poniedziałek, 25 maja 2015

Ursula Le Guin "Morski trakt"

Autor : Ursula Le Guin
Tytul : Morski trakt
Wydawnictwo : Ksiaznica
Rok wydania : 2012
Liczba stron : 270




Metaforyczne dno




Nowa ksiazka Ursuli Le Guin byla dla mnie totalnym zaskoczeniem. Autorka przyzwyczaila mnie do
mrocznego klimatu fantasy w stylu "Ziemiomorza" czy przyprawiajacych o ciarki na karku horrorow. Przyznam sie , ze do siegniecia po te powiesc skusila mnie wiara we wszechstronnosc autorki. Liczylam na to, ze poradzi sobie w kazdym gatunku literackim. Nie bez znaczenia byla rowniez wzmianka na okladce o nominacji ksiazki do Nagrody Pulitzera. 
Niestety moje nadzieje zostaly zawiedzione. Zamiast obiecywanej powiesci psychologicznej dostalam nudna, zagmatwana i przemetaforyzowana ksiazke obyczajowa o Ameryce XX wieku. 

Na ksiazke sklada sie klika opowiadan. ktorych akcja rozgrywa sie w malej nadmorskiej miejscowosci niedaleko Portland - Klatsand. Na pierwszy rzut oka opowiadania te nie maja ze soba nic wspolnego, jednak uwazny czytelnik dostrzeze motywy lub bohaterow, ktore lacza wszystkie historie we spojna calosc. Na niespelna 300 stronach bohaterka opowiada historie powstania Klatsand oczami jego mieszkancow. Widzimy jak mala indianska wioska, gdzie po zmroku na bagniste laki wychodzily losie przeksztalcila sie w nadmorski kurort dla klasy sredniej. Szutrowe drogi zostaly wybetonowane, drewniane chaty zamienione zostaly  pensjonaty dla szukajacych wypoczynku ludzi z wielkich miast. Nie zmienili sie tylko ludzie. Nawet jesli opuscili Klatsand, to tylko po to by po latach powrocic do swoich korzeni, tak jakby ocean swoja magnetyczna sila przyciagal ich z powrotem. 

Wydaje mi sie, ze moja slaba ocena wynika z faktu, ze spodziewalam sie czegos zupelnie innego. We wczesniejszych czytanych przeze mnie powiesciach autorki wszystko bylo czyste i klarowne - wylozone jak kawa na lawe. Zreszta nie ma co sie oszukiwac, literatura grozy czy fantasy bardzo rzadko bywa wysokich lotow. Dlatego i do tej ksiazki podeszlam jak do lekkiej i przyjemniej lektury na jeden wieczor. I pewnie dlatego nie zrozumialam glebokich metafor, ktore mozna znalezc praktycznie na kazdej stronie. Napewno nie jest to powiesc dla niecierpliwych czytelnikow, gdyz wymaga od nas myslenia i analizowania. Niestety jeden wieczor nie wystarczy by ja zrozumiec. Przypuszczam, ze jesli dalabym jej jeszcze jedna szanse i przeczytala jeszcze raz, tym razem powoli i z pelnym zaangazowaniem to wynioslabym i zrozumiala o wiele wiecej. 

Pierwsze opowiadania sie krotkie. Niektore slabsze inne lepsze jednak laczy je swoista melancholia i tragizm, ktore az wylewaja sie z kart ksiazki. czytajac mamy wrazenie, juz praktycznie od pierwszych stron, ze Klatsand to enklawa smutnych ludzi, ludzi ktorzy maja swoje mroczne tajemnie, ktorym w zyciu nie wyszlo. Mniej wiecej w polowie ksiazki zaczyna nas to przerazac. To tak jakby wpasc w czarna dziure i isc liczac na to, ze w oddali pojawi sie plomyk swieczki, ze ktos da nam nadzieje. Niestety to nie nastepuje. Czy naprawde w Klatsand  zyja tylko ludzie z problemami? Czy moze pisanie o tych szczesliwych jest nudne poniewaz nie niesie ladunku emocjonalnego? Telewizja w kolko trabi o katastrofach, aferach, smierci to samo mamy w ksiazke Ursuli Le Guin. Pedofilia, zdrady, zakazana milosc , morderstwo. A gdzie dobroc, spelnienie, przyjazn? Ta jednostronnosc odrzucila mnie od ksiazki i tylko dzieki samozaparciu udalo mi sie ja doczytac do konca. 


Polowy z opowiadan nie zrozumialam, inne zdawaly mi sie niedokonczone, jeszcze inne byly jak kartka z pamietnika szalenca. Za duzo bylo tutaj metafor , przemyslen , opisow. Ostatnie opowiadanie "Teksty" tworzy jakby odrebna calosc, zajmuje przeszlo polowe ksiazki i z bolem musze przyznac, ze jest ono bardzo slabiutkie zarowno pod wzgledem tresci jak i formy. Jest ono podzielone nad podrozdzialy, w ktorych narratorami sa cztery kobiety , od prababci do prawnuczki. Rozdzialy te sa tak przemieszane, ze czesto trudno sie polapac kto w danym momencie jest narratorem. Rowniez koniec jest rozczarowujacy bo tak naprawde nic nowego nie wnosi ot taka saga rodzinna w skrocie, fragment z zycia kobiet rozczarowanych przez zycie i przez mezczyzn. 


Jestem uwaznym czytelnikiem wiec dostrzeglam elementy laczace poszczegolne opowadania jednak chcialam wiecej i wiecej, ludzilam sie ze autorce uda sie polaczyc wszystkie fragmenty w logiczna calosc, spoic je i doprowadzic do wspolnego konca. Niestety. 

Po ksiazce pozostal mi swojego rodzaju niesmak. I notoryczny, nieustajacy, halasliwy dzwiek oceanu, ktory szumi mi w uszach az do teraz. Bo to wlasnie ocean moim zdaniem jest glownym bohaterem tej powiesci. Potega silniejsza od wszystkich ludzkich uczuc, ogrom ktory ukazuje nam jak malutcy jestesmy w porownaniu z matka natura. I z tym ogromem niestety autorka sobie nie poradzila, razem ze swoja ksiazka poszla na dno. Licze na to ze w kolejnej powiesci odrodzi sie i powstanie jak Afrodyta z morskiej fali by zaserwowac nam dawke dobrego fantasy czy horroru gdyz w takich klimatach czuje sie najlepiej.

Moja ocena to 3/10 punktow. Polecam tym , ktorzy maja duzo wolnego czasu i lubia rozwiazywac zagadki, poniewaz ksiazka jest jedna wielka metafora do ktorej ja niestety nie odnalazlam klucza. I z czystym sumieniem moge powiedziec, ze wiekszosc z moich punktow ofiarowalam ksiazce, ze wzgledu na okladke. Gratuluje wydawnictwo poniewaz naprawde sie postarali.