie z tym iście komiksowym uniwersum i zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Oczywiście widziałam, że książka sygnowana nazwiskiem Georga R.R Martina musi być arcydziełem jednak nie do końca byłam przekonana do tego jakże dziwacznego dżokerskiego światka. Nawet fakt, że "Ręka umarlaka" to kolejny tom pisanego od lat 80-tych cyklu nie miał wpływu na mój odbiór powieści. Jeśli lubicie science-fiction, książki akcji i postaci rodem z filmów o Avengersach to jak najbardziej polecam. To książka w której bez przerwy coś się dzieje, a barwne postaci nie pozwalają się nudzić. Jeden z lepszych tytułów 2017 roku.

Kiedy zostaje zamordowana Poczwarka, właścicielka Kryształowego Pałacu, ekskluzywnego klubu
dla dżokerów, cały półświatek zamiera. Kto odważył się zmasakrować tę niezwykle szanowaną obywatelkę podziemia? Zagadkę jej śmierci próbuje rozwiązać znany w Nowym Jorku prywatny detektyw Jay Ackroyd oraz natolski morderca i był kochanek Poczwarki- Yeoman. Ich poszukiwania prowadzą wprost na polityczne salony Atlanty i do rezydencji narkotykowych baronów. Szybko się okazuje, że królowa podziemia miała wielu wrogów, którzy życzyli jej śmierci.

Uwielbiam komiksowe scenerie za ich koloryt, nasycenie i fakt ile wyobraźni i pracy trzeba było włożyć by zbudować całe uniwersum z galerią indywidualnych postaci. Zawsze z zaciekawieniem chodzę do kina na wszelkiego rodzaju produkcje z superbohaterami. Muszę przyznać, że z książkami jest odwrotnie. Raczej trzymam się tego co znane i lubiane bojąc się rozczarowania. Szczególnie jeśli książka jest pracą zbiorową kilku autorów, wtedy zawsze podchodzę do niej sceptycznie bojąc się, że pomimo dobrych chęci z pozornie odrębnych kawałków nie udało się utworzyć spójnej całości. Przyznam szczerze, że po "Rękę umarlaka" sięgnęłam tylko i wyłącznie przez nazwisko Georga R.R Martina wytłuszczone drukowanymi literami na okładce książki. Innych autorów, wstyd się przyznać, nie znałam (choć z pewnością to nadrobię), jakież było moje zdziwienie jak z ostatnich stron książki dowiedziałam się, że tylko niewielka liczba postaci ( i to niekoniecznie tych najlepszych) została wykreowana przez tego znanego pisarza. 
Teraz, świeżo po przeczytaniu książki, muszę przyznać że niepotrzebnie omijałam wcześniejsze tomy, choć kilka z nich miałam na swojej półce. Świat dżokerów jest cudowny, niesamowity i cechuje go taki koloryt, że nie musimy używać własnej wyobraźni gdyż wszystko dostajemy podane na tacy. 

Fabuła, choć jej kanwą jest zwykłe morderstwo, jest tak dopracowana, że pozazdrościć jej mogą najwięksi pisarze kryminałów czy powieści sensacyjnych. Miejscami pudełkowa, miejscami otwarta, jest pełna zwrotów akcji i ślepych zaułków. Autorzy wpadli na genialny pomysł by poprowadzić ją dwutorowo- raz śledzimy losy Ackroyda raz Yeomana, i te dwa odrębne wątki uzupełniają się w tak doskonały sposób, że nie dostajemy powtórzeń i retrospekcji. Punkty styczne spajają całość w dzieło idealne, które czyta się tak szybko, że czytelnik nie zdaje sobie sprawy z upływającego czasu. To wrażenie potęguje również fakt odpowiedniego nasycenia fabuły. Mamy tutaj wątki polityczne, narkotykowych baronów oraz Ti Malice, istotę jak by nie z tego świata, karmiącą się uczuciami innych. 

To właśnie galeria postaci jest zapewne największym plusem tej książki. Jak napisałam wyżej było to moje pierwsze spotkanie z tym uniwersum i muszę przyznać, że czasami czułam się zagubiona gdyż nie do końca wiedziałam z czym lub z kim mam do czynienia. Dżokerzy i natole, asy i dzikie karty? Kim oni są? Co sprawiło, że ze zwykłych ludzi stali się mutantami o przeróżnych cechach nadprzyrodzonych? Autorzy postanowili nie odwoływać się do poprzednich tomów i tłumaczyć czytelnikowi tego co było "w poprzednich odcinkach". Z jednej strony powodowało to niezrozumienie z drugiej zmotywowało mnie do tego by koniecznie sięgnąć po kolejne tomy i dowiedzieć się co spowodowało, że ludzie przekształcili się we wszechmocnych potworów. Co spowodowało, że z jednych została sama skóra przyczepiona do szkieletu, drudzy dostali moc przenoszenia innych na drugi koniec świata a jeszcze inni potrafili czytać w myślach. Prawda, że zapowiada się ciekawie? Jeszcze dodać do tego dużą dawkę humoru i pędzącą na łeb na szyję fabułę i dostaniemy przepis na kompletne dzieło, które dostarczy przyjemności nie tylko fanom gatunku.
Muszę przyznać, że "Ręka umarlaka" to bardzo dobra książka, z postaciami których nie da się nie polubić, z miejscami które, choć mroczne, cechuje magnetyzm przyciągający czytelników. Poznajemy Nowy Jork z innej strony, miasto pełne cudów i potworów, które choć straszne często mają dobre serce. Powieść Martina i jego kolegów to powieść z wyższej półki tego gatunku, której nie można ominąć w księgarni i pójść dalej bo jeśli tak zrobimy to zostawimy za sobą coś co mogłoby rozwinąć i pobudzić naszą wyobraźnię. Gorąco polecam a sama sięgam po poprzednie tomy.



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger