piątek, 11 sierpnia 2017

"Tajemnica wyspy Flatey" Viktor Arnar Ingolfsson

 Tytuł : "Tajemnica wyspy Flatey"
 Autor : Viktor Arnar Ingolfsson
 Wydawnictwo : Editio
 Data wydania : 19 lipca 2017
 Liczba stron : 284
 Tytuł oryginału : Flateyjargáta




 Bez barw

Uwielbiam literaturę skandynawską, a kryminały wprost pożeram jak ciasteczkowy potwór swoje słodkości. Sięgając po tę niewielkich rozmiarów książeczkę liczyłam na wciągającą opowieść, którą przeczytam z zapartym tchem. Jednak już po kilkudziesięciu stronach wiedziałam, że powieść jest inna, napisana językiem który nie do końca do mnie przemawia. Nadal ciekawiło mnie rozwiązanie zagadki jednak ze względu na styl dobrnięcie do końca zajęło mi o wiele dłużej niż oczekiwałam. Jedyne co mnie pociesza to fakt, że autor nie zawiódł moich oczekiwań i zakończenie okazało się strzałem w dziesiątkę. Jest tak różne od tych z którymi do tej pory się spotkałam, tak niewiarygodne a jednocześnie proste. "Tajemnica wyspy Flatey" to bardzo hermetyczna, uboga w kolory książka. Prosta w słowach, skąpa w opisach. Tylko dla cierpliwych fanów gatunku.

Rok 1960. Na jednej z małych islandzkich wysepek przypadkowo odnalezione zostaje ciało starszego
mężczyzny. Czas i warunki pogodowe doprowadziły do zaawansowanego rozkładu tkanek co uniemożliwia poznanie przyczyny śmierci. Na wyspę Flatey, jedyny w okolicy ludzki przyczółek, dociera radca sądowy Kjartan, mający przeprowadzić śledztwo z ramienia władz okręgu. Okazuje się, że zamknięta społeczność skrywa mroczne sekrety a kluczem do ich odkrycia jest starożytna księga o Wikingach-Flateyjarbok. Ten tajemniczy manuskrypt zawiera w sobie zagadkę, swoisty kod, którego nikomu nie udało się rozszyfrować. Wkrótce mała wysepka staje się centrum wydarzeń. I właśnie wtedy dochodzi do popełnienia okrutnej zbrodni. Czy niedoświadczony Kjartan sprosta zadaniu i znajdzie zabójcę?

W pewien sposób "Tajemnica wyspy Flatey" kojarzy mi się z powieściami Agathy Christie. Podobnie jak w wielu jej książkach, mamy tutaj do czynienia z małą grupą ludzi podejrzanych o dokonanie zbrodni. Flatey to mała wysepka na której zbudowano niewielkich rozmiarów osadę. Kilkaset metrów szerokości i niespełna trzy kilometry długości tworzą tło naszej zbrodni. Tych kilkudziesięciu ludzi, którzy tam mieszkają stają się naszymi podejrzanymi. Raz, dwa, trzy wy-bierz Ty. Na kogo wypadnie, na tego bęc. Tak w skrócie można opisać naszą fabułę, gdyż nasi domniemani mordercy z reguły są czyści jak łza. Są tacy którzy nigdy nie opuścili wyspy, tacy którzy nie mają kontaktu ze światem zewnętrznym za to o swoich sąsiadach wiedzą wszystko lub prawie wszystko. Pojawienie się zwłok było dla nich jak widok spadających z nieba krów- podobnie nieprawdopodobne. Każdy jest zaskoczony, każdy chce współpracować z policją, każdy otwiera swoje drzwi by funkcjonariusze mogli pogrzebać w brudach. A najlepsze jest to, że każdy jest na widoku, gdzie człowiek nie pójdzie tam ktoś go zobaczy, pozdrowi, porozmawia. Czy jest możliwe, że któryś z mieszkańców Flatey mógł kogoś zamordować i nie zwrócić tym niczyjej uwagi? No cóż, zwłoki jak wiemy z nieba nie spadają. 
Jak wiemy Islandia nie jest magiczną, egzotyczną krainą gdzie szumią drzewa i wiecznie świeci słońce. To ziemia twardych ludzi, których życie jest bezustanną walką z naturą. I to właśnie tego kolorytu zabrakło mi w powieści. Wszystko tutaj jest czarno białe, nawet trawa straciła swoją zieloną barwę. Każdy dzień naszych bohaterów to powtórka dnia poprzedniego, ta sama praca, ten sam obiad, ta sama książka. Tak skondensowany i hermetyczny świat mnie niestety nie porwał. Był zbyt prosty, szary, ostry. Zabrakło mi tu motywu, krwi, policyjnej pasji- wszystkiego tego do czego przyzwyczaili mnie skandynawscy pisarze. Zamiast tego dostałam opis życia przeciętnego członka nudnej, szarej, zamkniętej społeczności poprzeplatany fragmentami opowieści o walecznych wikingach, je zapewne dodano dla kontrastu pomiędzy rzeczywistością a chwalebną przeszłością.  

Każdy rozdział kończy się opowieścią zaczerpniętą ze "świętej" księgi Islandczyków. Ten powstały w XIV wieku manuskrypt zawiera teksty skandynawskich sag i poematów. Przyznam, że nigdy o nim nie słyszałam, więc liczyłam na to, że autor mnie zachęci do zgłębienia tematu. Tak się jednak nie stało. Opowieści z Flateyjarbok, przytoczone w tekście, były wybrakowane, skondensowane do samej istoty, faktograficzne zamiast opisowe i pozbawione szczegółów, które nadają kolorytu. Mało tego. Powodem ich zamieszczenia w książce był fakt, że miały być kluczem do rozwiązania zagadki. Tylko ja nie do końca zrozumiałam jaki ta zagadka miała sens? Nie była to ani mapa do wyspy skarbów, ani przepis na przemienienie metalu w złoto, ba nie był to nawet tekst klątwy, którą można rzucić na denerwującego sąsiada. Więc czemu służyło to, że człowiek mógł spędzić całe życie głowiąc się nad rozwiązaniem zagadki, która nic nowego nie wnosi, nie odkrywa żadnej tajemnicy? Czy to służyło zabawie? No chyba nie skoro ginęli ludzie. Czy może była to kwestia ambicji? 

Muszę przyznać autorowi dużego plusa za samo zakończenie książki. Ci niecierpliwi, którzy jednak się skuszą by sięgnąć po tę powieść, niech nie rzucają jej w kąt. Lepiej minąć parę stron i przeczytać sam koniec, niż go przegapić. Powiem, że nie tego się spodziewałam. I bardzo dobrze. Koniec jest tak zaskakujący w swojej prostocie, że aż uderzyłam się dłonią w czoło i zadałam sobie pytanie : "no jak ja się mogłam nie domyślić". Po skończeniu książki dotarł do mnie jej głębszy sens. Jak wszystko mogłoby się potoczyć gdyby ludzie zasznurowali usta, jak los potrafi prokurować fałszywe, oskarżające nas ślady i wreszcie jak wielką moc ma ludzka uczciwość. To właśnie pod sam koniec zdałam sobie sprawę z celu w jakim została opowiedziana każda z historii naszych głównych bohaterów i dlaczego ich losy zostały ze sobą splecione. Początkowo nie było we mnie tego napięcia, które poczułam w końcówce, kiedy w końcu zniknął dystans dzielący mnie od głównych postaci.

Jest to trudna w odbiorze, napisana ciężkim stylem opowieść, która zachwyci tylko nielicznych czytelników. Pomimo zamkniętej społeczności, spotykamy tu dość dużo postaci, jednak autor nie daje nam możliwości poznać każdego z osobna. Panuje chaos. Imiona się mieszają, postaci to pojawiają się to znikają, ciągle dochodzi ktoś nowy. Raz na Flatey, raz w Reykjaviku. Jak na tych rozmiarów książkę, było zbyt dużo informacji a zbyt mało akcji. Publikację uratowało tylko zakończenie. Komu polecam? Wytrwałym miłośnikom gatunku, fanom Islandii i starych manuskryptów. Ci którzy liczą na trzymający w napięciu thriller, czy pędzący jak pociąg kryminał niech się trzymają z daleka.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :