środa, 30 sierpnia 2017

 Tytuł : "Zapomniany pokój"
 Autor : Beatriz Williams, Karen White, Lauren Willig
 Wydawnictwo : W.A.B
 Data wydania : 2 sierpnia 2017
 Liczba stron : 464
 Tytuł oryginału : The Forgotten Room



 Chaotyczna Ameryka

Jeszcze nigdy, nie licząc zbiorów opowiadań, nie czytałam książki napisanej przez trzech autorów. Myślę, że wspólne wymyślanie fabuły i bohaterów musi być świetną zabawą, jednak czy jest to przepis na sukces? "Zapomniany pokój" to powieść obyczajowo-historyczna z silnym wątkiem romansu. Jest to opowieść o kobietach, dla kobiet i pisana przez kobiety dlatego nie można się dziwić pewnym utartym schematom i stereotypom, które są znakiem szczególnym tego gatunku. Osobiście spodziewałam się czegoś więcej, nutki suspensu, czegoś co mnie zaskoczy, lecz niestety to powieść jakich wiele na czytelniczym rynku. 

Końcówka XIX wieku. Olive zatrudnia się jako służąca w domu , którego architektem był jej ojciec.
Mężczyzna nigdy nie dostał wynagrodzenia za wykonanie projektu co doprowadziło go do samobójstwa. Olive wierzy, że gdzieś w domu znajdują się dowody oszustwa, które skompromitują jej pracodawcę, dzięki czemu uda jej się pomścić ojca.
Rok 1920. Lucy zatrudnia się w znanej kancelarii prawnej Cromwell, Polk & Moore. Ma nadzieję, że uda jej się zbliżyć do pracującego tu Phillipa Schyulera i zdobyć dokumenty, które pomogą jej w odnalezieniu biologicznego ojca.
Końcówka II Wojny Światowej. Do szpitala w którym pracuje Kate trafia ranny oficer. Mężczyźnie grozi amputacja nogi. Lekarka po sprzeczce z przełożonym, postanawia wziąć mężczyznę pod swoją wyłączną opiekę by zawalczyć o to by nie stracił kończyny. Pewnego dnia, złożony gorączką, kapitan Ravenel nazywa ją Victorine. Czy Kate uda się dowiedzieć kim jest ta tajemnicza kobieta?

Trzy autorki, trzy historie, które łączy wspólny motyw jakim jest tajemniczy pokój na poddaszu. Czy pisały razem, siedząc i analizując każde zdanie? Czy podzieliły się rozdziałami? A może postaciami? Tego niestety nie jestem w stanie stwierdzić, jednak spostrzegawczy czytelnik zauważy subtelne zmiany w stylu powieści. Czasem jest więcej opisów, kosztem skróconych dialogów, gdzieniegdzie robi się zabawnie (choć żarty te są przesiąknięte czarnym humorem), raz tempo zwalnia raz przyśpiesza, raz wybiegamy w przyszłość by innym razem cofnąć się w przeszłość.
Właśnie te skoki w czasie były najsłabszym elementem całej powieści. Skoki oraz naprzemienne rozdziały, z których każdy opowiadał o innej bohaterce. Jestem osobą cierpliwą, jak czytam to analizuję i mam czas na zastanowienie a nie bezwiednie przerzucam kartki. Lubię poznawać i zrozumieć. Pomimo tego, nawet ja, uważna czytelniczka, miałam problemy z tym chaosem jaki zaserwowały mi autorki. Raz spotykamy Olive, raz Kate, raz Lucy. Rozdziały są dość krótkie i zazwyczaj w połowie są urywane pozostawiając czytelnika w niepewności. Często miałam ochotę pominąć parę rozdziałów by już teraz dowiedzieć się co się stało z naszą bohaterką. Jednak uparcie czytałam dalej a napięcie, które początkowo mnie rozpierało, zaczynało stopniowo maleć, aż jak w końcu doszłam do rozdziału który kontynuował wątek to moje zainteresowanie już zdążyło się przenieść na kolejną postać. Moim zdaniem o wiele lepszym pomysłem byłoby napisanie trzech oddzielnych historii, ułożonych chronologicznie i opowiadających o tych samych wydarzeniach tylko w bardziej linearnej postaci. 
Ponieważ poznajemy historię oczami przedstawicielek trzech pokoleń nieuniknione były powtórki, retrospekcje i analizowanie tego samego zdarzenia z innej perspektywy. Takie zabiegi dobre są w przypadku powieści kryminalnych, gdzie mamy do czynienia z umysłem sprawcy i ofiary, jednak w przypadku romansu tylko spowalniało to całą opowieść.

Wszystkie historie mają wspólny mianownik i bynajmniej nie jest nim tylko tajemniczy pokój. Opowiadają o losach kobiet, które przeżyły niespełnioną miłość. Zawiodły okoliczności, ludzie a czasem historia. Jednak związki te miały ogromny wpływ na ich psychikę oraz życie ich i kolejnych pokoleń. 
Nasza główne bohaterki, choć żyły w różnych czasach, mają podobne profile psychologiczne. Cechuje je łatwowierność, naiwność, skłonność do komplikowania sobie życia oraz podejmowania złych decyzji, często bez zastanowienia. Jest to tym bardziej dziwne ponieważ wszystkie są niebywale inteligentne i ambitne. Niestety nie potrafiłam im współczuć i cierpieć wraz z nimi po utraconej miłości, gdyż miałam wrażenie, że same są wszystkiemu winne a ich los jest wypadkową nieprzemyślanych wyborów. 

W powieści mamy do czynienia z syndromem Kopciuszka. Biedna dziewczyna zakochuje się w bogatym królewiczu i jak dobrze wiemy nie może z tego wyjść nic dobrego. Jednak inaczej niż w bajce Andersena tutaj role się odwracają. Mężczyźni okazują się prawdziwymi dżentelmenami za to kobiety katalizatorami problemów. Często to właśnie one są winne temu, że ich związki się porozpadały. I muszę przyznać, że w większości nie rozumiałam ich pobudek, wydawały się zbyt błahe, co sprawiło, że powieść straciła na realności. 

Autorki mają niesamowity talent do oddawania rzeczywistości. Stany Zjednoczone choć nie dotknięte bezpośrednimi działaniami wojennymi, były terenem gdzie dało się odczuć skutki światowego konfliktu. Zaciemnianie miast, alarmy bombowe, luki w zaopatrzeniu czy przepełnione szpitale wszystko to było synonimem epoki. Obraz namalowany w powieści jest niezwykle realistyczny. Widzimy Amerykę od podszewki. Z jednej strony w oczy kłuje blichtr elit a z drugiej ulice miast zasnuwa duszący dym z pieców węglowych. Damy noszą strojne suknie i biżuterię a w szpitalach i infirmeriach brakuje bandaży i lekarstw dla ciężko rannych żołnierzy. Bogaci pławią się w złocie powiększając swoje fortuny kiedy przeważająca większość obywateli zmuszona jest żyć z dnia na dzień. A my jesteśmy naocznymi świadkami wydarzeń wprost wciągniętymi w świat powieści poprzez styl i obrazowość autorek. W przeciwieństwie do charakterystyk postaci wyszło barwnie i realistycznie.

"Zapomniany pokój" to typowy romans historyczno-obyczajowy jednak podany w dość chaotycznej formie co zmniejsza jego atrakcyjność. Retrospekcje i wycieczki w przeszłość sprawiają, że fabuła jest praktycznie pozbawiona zwrotów akcji. Poznajemy świat oczami trzech bohaterek co odarło fabułę z dozy tajemniczości. Nie mamy tutaj czasu na snucie domysłów gdyż wielowątkowość powieści pozwala nam się domyślić zakończenia. Myślę, że książka ta nie zadowoli wytrawnych czytelników jednak może przypaść do gustu tym, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z tym gatunkiem. Czy chcecie się dowiedzieć co się kryje za drzwiami "Zapomnianego Pokoju"?

P.S W oczy rzuciła mi się jedna nieścisłość. Jakim cudem, pomimo rozlicznych remontów i przemeblowań oraz tabunu przewijających się postaci nikt nie odkrył ukrytej w ścianie skrytki? Przeczytajcie a będziecie wiedzieć o czym mówię. Czy wystarczająco zachęciłam?

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję :



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

     Tytuł : "Ruchome piaski"
     Autor : Malin Persson Giolito
     Wydawnictwo : Czarna Owca
     Data wydania : 2 sierpnia 2017
     Liczba stron : 456
     Tytuł oryginału : Storst Av Allt





 Obrazy


Jak byście się czuli jeśli mając 18 lat znaleźlibyście się na sali sądowej gdzie wzrok wszystkich skierowany jest na was a spojrzenia wprost "krzyczą" - winna? Jak byście się czuli jeśli, oprócz załamanych rodziców, nie pozostał by wam nikt gdyż wszyscy wasi bliscy leżą w kostnicy zastrzeleni przez zamachowca? A tym zamachowcem jest nie kto inny jak osoba z lustra? 
Jak tylko przeczytałam notkę wydawniczą wiedziałam, że koniecznie muszę przeczytać tę książkę. Masowe morderstwo, nastolatkowie, thriller psychologiczny, właśnie przez to że te słowa tworzą kontrast wiedziałam, że w moje ręce wpadło coś nowego, innego. Choć to fikcja literacka powieść jest tak rzeczywista jak byśmy czytali historię z pierwszych stron gazet. I nie chodzi tu o pytanie czy bohaterka jest "winna". Sięgając po "Ruchome piaski" czytelnik zadaje sobie inne : czemu musimy żyć w czasach takich tragedii?

Maja Norberg, osiemnastolatka, uczennica, dziewczyna z dobrej, zamożnej rodziny. Trafiła do więzienia wprost ze szkolnej auli gdzie policjanci znaleźli ją z karabinem w rękach otoczoną ciałami martwych przyjaciół. Po dziewięciu miesiącach spędzonych w areszcie śledczym Maja nareszcie może zacząć mówić i w gronie krajowej sławy adwokatów zamierza opowiedzieć swoją historię. Czy jest winna? Czy z zimną krwią zastrzeliła swojego chłopaka i najbliższą przyjaciółkę? Czy był to wypadek? Czy też może okoliczności sprawią, że zamiast morderczyni świat zobaczy w niej ofiarę?

Prawda, że brzmi interesująco? Tyle pytań i tylko jedna odpowiedź. To właśnie w książkach lubię
najbardziej, kiedy temat jest tak otwarty, autor daje nam tyle możliwości, że przewidzenie zakończenia jest praktycznie niewykonalne. Tym razem książka troszkę się różni od podobnych tytułów gatunku. Od samego początku wiemy, że nasza główna bohaterka jest winna. Tak, zastrzeliła swoich przyjaciół, jednak nie wiemy nic o okolicznościach masakry. Nie wiemy czy była szalona, czy zmusiły ją do tego okoliczności czy może działała w samoobronie. Razem z Mają siedzimy na ławie oskarżonych czekając na naszą kolej by wreszcie móc przemówić i odkryć przed światem prawdę. 
Zwróciłam uwagę na jedną rzecz. Już na pierwszej stronie książki znajduje się następujące zdanie :
"Wszyscy zostali zastrzeleni, z wyjątkiem mnie", potem średnio co kilkadziesiąt stron autorka powtarza, że Maja jest jedynym naocznym świadkiem tragedii. Aż tu nieoczekiwanie...bum. Zmartwychwstanie? Zombie? Przeoczenie? Choć uważam tę powieść za bardzo interesującą, należącą do gatunku tych od których wprost nie można się oderwać, to uważam że twist akcji był jednym z najsłabiej przygotowanych z jakimi się do tej pory zetknęłam. A dlaczego? Gdyż w świecie gdzie rządzą prawa fizyki, a jedyne zmartwychwstanie zdarzyło się kilka tysięcy lat temu,  był po prostu nieprawdopodobny. Mało tego. Wprowadzenie ponownie postaci, która zginęła na pierwszej stronie było zupełnie niepotrzebne gdyż i tak nie miało większego wpływu na zakończenie powieści. Myślicie pewnie, że teraz spojleruję. A ja uważam, że dodatkowo zachęcam. Teraz przez cały czas będziecie się zastanawiać kto przeżył. Czy jest szansa, że to chłopak ofiary? A może jej najbliższa przyjaciółka? Nielubiany przez nikogo dealer? A może nauczyciel? Ale to już musicie odkryć sami.

Maję poznajemy w więziennej celi, a dokładniej w jej głowie gdyż to właśnie myśli naszej głównej bohaterki są naszymi stałymi towarzyszami. Jednych może denerwować to, że autorka poświęciła przeważającą część książki na opisywaniu przemyśleń osadzonej w więzieniu dziewczyny. Może odrzucać fakt, że czekająca na wyrok, oskarżona o wielokrotne morderstwo kobieta jest w stanie analizować to jak ubrany jest jej adwokat albo jak bardzo niemodny kolor szminki ma strażniczka więzienna. Ja z kolei uważam, że informacje te były niezwykle pożyteczne by w pełni poznać naszą bohaterkę. Zamknięta przez dziewięć miesięcy w pomieszczeniu mniejszym niż pięć metrów kwadratowych, bez dostępu do mediów i towarzystwa, Maja miała wiele czasu na myślenie nie tylko o tym co zrobiła. Widziała wszystko to co ją otacza, gdyż jedynym co jej pozostało to zmysł obserwacji. Nie możemy zapominać, że mamy tutaj do czynienia z nastolatką, w której nadal buzuje burza hormonalna. Z istotą która jest ciekawa świata a jedyną możliwością jego poznania są doznania empiryczne. W tym wieku wprost nie można się zamknąć w sobie, gdyż wszystkie bodźce ze świata zewnętrznego oddziałują na naszą psychikę. Maja nie umarła, Maja nie czeka na krzesło elektryczne, Maja ma przed sobą najwyżej kilkanaście lat więzienia więc dlaczego ma pogrążyć się w czarnej rozpaczy jeśli zna wszystkie odpowiedzi i tylko czeka by się nimi podzielić? Może to wina systemu sądowniczego? Że zmusił skazaną na tak długie czekanie choć dowody zebrane zostały w kilkanaście godzin? Dowody wskazujące na jej winę? Czy dziewięć miesięcy to nie jest wystarczający czas na to by wszystko dokładnie przemyśleć i mieć jeszcze czas na analizę otoczenia? 
Powiem szczerze. Nie jest to książka dla ludzi których cechuje brak cierpliwości. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron poznajemy Maję i jej bezpośrednie otoczenie : więzienną celę, strażników, spacerniak, adwokatów i rodzinę. Dopiero stopniowo dziewczyna zaczyna przed nami odkrywać historię, którą ma do opowiedzenia. Ja byłam cierpliwa i się nie zawiodłam. Życie Mai, choć z pozoru była zwykłą, niczym się nie wyróżniającą nastolatką, może być tematem powieści. Ci którzy chcieliby skrócić tę książkę do rozmiarów noweli zrobiliby krzywdę naszej bohaterce. 

Literatura skandynawska co raz to odkrywa przede mną nowe tajemnice. Do tej pory czytałam głównie kryminały w których warstwa obyczajowa jak na gatunek przystało była okrojona do minimum. Tym razem dostałam coś więcej. W książce poruszony jest ważny temat jakim są imigranci. Nie mówię teraz o azylantach, którzy w ostatnich kilku latach napłynęli do Europy z krajów ogarniętych wojną. Mówię o ludziach, którzy przyjechali do krajów skandynawskich kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat wcześniej. Ta powieść otworzyła mi oczy na fakt, że nie wszystko wygląda kolorowo. Szwecja- kraj słynący z tolerancji i demokracji- ma problemy. Problemy z asymilacją przybyszów, problemy z miejscami pracy, kryzysem finansowym państwa. Tolerancja już nie jest faktem, jest czymś na pokaz. Czyżby to państwo, znane ze swojej opiekuńczości, miało już dość? I choć gazety boją się o tym pisać, to jednak autorzy dają temu wyraz w swoich książkach? Czy może jest to cichy apel do reszty świata o zmianę światowej polityki, i zamiast zamiatania problemu emigracji pod dywan, prośba o reformy i zmiany? 

"Ruchome piaski" to znakomity thriller psychologiczny. Nie kryminał, nie sensacja tylko prawdziwy majstersztyk gatunkowy. Z jednej strony wiemy wszystko, jednak każda zdjęta warstwa farby odkrywa nowy obraz. Nie musimy tutaj lubić naszej głównej bohaterki, nie musimy szanować jej rodziny czy decyzji przyjaciół, ważna jest sama historia która pociąga i fascynuje. A najpiękniejsze jest to, że ta historia to coś nowego...i niestety prawdopodobnego. Polecam.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:






czwartek, 24 sierpnia 2017

 Tytuł : "Trauma"
 Autor : Michael Palmer, Daniel Palmer
 Wydawnictwo : Rebis
 Data wydania : Sierpień 2017
 Liczba stron : 432
 Tytuł oryginału : Trauma

 Po sznurku do kłębka


Aż wstyd się przyznać, że ja, wielka fanka seriali medycznych w stylu "Ostrego dyżuru" czy "Doktora Housa" nigdy nie przeczytałam ani jednego thrillera medycznego. Szerokim łukiem omijałam takich twórców jak Tess Gerritsen czy właśnie Michael Palmer. A dlaczego? Być może bałam się medycznej terminologii, która w przypadku 40-minutowych odcinków seriali jest do zniesienia, ale w przypadku kilkuset stronicowych powieści mogłaby być zbyt przytłaczająca i skomplikowana? W końcu, oprócz wizyt u lekarza, nie miałam żadnej styczności z medycyną. Aż nadszedł ten dzień, kiedy posłuchałam głosu serca (i namów koleżanki) i sięgnęłam po najnowszą powieść znanego pisarza, którą kontynuował po jego śmierci syn. Dopiero teraz wiem jak dużo straciłam. Na moją listę "Must read" już trafiły poprzednie powieści autora a w sercu zakwitła nadzieja, że Daniel Palmer będzie kontynuował dzieło swojego ojca.

Doktor Carrie Bryant jest rezydentką czwartego roku medycyny w szpitalu White Memorial Hospital.
Pewnego dnia popełnia błąd podczas przygotowań do operacji na otwartym mózgu. Źle wyświetlone skany sprawiają, że prowadzący zabieg neurochirurg rozcina niewłaściwą półkulę co może mieć znaczący wpływ na zdrowie pacjenta. Carrie uprzedza wydarzenia i rezygnuje z pracy.
Z pomocą ojca, również lekarza, dostaje kolejną szansę. Otrzymuje zaproszenie do zespołu zajmującego się głęboką stymulacją kory mózgowej, której celem jest wymazywanie traumatycznych wydarzeń z pamięci weteranów wojennych i leczenie choroby Parkinsona.
Pewnego dnia gdy postanawia odwiedzić swojego pierwszego pacjenta, by zobaczyć w jakim jest stanie po wybudzeniu się z narkozy,spostrzega że mężczyzna wykazuje objawy zaburzeń słuchu. Kiedy decyduje się złożyć mu kolejną wizytę i skierować na dodatkowe badania by wyjaśnić te niepokojące zmiany, dowiaduje się, że mężczyzna wypisał się na własne życzenie. Również kolejny pacjent sam opuścił szpital. Carrie jest przekonana, że dzieje się coś złego gdyż biorąc pod uwagę stan mężczyzn nie byliby oni w stanie samodzielnie podjąć takiej decyzji. Pomimo sprzeciwu przełożonego rozpoczyna prywatne śledztwo, którego celem jest znalezienie zaginionych weteranów.

Muszę przyznać, że po pierwszych kilkudziesięciu stronach miałam ochotę odłożyć tę książkę na półkę i już nigdy do niej nie wracać. Autor zasypał mnie terminologią medyczną, skomplikowanymi obrazami  operacji na otwartym mózgu, nazwami specjalistycznego sprzętu. Wraz z naszą bohaterką przeprowadzałam operacje, oglądałam skany, robiłam badania, jednym słowem towarzyszyłam jej w codziennych obowiązkach. Jednak przez cały ten czas trwałam w oczekiwaniu na jakikolwiek zwrot akcji, na jakieś wydarzenie które popchnie fabułę do przodu. Chciałam krwi, śmierci, zagadki, chociażby pacjenta, który po nieudanej operacji zamienił się w zombie i mordował niewinnych ludzi. Czegokolwiek. Kiedy nasza autorka popełniła błąd, przez który musiała zrezygnować z kariery i opuścić szpital przez głowę przeszła mi myśl, że z sali operacyjnej przeniosę się do sądowej, gdzie grono prawników pacjenta będzie walczyć o odszkodowanie. Jednak zamiast sądowej batalii wraz z Carrie zamknęłam się w jej domu i w jej umyśle. I nadal czekałam. Teraz wiem, że moja cierpliwość została opłacona bo kolejne kilkaset stron powieści przewyższyło moje najśmielsze oczekiwania.
Odniosłam wrażenie, że ta część książki została napisana przez kogoś innego (co zresztą bardzo prawdopodobne gdyż powieść ma dwóch autorów). Tempo przyśpieszyło, pojawił się suspens a nasza główna bohaterka z inteligentnej choć nieco zamkniętej w sobie neurochirurg zmieniła się w przebojową panią detektyw. 
W tej części, choć nadal operujemy mózgi i nadal faszerowani jesteśmy fachowymi terminami, wpadamy na trop afery, która z każdą kolejną stroną zatacza coraz szersze kręgi. Giną weterani wojenni, pacjenci po skomplikowanych operacjach znikają ze szpitala. Czy faktycznie mieli na tyle trzeźwy umysł by poprosić o wypis? Czy komuś zależy na tym aby usunęli się w cień? Czy stymulacja kory mózgowej to tylko przykrywka do ukrycia nielegalnego procederu? 
Pojawia się coraz więcej bohaterów. Z braku sojuszników oraz podejrzliwości przełożonych Carrie zmuszona jest prowadzić śledztwo na własną rękę. Jedyną osobą, która jej pomaga jest korespondent wojenny piszący artykuł o Zespole Stresu Pourazowego u weteranów wojennych, David Hoffman. 
Już dawno nie czytałam powieści, która by aż tak mną zawładnęła w momencie kiedy się tego najmniej spodziewałam. Teraz kiedy już ochłonęłam zauważam rzeczy, których nie dostrzegałam czytając. Fabuła jest troszkę naciągana, rzekłabym że ściągnięta ze scenariusza serialu Netflix, od trzech czwartych książki możemy się domyślić zakończenia, a nasza główna bohaterka miała więcej szczęścia niż rozumu. Zastanawia mnie czemu nie została pociągnięta do odpowiedzialności prawnej za błąd który kosztował pacjenta zdrowie i godne życie? Czemu już kilka tygodni później została jej powierzona kolejna odpowiedzialna praca? Jednak wiecie co? Te niedociągnięcia w niczym mi nie przeszkadzały. Książka była tak dobrze napisana i skomponowana, dialogi tak bystre a fabuła tak rwąca, że w pewnym momencie byłam w stanie wybaczyć autorom wszystko. 

Książka porusza bardzo ważny i aktualny temat jakim jest PTSD. Szacuje się, że na Zespół Stresu Pourazowego cierpi od 3 do 6% populacji ludzkiej. Głównie są to weterani wojenni i osoby, którym udało się przeżyć katastrofę bądź były ofiarami przestępstw kryminalnych. Do tej pory jedynymi formami leczenia jest psychoterapia i farmakoterapia czyli stosowanie leków przeciwdepresyjnych, stosowana w najcięższych przypadkach.  Głęboka stymulacja kory mózgowej jest niestety czystą fikcją literacką choć są już prowadzone badania nad magnetycznym pobudzaniem mózgu. 
W swojej książce autorzy uświadamiają mam jak poważnym problemem w dzisiejszych czasach stało się PTSD. Zwracają uwagę, że dopóki będziemy prowadzić wojny, dopóki człowiek będzie człowiekowi wilkiem to nie uda nam się rozwiązać tego problemu. Kiedy w przypadku ofiar przemocy domowej jesteśmy w stanie poznać przyczyny stresu pourazowego tak w przypadku żołnierzy wysyłanych na front nie możemy mieć pewności jaki wpływ na ich psychikę będą miały działania wojenne. Jedni wrócą z wojny bez szwanku a inni z głową pełną demonów, by toczyć z nimi codzienną walkę. Naukowcom udało się do tej pory poznać znikomy procent ludzkiego mózgu i nic nie wskazuje na to by w najbliższej przyszłości to się miało zmienić. Wysyłając ludzi na front sami tworzymy nieprzystosowanych, często brutalnych i zagubionych obywateli, dla których życie "po" jest walką o przetrwanie. A najgorsze jest to, że pomimo rządowych programów, nie jesteśmy w stanie im pomóc w powrocie do normalności. Od zawsze wiadomo, że wojna niszczy ludzi, rodziny a często i całe narody. Więc może się warto zastanowić nad jej sensem?

"Trauma" to świetnie skonstruowany, trzymający w napięciu thriller medyczny, który nawet najbardziej wybrednym czytelnikom dostarczy pokaźnej dawki emocji. Cieszę się, że autorzy w pełni skupili się na swoim zadaniu, jakim było rozwiązanie zagadki. Nie ma tu wątków pobocznych, nie ma romansu, idziemy po sznurku do kłębka. I o to właśnie chodzi. Żałuję, że moją przygodę z tym gatunkiem rozpoczęłam tak późno. Za to teraz jest czas na nadrobienie zaległości. Polecam. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :










poniedziałek, 21 sierpnia 2017

 Tytuł : "Widzę cię"
 Autor : Clare Mackintosh
 Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
 Data wydania : 2 sierpnia 2017
 Liczba stron : 533
 Tytuł oryginału : I See You



 Metro strachu

Uwielbiam thrillery psychologiczne, jeszcze bardziej uwielbiam Londyn, a komunikacja miejska tego wielomilionowego miasta jest dla mnie fenomenem na skalę światową. Bogaci i biedni, białe kołnierzyki i niebieskie koszule, wszyscy razem zmierzają tymi samymi ścieżkami na miejsce przeznaczenia. Czy nie zgodzicie się ze mną, że transport publiczny czyni nas równymi? Powieść "Widzę cię" sprawiła, że zwykła przejażdżka metrem już nie jest czynnością, którą wykonuję mechanicznie. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Powieść ta była dla mnie czymś więcej niż zwykłą fikcją literacką. Odebrałam ją jako przestrogę . W dzisiejszych czasach, w dobie kiedy nasza prywatność dzięki mediom społecznościowym stała się dobrem publicznym, nikt nie może się czuć w pełni bezpiecznym. I sami na to zasłużyliśmy przez własną niefrasobliwość.

Dotarcie do pracy zajmuje Zoe ponad godzinę. Najpierw podmiejska kolejka, potem metro. Lata
podróżowania do centrum Londynu stały się rutyną a jej droga do pracy ścieżką pełną rytuałów i wyuczonych nawyków. Stałe miejsce na peronie, tam gdzie otworzą się drzwi pociągu, to samo miejsce siedzące, koło wyjścia, ta sama kawiarnia i ten sam pączek i kawa. Dzień po dniu, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, wszystko w zgodzie z zakodowanym w mózgu grafikiem. Jednak ta podróż jest inna. Zoe przeglądając gazetę natrafia na anons portalu "ktościprzeznaczony.com" i z przerażeniem zauważa, że ogłoszeniodawca posłużył się jej zdjęciem do zareklamowania strony.
Postanawia poinformować o tym fakcie policję. Zajmująca się przestępczością w komunikacji miejskiej Kelly, do której trafia zgłoszenie, wierzy kobiecie na słowo i wszczyna śledztwo. Okazuje się, że kobiety, których zdjęcie ukazało się w gazecie stały się ofiarami przestępstw. Czy Zoe będzie następna?

Przyznam bez bicia, że nie czytałam poprzedniej książki autorki choć wiem, że została ogłoszona bestsellerem, co jak na debiut jest niemałym osiągnięciem. Większość recenzji, które przeczytałam porównuje obie te pozycje, i w tym swoistym rankingu "Pozwolę Ci odejść" wypada zdecydowanie lepiej. Jak dla mnie "Widzę cie" jest naprawdę dobrze napisanym, trzymającym w napięciu thrillerem, z dość niespodziewanym zakończeniem. Czytając czułam dokładnie to czego się spodziewałam po książce tego gatunku. Autorka dała mi możliwość wglądu w psychikę naszych głównych bohaterów, wolno rozkręcająca się fabuła sprawiła, że napięcie wzrastało stopniowo aż do momentu kulminacyjnego dzięki czemu cały czas trwałam w oczekiwaniu na finał, który był dla mnie wielką niewiadomą. Właśnie sam fakt oczekiwania, przewracanie strony za stroną nie mogąc się doczekać rozwiązania zagadki jest dla mnie wyznacznikiem tego czy powieść jest udana. Tutaj nie było czasu na nudę. Oczywiście warstwa obyczajowa była dość rozbudowana, jednak nie przeszkadzało to w odbiorze i nie sprawiało, że czytelnik zasłaniał ręką usta by mu mucha nie wpadła podczas ziewania. Prosty język, mroczny klimat i ciekawi bohaterowie zrobili swoje. Jeśli ta książka jest gorsza od swojej poprzedniczki to spodziewam się, że jak sięgnę po "Pozwolę ci odejść" to z nerwów nie będę mogła zasnąć. Ale czy wywołanie takich emocji dzięki książce jest w ogóle możliwe?

Autorka miała bardzo ciekawy pomysł na fabułę. Strona internetowa, szyfrowana hasłem, które odgadnąć muszą sami zainteresowani. Ktościprzeznaczony.com. Czy to kolejny portal randkowy? A może zakamuflowana agencja towarzyska, reklamująca się w gazecie w dziale ogłoszeń drobnych? Na zdjęciu twarze kobiet, tych młodszych i tych starszych, naturalne, bez żadnej obróbki. Grube i chude, blondynki i brunetki. A co je łączy? Wszystkie korzystają z komunikacji miejskiej. Czy zwykła kolejka podmiejska może się stać miejscem gdzie poznasz miłość swojego życia?
Czy kobiety ze zdjęć to zwierzyna łowna czy potencjalne kandydatki na partnerkę życiową?
Kto siedzi za kamerami londyńskiego metra śledząc podróżnych?
Co byście poczuli jeśli to wasze zdjęcie znalazłoby się w gazecie bez waszej wiedzy? Co byście poczuli jeśli odkrylibyście, że kobiety z poprzednich ogłoszeń stały się ofiarami morderców, gwałcicieli czy złodziei? Czy to żart? Ostrzeżenie? Paranoja?
Autorka używając narracji trzecioosobowej daje nam wgląd w myśli naszej głównej bohaterki. Razem z nią przechodzimy fazy zaskoczenia, lęku, depresji i przerażenia. Widzimy jak praktycznie nie dotyczące jej zdarzenia mają wpływ na jej pracę, rodzinę i życie. Czy w ogóle da się funkcjonować żyjąc w ciągłym strachu? Autorka ma niezwykły talent do przekazywania emocji. Z łatwością wcieliłam się w postać Zoe. Razem z nią przemierzałam drogę do pracy i z powrotem rozglądając się w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia.

I tym oto sposobem doszliśmy do naszych głównych bohaterów. Muszę przyznać, że gdyby nie talent autorki i trzymająca w napięciu fabuła książki nasz poczet postaci wypadł by niezwykle blado.  Choć może właśnie ich zbytnia prawdziwość, wady i niedociągnięcia są tym co sprawia, że książka jest wiarygodna? Zoe to kobieta, która ma dwie natury. Z jednej strony niezwykle uporządkowana, lubiąca rutynę księgowa a z drugiej kłamliwa histeryczka, która dziwi się zazdrości swojego partnera. Hola hola, panie i panowie. Czy dla was nie byłoby dziwne, że wasz wybranek ma problem z eks mężem, jeśli nawet w najbłahszych sprawach to do niego zwracacie się o pomoc? To on was odbiera taksówką i kładzie do łóżka i to jego numer jest w ostatnio wybieranych? 
Kolejna na liście jest Kelly-policjantka. To kobieta, dla której niesubordynacja jest chlebem powszednim. Lekcja z przeszłości, kiedy została zawieszona w prawach wykonywania zawodu, by w końcu zostać zdegradowaną, na niewiele się zdała. Pomimo swojej inteligencji nie potrafi trzymać języka za zębami czym często działa na niekorzyść śledztwa. Jej nie należało dawać kolejnej szansy tylko odebrać odznakę i posadzić w budce wartownika na budowie. 
I na koniec nasz psychopata. Jego poznajemy ciut lepiej gdyż wypowiada się w pierwszej osobie. Pomimo tego jak dla mnie jest najsłabszym ogniwem całej powieści. Nie będzie spojlerem jak powiem, że nasz tajemniczy właściciel strony internetowej ma rodzinę, pracę i przyjaciół. Nie chcę zbyt dużo zdradzać jednak w przypadku tak zapracowanej osoby cały pomysł na ten internetowy "biznes" fizycznie byłby niewykonalny, a przynajmniej nie na taką skalę. Na domiar złego, same motywy naszego czarnego charakteru, choć wyjaśnione przez autorkę, są dla mnie nieco naciągane. 

Nie do końca zrozumiałam dlaczego autorka wprowadziła wątek Lexi, siostry Kelly, która na pierwszym roku studiów stała się ofiarą niebezpiecznego stalkera. Mężczyzny nigdy nie ujęto. Zastanawiając się na tym odrębnym tematem doszłam do wniosku, że głównym motywem Mackintosh było przedstawienie różnych profili osobowościowych ofiar. Niektóre osoby potrafią zapomnieć o przeszłości, dla innych jest ona piętnem. Jeszcze inne pragną zapomnienia albo sprawiedliwości. Autorka uczula nas na to, że istota ludzka jest odrębną jednostką, którą cechuje indywidualizm. Właśnie to powinniśmy sobie przypomnieć kiedy zaczniemy oceniać innych własną miarą.

Choć cała książka jest niezwykle wciągająca i intrygująca, to właśnie zakończenie wbiło mnie w fotel. I nie chodzi o końcowy zwrot akcji tylko ostatni akapit powieści. Niby wszystko wiemy, zagadka została rozwiązana, a tu na koniec grom z jasnego nieba. Dla samych ostatnich zdań warto przeczytać całą książkę, która okaże się niemałym zaskoczeniem. 

"Widzę cię" będzie gratką dla fanów thrillerów psychologicznych. Pomimo wolno rozwijającej się fabuły i dość rozbudowanego wątku obyczajowego, jest to powieść która wywołuje gęsią skórkę i wzbudza niezwykłe emocje. To książka, po którą sięgając, musicie się upewnić że macie w zanadrzu dużo wolnego czasu gdyż żadna siła nie sprawi, że odłożycie ją na półkę. Typowy przepis na zarwaną noc. Polecam.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



niedziela, 20 sierpnia 2017

 Tytuł : "Na linii świata"
 Autor : Manuela Gretkowska
 Wydawnictwo : Znak Literanova
 Data wydania : 16 sierpnia 2017
 Liczba stron : 356


 Eksperyment


Jakiś czas temu wzięłam udział w ciekawym eksperymencie. Wydawnictwo Znak Literanova wysłało do mnie książkę bez tytułu, napisaną przez niewiadomego autora. Zadaniem było przeczytanie powieści i sprawdzenie czy nazwisko pisarza,od razu założyłam, że jest to osoba dość znana, ma wpływ na nasz odbiór. Przez całą książkę zastanawiałam się kimże może być ten tajemniczy autor? Czy to znany pisarz? A może felietonista? Sportowiec, polityk? Kobieta czy mężczyzna? Osoba młoda czy w kwiecie wieku? Poniekąd wyrobiłam sobie własny obraz tej postaci i przyznam, choć nie odgadłam nazwiska, wyciągnięte przeze mnie wnioski dość często pokrywały się z prawdą o Manueli Gretkowskiej.

Natasza, studentka psychologii, by zarobić na własne utrzymanie i studia, dorabia rozbierając się na
znanym na cały świat livechacie. Pewnego dnia jeden z jej klientów przedstawia jej ciekawą propozycję. Oferuje wyjazd do Stanów Zjednoczonych, do Doliny Krzemowej, gdzie jej jedynym obowiązkiem byłaby opieka na jego chorym na autyzm synem. Dziewczyna, której w Polsce nic nie trzyma, po krótkim zastanowieniu zgadza się i wsiada w samolot. 
Początkowo wszystko przebiega zgodnie z planem. Opieka nad chłopcem, choć wymagająca wiele pracy, nie jest ponad jej siły. Obracanie się w angielsko języcznym środowisku pozwala jej również podszlifować język. Kryzys nadchodzi kiedy Natasza znajduje się w epicentrum trzęsienia ziemi. Przerażona dziewczyna chce jak najszybciej wrócić do domu. Jednak coś nie pozwala jej opuścić Ameryki. Bilety lotnicze giną z dysku, do domu trafiają zrobione z ukrycia zdjęcia. Wszystko wskazuje na to, że dziewczyna znalazła się w centrum czegoś co ciężko będzie wyjaśnić posługując się ludzkim rozumem. W tym nowym świecie trzeba zapomnieć o wszystkim co nam znane i bliskie. To świat gdzie nawet odwieczne prawa fizyki przestają obowiązywać. Nadchodzi apokalipsa. 

Przyznam szczerze. Spodziewałam się, że autorem książki okaże się mężczyzna. Pewnie spytacie dlaczego. Po pierwsze rzadko która kobieta ma taką wiedzę o fizyce kwantowej i potrafi ją przedstawić w prosty i zrozumiały dla laika sposób. To dziedzina wiedzy w której przodują mężczyźni. Jeszcze nie zdarzyło mi się czytać książek z pogranicza science fiction napisanych przez kobiety. Oczywiście wiem, że takie istnieją jednak jest to kropla w morzu literatury. Więc i w tym przypadku pokierowały mną stereotypy. Jednak to nie tylko fakt poruszenia tak skomplikowanego tematu miał wpływ na moją opinię. Rzadko się zdarza by autorki, zwłaszcza te polskie, posługiwały się tak brutalnym i zmaskulinizowanym językiem. Manuela Gretkowska, zresztą jest z tego znana, nie boi się mówić to co myśli i wyrażać tego w sposób dosadny i często wulgarny. Książka ta jest doskonałym tego przykładem. Przekleństwa, erotyczne scenki rodzajowe, nagość, sex bez zobowiązań, pijaństwo, lubieżność, rozwiązłość wszystko to jest w tej książce uwypuklone. Autorka pokazała, że życie człowieka nie składa się tylko z naszych pasji, pracy czy zainteresowań. Posiadamy też tę zwierzęcą stronę, którą kierują instynkty : tę wyuzdaną część naszego "ja", która w sprzyjających okolicznościach jest pozbawiona barier moralnych. 
Za to niezmierni zdziwił mnie obraz kobiet, który wyłania się z kart powieści. W większości są one mało rozgarnięte, kierujące się instynktami i puste. Zwykłe lalki Barbie. Nasza główna bohaterka za pieniądze uprawiała wirtualny sex by się utrzymać w wielkim mieście. Wybór dobry jak każdy inny jednak czy naprawdę nie znalazła się żadna praca dla ponoć inteligentnej studentki psychologii? Czy po prostu Natasza poszła po najmniejszej linii oporu? A może to lubiła? Na dokładkę wyjechała do Stanów na zaproszenie obcego faceta, który nomen omen mógł się okazać zboczeńcem, do kraju którego nie znała, gdzie nie miała nikogo, by opiekować się autystycznym dzieckiem nie mając pojęcia jak ta opieka ma wyglądać i bez żadnego wcześniejszego przygotowania. Głupota? A może niedostatek adrenaliny? Brak rozwagi? Czy wszystko to razem wzięte? Mam nadzieję, że młode czytelniczki nie potraktują jej jako wzór tylko fikcję literacką. Z jednej strony autorka pokazuje nam jakie skutki może mieć rozwój technologii a z drugiej nie uczula na mroczne strony internetu. 

Przypuszczałam, że autor książki dość długi czas spędził w Stanach Zjednoczonych, być może nawet kilka lat, i kraj ten go zafascynował. I tutaj się nie pomyliłam. Manuela Gretkowska rok czasu mieszkała w Stanach co pozwoliło jej wiernie oddać obraz tamtejszej rzeczywistości. Autorka bez problemów z szarej i zaściankowej Polski przeniosła mnie w upał piasków Nevady i technologię Doliny Krzemowej. Nawet charakterystyka postaci zamkniętych w sobie geniuszy informatycznych wyszła jej niezwykle dobrze. Zresztą postaci męskie były wykreowane o wiele lepiej niż kobiece, bardziej realne. Autorce udało się oddać atmosferę miejsca, jego duchoty, kurzu, palącego słońca czy trzęsień ziemi. Właśnie te fragmenty odznaczały się największą realnością i zwracały uwagę czytelnika. Wielki Kanion to prawdziwy Wielki Kanion Kolorado a nie odmalowany na potrzeby książki rów w ziemi. Zerkając w biografię autorki zwróciłam uwagę na fakt, że uwielbia podróżować. Mieszkała we Francji i Szwecji. Osoby, które nie boją się zamieszkać w obcym kraju, nie mają problemów z piętnem emigranta są bardziej wyczulone na niuanse społeczne i na różnice kulturowe oraz chętniej, bardziej obrazowo potrafią o nich opowiadać. 

"Na linii świata" to książka obyczajowo-fantastyczna, w której dokładnie widzimy moment przenikania się tych dwóch gatunków. W pierwszej części poznajemy naszych bohaterów. Jest to również opowieść o tym jak różnią się nasze oczekiwania od rzeczywistości. Wiele osób marzy o tym by wyjechać do Stanów Zjednoczonych i tam rozpocząć karierę od pucybuta do milionera. Jednak większość z tych biedaków wraca do domu z pustymi rękami. Czy Natasza w tej krainie mlekiem i miodem płynącej znalazła szczęście? Czy może trafiła do domu rozpusty, gdzie zamiast obiadu są drinki w pozbawionym wody basenie, a zamiast śniegu puste butelki na choince? Pierwsza połowa książki to czas kiedy akcja budowana jest powoli, często nie dzieje się nic na co warto zwrócić uwagę. I przyznam szczerze, że głównie dzięki wątkowi science fiction powieść nabrała smaku. Jednak by do tego doszło musieliśmy czekać ponad sto stron. Nie każdy ma tyle cierpliwości.
I nagle coś zaczyna się dziać. Komputery zaczynają się buntować, drony żyją własnym życiem, samochody przejmują kontrolę nad kierowcą. Kwanty przejmują kontrolę nad światem a ludzie zmuszeni są do popełniania zbiorowego samobójstwa by oczyścić planetę i zrobić miejsce samodoskonalącym się maszynom. Scenariusz rodem z Terminatora. Czy jest to wyłącznie fikcja literacka? Zabawa autorki z nowym gatunkiem? Czy może przestroga przed nadmiernym rozwojem sztucznej inteligencji co może się okazać zgubne dla gatunku ludzkiego? Nie ważne co powodowało autorką jednak obraz który wyłania się z kart powieści książki jest przerażający. Chaos na ulicach, płonący ludzie, postaci rozmawiające z kamieniami? Czy technologia naprawdę doprowadzi nas do szaleństwa? A to szaleństwo do niechybnej  zguby? Może warto przystanąć i się zastanowić czy nie warto się wstrzymać przed dalszym powiększaniem naszych możliwości i pomyśleć nad ewentualnymi konsekwencjami? 
Czytając książkę wiedziałam, że napisała ją osoba, którą fascynuje zarówno fizyka kwantowa jak i elementy fantastyczne rodem z książek Stanisława Lema. Miałam rację. Manuela Gretkowska jest pasjonatką fizyki i ciągle powiększa swoją wiedzę w tej dziedzinie. Dość niezwykłe zainteresowanie jak na kobietę. Również literatura fantasy nie jest jej obca, widać tutaj inspirację Philipem K. Dickiem zwanym Dostojewskim SF, którego sylwetka została wielokrotnie wykorzystana w książce. 

"Na linii świata" to ciekawa, dobrze napisana powieść, zupełnie odmienna od poprzednich książek autorki. Pomimo tego, że jest to literatura z pogranicza fantastyki nadal możemy odczuć, że autorka odwołuje się do współczesnych realiów społecznych. Czuć tutaj nutę rozgoryczenia odnośnie Polski oraz krytykę partii rządzącej. Pomimo średniej klasy zakończenia oraz chaosu narracyjnego, który kazał nam przeskakiwać z jednej postaci do drugiej jest to powieść, której może się udać skraść serca czytelników. Moje się dało zdobyć w pełni. Polecam.  

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


wtorek, 15 sierpnia 2017

 Tytuł : "Przyszłość ma twoje imię"
 Autor : Elżbieta Rodzeń
 Wydawnictwo : Zysk i S-ka
 Data wydania :  17 lipiec 2017
 Liczba stron : 544
 



 Target


Literatura new adult nadal jest dla mnie czymś nowym. Myślę, że dorosłej osobie ciężko jest obiektywnie zrecenzować książkę, której nie jest targetem. Ta pozycja, jak bym przeczytała ją w wieku kilkunastu lat, zapewne wywołałaby we mnie więcej emocji niż teraz kiedy jestem osobą dorosłą z dość dużym bagażem doświadczeń. Nie znalazłam tu nic zaskakującego, problemy nastolatków były spowodowane głównie brakiem szczerości i komunikacji, a podstawy całej fabuły były dość mocno naciągane. Doszły do tego sztywne i przesłodzone dialogi, odrealnione postaci i dość powolny rytm narracji z mnóstwem powtórzeń. Ale to są wnioski osoby dorosłej. Młodsi czytelnicy znajdą w tej książce lustro, w którym odbijają się ich własne problemy, piękną miłość rodem z baśni Andersena i troszkę erotyki, która zabarwi policzki na różowo. Będzie to dla nich książka od której się nie oderwą nawet kosztem przysypiania w szkolnej ławce. I to właśnie dla nich jest ta książka.

Minęły trzy lata odkąd Blanka padła ofiarą napadu. Zamaskowany mężczyzna z bronią w ręku wziął
ją na zakładnika by zastraszyć kasjera i zmusić go do oddania utargu. Dziewczyna wraz z rodzicami przeprowadziła się do innego miasta by rozpocząć nowe życie. Pomimo psychoterapii nie udało jej się pozbyć traumy. Nadal ma problemy w kontaktach międzyludzkich, boi się dotyku. Przekroczenie progu sklepu jest ponad jej siły. 
Dzięki psychoterapeutce dostaje pracę w kawiarni gdzie poznaje Mateusza. Chłopak wydaje się być jej przeciwieństwem. Odważny Casanova, który miał w życiu dziesiątki dziewczyn jednak nigdy nie był w poważnym związku. Inteligentny i tanecznie uzdolniony boryka się z konsekwencjami przeszłości. Osierocony przez matkę, wyrzucony z domu przez ojca stara się posklejać własne życie.
Czy dla tej dwójki jest możliwa wspólna przyszłość? Czy uda im się pokonać dzielące ich bariery?

Kiedyś mój szef powiedział, że jak człowiek nie jest w stanie zebrać myśli, należy wypunktować najważniejsze zagadnienia i za ich pomocą, krok po kroku, przedstawić sprawę. Niezbyt często to robię jednak w przypadku tej pozycji wydaje się to jedynym słusznym wyjściem, gdyż po przeczytaniu tej książki mam istny mętlik w głowie. 

Punkt pierwszy : Fabuła
Poznajemy dwójkę głównych bohaterów, którym życie dało nieźle w kość. Tu autorka gra z nami w otwarte karty. Dowiadujemy się, że Blanka była ofiarą napadu a Mateusz wychował się w patologicznej rodzinie. Ta dwójka doświadczonych przez los młodych ludzi zakochuje się w sobie. Mateusz pomaga dziewczynie w walce z jej fobiami a ona w zamian motywuje go do zrobienia kroku w przyszłość i zawalczenia o własne marzenia. Typowa książka obyczajowa, która mogłaby się skończyć już po stu stronach. Jednak pojawia się tajemnica, a nawet kilka. Okazuje się, że nasi bohaterowie od samego początku nie są ze sobą szczerzy i zamiast wyjawić o sobie prawdę otaczają się murem przemilczeń. Jeśli jeszcze jestem w stanie zrozumieć Blankę tak milczenia Mateusza niestety nie. Powiedzmy sobie szczerze : gdyby nie brak komunikacji i szczerej rozmowy pomiędzy tą dwójką ludzi, ta książka by nie powstała gdyż autorka nie byłaby w stanie znaleźć wiarygodnego motywu ma twist akcji. A teraz popatrzmy z drugiej strony : czy wchodząc w nowy związek zaczynamy go od kłamstw i niedomówień? Czy można coś budować tylko na wyobrażeniach o drugiej osobie? Czy można chcieć być z kimś w związku jednocześnie nie chcąc oddać całego siebie? Nie chcąc się odkryć? Czy zbywanie i oszukiwanie jest receptą na sukces? I tu przechodzimy do punktu drugiego.

Punkt drugi : Bohaterowie
Naszych bohaterów nie powstydził by się sam Rober Louis Stevenson bo to prawdziwi Doktor Jekyll i Mr. Hyde, w wersji razy dwa. Dziewczyna, po traumatycznych przeżyciach, która boi się przejść koło spożywczaka, nie ma najmniejszych problemów z obsługiwaniem klientów w zatłoczonej studenckiej kawiarni. Z jednej strony unika wszelkiego kontaktu fizycznego, nawet z członkami własnej rodziny, a z drugiej już po kilku dniach znajomości z Mateuszem opuszcza gardę i pozwala się dotykać w miejscach gdzie światło dzienne nie dochodzi. A największym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że ta zastraszona, bojąca się kontaktu z ludźmi młoda dziewczyna, nie ma nic przeciwko samotnym wycieczkom na rolkach (nawet po nocy) a do tego udało jej się zrobić licencję pilota co przecież musiało się wiązać ze spędzeniem przynajmniej kilkunastu godzin w jednej kabinie z mężczyzną, który przez większość czasu siedział za jej plecami (co przez pół książki było dla niej wielkim tabu). Tak nie zachowują się ludzie po traumatycznych przejściach i mogę się mylić, ale uważam że osoby które faktycznie przezywają szok pourazowy mogę się poczuć skrzywdzone, gdyż postać Blanki była jednym wielkim żartem. 

Skupmy się teraz na Mateuszu. Jest to człowiek, któremu całościową metamorfozę psychiki udało się przejść w niespełna kilka dni. Brawo. Coś na co ludzie pracują latami, zazwyczaj pod kontrolą psychologów, jemu udało się dokonać tylko z pomocą miłości. Hmm... miłość jako środek resocjalizacyjny? Wszystko jest możliwe. Mateusz z osiedlowego bawidamka zamienił się w pantoflarza. Z rozrywkowego studenta w siedzącego na kanapie i oglądającego Netflix nudziarza. Wszystko byłoby pięknie jeśli dialogi wewnętrzne bohaterów zgadzałyby się z dialogami między postaciami. Co z tego, że Mateusz podaje Blance herbatkę i masuje jej nóżki, kiedy w myślach się zastanawia czy uda mu się ją zaciągnąć do łóżka. A jego związek z rodziną zastępczą młodszego brata? To w ogóle jedno wielkie nieporozumienie. Autorka chciała zrobić z naszego bohatera prawdziwą głowę rodziny, człowieka z aspiracjami, ciężko pracującego i niezależnego a wyszedł jej niestabilny emocjonalnie i sprzeczny wewnętrznie nastolatek. Nie można było tak od początku? Przynajmniej wyszło by wiarygodnie. 

Punkt trzeci : Ważne sprawy.
Książka porusza ważne tematy, obok których nie sposób przejść obojętnie. Patologiczne rodziny, system kuratorski i jego luki. Pomimo przekłamań i naciągnięć w charakterystyce bohaterów realia ich egzystencji oddane zostały realistycznie. Autorka w dosadny sposób pokazała znieczulicę polskich urzędników i powolność systemu, który zamiast pomagać obywatelom nadmiernie komplikuje procesy co może doprowadzić do tragedii. Z drugiej strony z książki wyłania się pozytywny obraz placówek, których kadra troszczy się o los swoich podopiecznych. 
Kolejna "ważną sprawą" jest motyw traumy. Jak pisałam wcześniej nasza bohaterka nie jest doskonałym przykładem, ze względu na jej możliwość szybkiej metamorfozy, jednak cieszę się że sam temat został tutaj poruszony. Zdarzenia z przeszłości mają wielki wpływ na psychikę młodych ludzi i prowadzą do aspołecznych zachowań. Dobrze, że w większości przypadków znajdzie się ktoś kto jest w stanie im pomóc. 

To pisałam ja. Karolina- trzydziestoletnia kobieta z bagażem doświadczeń. Osoba która niczemu się nie dziwi, która spodziewała się więcej i mocniej. Czy Karolina dwadzieścia lat wcześniej by odebrała tę powieść tak samo? Wątpię. Ta osoba by bez pamięci zatraciła się w tej książce, nie poddawała jej głębokiej analizie, tylko chłonęła miłość i nadzieję płynącą z jej kart.   I to właśnie takie osoby powinny ją recenzować.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


piątek, 11 sierpnia 2017

 Tytuł : "Tajemnica wyspy Flatey"
 Autor : Viktor Arnar Ingolfsson
 Wydawnictwo : Editio
 Data wydania : 19 lipca 2017
 Liczba stron : 284
 Tytuł oryginału : Flateyjargáta




 Bez barw

Uwielbiam literaturę skandynawską, a kryminały wprost pożeram jak ciasteczkowy potwór swoje słodkości. Sięgając po tę niewielkich rozmiarów książeczkę liczyłam na wciągającą opowieść, którą przeczytam z zapartym tchem. Jednak już po kilkudziesięciu stronach wiedziałam, że powieść jest inna, napisana językiem który nie do końca do mnie przemawia. Nadal ciekawiło mnie rozwiązanie zagadki jednak ze względu na styl dobrnięcie do końca zajęło mi o wiele dłużej niż oczekiwałam. Jedyne co mnie pociesza to fakt, że autor nie zawiódł moich oczekiwań i zakończenie okazało się strzałem w dziesiątkę. Jest tak różne od tych z którymi do tej pory się spotkałam, tak niewiarygodne a jednocześnie proste. "Tajemnica wyspy Flatey" to bardzo hermetyczna, uboga w kolory książka. Prosta w słowach, skąpa w opisach. Tylko dla cierpliwych fanów gatunku.

Rok 1960. Na jednej z małych islandzkich wysepek przypadkowo odnalezione zostaje ciało starszego
mężczyzny. Czas i warunki pogodowe doprowadziły do zaawansowanego rozkładu tkanek co uniemożliwia poznanie przyczyny śmierci. Na wyspę Flatey, jedyny w okolicy ludzki przyczółek, dociera radca sądowy Kjartan, mający przeprowadzić śledztwo z ramienia władz okręgu. Okazuje się, że zamknięta społeczność skrywa mroczne sekrety a kluczem do ich odkrycia jest starożytna księga o Wikingach-Flateyjarbok. Ten tajemniczy manuskrypt zawiera w sobie zagadkę, swoisty kod, którego nikomu nie udało się rozszyfrować. Wkrótce mała wysepka staje się centrum wydarzeń. I właśnie wtedy dochodzi do popełnienia okrutnej zbrodni. Czy niedoświadczony Kjartan sprosta zadaniu i znajdzie zabójcę?

W pewien sposób "Tajemnica wyspy Flatey" kojarzy mi się z powieściami Agathy Christie. Podobnie jak w wielu jej książkach, mamy tutaj do czynienia z małą grupą ludzi podejrzanych o dokonanie zbrodni. Flatey to mała wysepka na której zbudowano niewielkich rozmiarów osadę. Kilkaset metrów szerokości i niespełna trzy kilometry długości tworzą tło naszej zbrodni. Tych kilkudziesięciu ludzi, którzy tam mieszkają stają się naszymi podejrzanymi. Raz, dwa, trzy wy-bierz Ty. Na kogo wypadnie, na tego bęc. Tak w skrócie można opisać naszą fabułę, gdyż nasi domniemani mordercy z reguły są czyści jak łza. Są tacy którzy nigdy nie opuścili wyspy, tacy którzy nie mają kontaktu ze światem zewnętrznym za to o swoich sąsiadach wiedzą wszystko lub prawie wszystko. Pojawienie się zwłok było dla nich jak widok spadających z nieba krów- podobnie nieprawdopodobne. Każdy jest zaskoczony, każdy chce współpracować z policją, każdy otwiera swoje drzwi by funkcjonariusze mogli pogrzebać w brudach. A najlepsze jest to, że każdy jest na widoku, gdzie człowiek nie pójdzie tam ktoś go zobaczy, pozdrowi, porozmawia. Czy jest możliwe, że któryś z mieszkańców Flatey mógł kogoś zamordować i nie zwrócić tym niczyjej uwagi? No cóż, zwłoki jak wiemy z nieba nie spadają. 
Jak wiemy Islandia nie jest magiczną, egzotyczną krainą gdzie szumią drzewa i wiecznie świeci słońce. To ziemia twardych ludzi, których życie jest bezustanną walką z naturą. I to właśnie tego kolorytu zabrakło mi w powieści. Wszystko tutaj jest czarno białe, nawet trawa straciła swoją zieloną barwę. Każdy dzień naszych bohaterów to powtórka dnia poprzedniego, ta sama praca, ten sam obiad, ta sama książka. Tak skondensowany i hermetyczny świat mnie niestety nie porwał. Był zbyt prosty, szary, ostry. Zabrakło mi tu motywu, krwi, policyjnej pasji- wszystkiego tego do czego przyzwyczaili mnie skandynawscy pisarze. Zamiast tego dostałam opis życia przeciętnego członka nudnej, szarej, zamkniętej społeczności poprzeplatany fragmentami opowieści o walecznych wikingach, je zapewne dodano dla kontrastu pomiędzy rzeczywistością a chwalebną przeszłością.  

Każdy rozdział kończy się opowieścią zaczerpniętą ze "świętej" księgi Islandczyków. Ten powstały w XIV wieku manuskrypt zawiera teksty skandynawskich sag i poematów. Przyznam, że nigdy o nim nie słyszałam, więc liczyłam na to, że autor mnie zachęci do zgłębienia tematu. Tak się jednak nie stało. Opowieści z Flateyjarbok, przytoczone w tekście, były wybrakowane, skondensowane do samej istoty, faktograficzne zamiast opisowe i pozbawione szczegółów, które nadają kolorytu. Mało tego. Powodem ich zamieszczenia w książce był fakt, że miały być kluczem do rozwiązania zagadki. Tylko ja nie do końca zrozumiałam jaki ta zagadka miała sens? Nie była to ani mapa do wyspy skarbów, ani przepis na przemienienie metalu w złoto, ba nie był to nawet tekst klątwy, którą można rzucić na denerwującego sąsiada. Więc czemu służyło to, że człowiek mógł spędzić całe życie głowiąc się nad rozwiązaniem zagadki, która nic nowego nie wnosi, nie odkrywa żadnej tajemnicy? Czy to służyło zabawie? No chyba nie skoro ginęli ludzie. Czy może była to kwestia ambicji? 

Muszę przyznać autorowi dużego plusa za samo zakończenie książki. Ci niecierpliwi, którzy jednak się skuszą by sięgnąć po tę powieść, niech nie rzucają jej w kąt. Lepiej minąć parę stron i przeczytać sam koniec, niż go przegapić. Powiem, że nie tego się spodziewałam. I bardzo dobrze. Koniec jest tak zaskakujący w swojej prostocie, że aż uderzyłam się dłonią w czoło i zadałam sobie pytanie : "no jak ja się mogłam nie domyślić". Po skończeniu książki dotarł do mnie jej głębszy sens. Jak wszystko mogłoby się potoczyć gdyby ludzie zasznurowali usta, jak los potrafi prokurować fałszywe, oskarżające nas ślady i wreszcie jak wielką moc ma ludzka uczciwość. To właśnie pod sam koniec zdałam sobie sprawę z celu w jakim została opowiedziana każda z historii naszych głównych bohaterów i dlaczego ich losy zostały ze sobą splecione. Początkowo nie było we mnie tego napięcia, które poczułam w końcówce, kiedy w końcu zniknął dystans dzielący mnie od głównych postaci.

Jest to trudna w odbiorze, napisana ciężkim stylem opowieść, która zachwyci tylko nielicznych czytelników. Pomimo zamkniętej społeczności, spotykamy tu dość dużo postaci, jednak autor nie daje nam możliwości poznać każdego z osobna. Panuje chaos. Imiona się mieszają, postaci to pojawiają się to znikają, ciągle dochodzi ktoś nowy. Raz na Flatey, raz w Reykjaviku. Jak na tych rozmiarów książkę, było zbyt dużo informacji a zbyt mało akcji. Publikację uratowało tylko zakończenie. Komu polecam? Wytrwałym miłośnikom gatunku, fanom Islandii i starych manuskryptów. Ci którzy liczą na trzymający w napięciu thriller, czy pędzący jak pociąg kryminał niech się trzymają z daleka.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



wtorek, 8 sierpnia 2017

 Tytuł : "Zaczęło się w Radomiu"
 Autor : Konrad Mazur
 Wydawnictwo : Novae Res
 Data wydania : 8 czerwca 2017
 Liczba stron : 300



 Potencjał na przyszłość


Z reguły nie jestem fanką krótkich form. Wolę rozbudowane powieści, które pozwalają zżyć się z bohaterami. Jednak od czasu do czasu daję szansę i opowiadaniom szczególnie jeśli są z pogranicza fantasy czy science fiction. Tym razem zainteresował mnie sam tytuł. Mój mąż pochodzi z Radomia i nazwać go lokalnym patriotą to było by niedociągnięcie. Dla mnie to miasto jakich wiele jednak sięgając po tę książkę liczyłam na to, że wyłowię z niej parę faktów czy mitów którymi podzielę się z wybrankiem mojego serca. Muszę przyznać, że czytało się całkiem przyjemnie. Autor ma lekkie pióro i niesamowitą wyobraźnię, co wpłynęło na to, że dostałam w swoje ręce niesamowity miszmasz gatunków.

Wycieczki w nieznane razem z grupą turystów? Piramidy pod Radomiem? Atak kosmitów? A może chcecie poznać nie do końca biblijnego Mojrzesza? A może Jarosława Melancholika? Pozwiedzać Radom czy Egipt? Podróżować w czasie? Wziąć w ręce figurkę ciężarnej kobiety, w której tkwi wielka moc? Wszystko to i jeszcze więcej znajdziecie w tej niewielkich rozmiarów książce. 

Zastanawiałam się jak podejść do tej recenzji. Czy opisywać każde opowiadanie, czy tylko wybrane?
Czy były jakieś lepsze, które zwróciły moją uwagę lub może takie, które bardzo chciałam skrytykować. Postanowiłam jednak potraktować tę książkę jako całość, gdyż mamy tutaj coś co jest jakoby motywem wiążącym poszczególne fragmenty. A elementem tym jest starożytna figurka, która pojawia się w kilku opowiadaniach i zazwyczaj zwiastuje nadchodzące nieszczęścia. Figurka ciężarnej kobiety, mały, mieszczący się w dłoniach posążek, dla którego czas i przestrzeń są pojęciami względnymi. Znajdziemy ją zarówno w Radomiu jak i w Egipcie, w czasach nam współczesnych i tych pamiętających towarzysza Bieruta. 
Wplecenie motywu figurki było ciekawym zabiegiem gdyż poniekąd nadało opowiadaniom ciągłość i swoistą linię fabularną. To spoiwo sprawiło, że po zakończeniu lektury nabrałam ochoty na więcej.

Autor ma talent i wyobraźnię a to w tej sztuce jest najważniejsze, warsztatu można się w końcu nauczyć, choć tu obyło się bez większych potknięć. Napisane lekkim, często frywolnym, a czasami wulgarnym i mocnym stylem opowiadania to gratka dla szerokiego grona czytelników. Mazur nie skupia się na jednym gatunku. Odkrywa, eksploruje i bawi się formami. Czasem mamy do czynienia z anegdotą, czasem ze zwykłym podwórkowym żartem, któremu dodano obyczajowe tło a niekiedy z pełnokrwistymi, wielostronicowymi opowiadaniami, które mogły by służyć za kanwę powieści. Jednak po głębszej analizie książki doszłam do wniosku, że autor skłania się ku literaturze fantastycznej. I to właśnie opowiadania tego gatunku wyszły mu najlepiej, choć nawet one były satyryczne i napisane z przymrużeniem oka. 
Bardzo bym chciała kiedyś przeczytać pełnowymiarową powieść autora. Z początkiem, ciekawą i rozbudowaną fabułą, i wierzę, że z zaskakującym zakończeniem. Może prawdziwą opowieść o wojnie ludzkości z kosmitami? Lub opowieść o młody skacowanym podróżniku w czasie, któremu udało się zmienić bieg historii? Czytając te krótkie opowiadania widzę potencjał. Wierzę, że Mazur jest w stanie napisać powieść na miarę światowych twórców gatunku science fiction. Widzę pasję, wyobraźnię, wiedzę i pomysły. Należy do tego dodać troszkę więcej zaangażowania, wiary we własne możliwości i motywacji, żeby powstało monumentalne dzieło. 

Ubodła mnie tylko jedna rzecz: obraz Polaków i polskości, który wyłania się z kart książki. Z informacji znalezionych o autorze dowiedziałam się, że obecnie (podobnie jak ja) mieszka na terenie Irlandii. Obraz przedstawiony w książce jest niestety typowy dla emigrantów, którzy opuścili kraj z konkretnych powodów. Konrad Mazur nie jest w takim sposobie postrzegania Rodaków i ojczyzny odosobniony. Jeśli książka przetłumaczona by została na język obcy zagraniczny czytelnik by pomyślał, że Polacy to alkoholicy, nędzni alkoholicy, pomysłowi alkoholicy a i zapomniałam jeszcze dodać...czego? Że to alkoholicy wszelkiego sortu. Polska z kart książki wydaje się przestarzała a obraz społeczeństwa spóźniony o kilkanaście lat. Już nie widać koczujących pod budką z piwem pijaków, gdyż nawet oni weszli na wyższy level konsumpcjonizmu. Część z opowiadań, nie ma co się tu oszukiwać, opowiada praktycznie o samym piciu, brak im głębi, przekazu a jeśli miały piętnować to wyszło to dość groteskowo. Jest to raczej forma wyrzutu, szkalowanie czegoś co już dawno zostało naznaczone. Po czasie, Panie Konradzie, po czasie.

Odniosłam wrażenie, że najlepiej autorowi wychodzą początki. A wiadomo po czym się poznaje mężczyznę? Po tym jak kończy. Oczywiście kwestia zrozumienia dzieła leży po obu stronach : czytelnika i autora. W dowolnej kolejności. Często zawodzą interpretacje, co jest szczególnie częste w przypadku krótkich form. Wiesława Szymborska nie zdała by matury jeśli dostałaby do analizy swój własny wiersz. Każde opowiadanie zaczyna się przystawką w postaci zaskakującego prologu (często dialogu), toczy się ciekawą fabułą by często urwać zakończeniem, które zostawiało mnie z niczym. Odnosiłam wrażenie, że autor miał pomysł jednak nie do końca zdążył go dopracować by wszystko perfekcyjnie się zgrało. Często zakończenie było po prostu urwaniem wątku, kilka razy zdarzyło się, że zupełnie go nie zrozumiałam a w kilku przypadkach było wypadkową zdarzeń poddaną analizie czytelnika. Autora stać na więcej. Stać go na zakończenie, które wbije w fotel, otworzy szeroko oczy i wyciśnie z czytelnika wow. Wiem, że nie jest to proste w przypadku prostych, krótkich form dlatego gorąco zachęcam do napisania powieści.

Jednak muszę przyznać, że miło spędziłam czas z tą książką. Pomimo dość mrocznego obrazu naszej ojczyzny i ziomków, bije z niej miłość i tęsknota do kraju pochodzenia. Autor jest na pewno utalentowanym i nie bojącym się nowatorskich pomysłów człowiekiem, którego czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Potrafi zaskoczyć i zszokować (wątek kanibalistyczny jest tu obecny w pełnej krasie), rozbawić i dać do myślenia. Gatunkowo dla każdego, gdyż przy tej książce po prostu nie da się nudzić. Zachęcam wszystkich do dania szansy temu niezwykłemu debiutowi a sama czekam na więcej. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



 






sobota, 5 sierpnia 2017


 Tytuł : "Dyskretne szaleństwo"
 Autor : Mindy McGinnis
 Wydawnictwo : Wydawnictwo Kobiece
 Data wydania : 21 lipca 2017
 Liczba stron : 392
 Tytuł oryginału : A Madness So Discreet 



 Sherlock w spódnicy

Najmocniejszą stroną tej książki (brawa dla wydawnictwa) jest jej okładka, piękna, mroczna i sugestywna, czytelnik wprost nie może przejść koło niej obojętnie. Również sama nota wydawnicza sugeruje, że w nasze ręce dostała się fascynująca historia o szaleństwie, chorobach psychicznych, morderstwach. I faktycznie. Przez pierwsze 10 procent powieści byłam zauroczona. Autorka wprost z mojego słonecznego domu zabrała mnie w podróż po szpitalach psychiatrycznych, gdzie pacjenci byli niczym innym niż królikami doświadczalnymi. Jednak kiedy wraz z Grace opuściłam mury przytułku dla obłąkanych, świat który zastałam na zewnątrz okazał się rozczarowujący a nowe realia, choć nadal osadzone w czasach wiktoriańskich, zbyt bardzo przypominały zagadki kryminalistyczne Sherlocka Holmesa, choć brakowało im polotu i inwencji. 

Grace, decyzją rodziców, umieszczona zostaje w szpitalu psychiatrycznym. Jej jedynym przewinieniem było zajście w ciążę, której sprawcą był jej ojciec. Za murami jest światkiem traktowania pensjonariuszy jak bezwolnych ludzi. Stają się oni ofiarami eksperymentów, zamykani są
w izolatkach i muszą walczyć o pożywienie, gdyż racje żywnościowe nie starczają dla wszystkich. Kiedy dziewczyna trafia do celi w szpitalnych podziemiach, gdzie umieszczona została za nieposłuszeństwo, spotyka doktora Thornhollowa. Udaje mu się nakłonić mężczyznę by podstępem wydostał ją ze szpitala. Od tej pory znajduje się pod jego opieką i z Bostonu udają się do Ohio, gdzie doktor ma współpracować z policją przy tworzeniu profilów morderców i pomagać w ramach policyjnego dochodzenia. Grace, świetna obserwatorka, okazuje się wspaniałą współpracownicą. Kiedy wpadają na trop seryjnego mordercy to właśnie dzięki niej sprawy ruszają do przodu.

Jak napisałam na wstępie zdecydowanie najlepszym fragmentem był sam początek powieści. Akcja zaczyna się w murach szpitala psychiatrycznego, który ze względu na ograniczone fundusze nie jest w stanie zapewnić należytej opieki swoim pensjonariuszom. Ludzie żyją tu jak zwierzęta, walczą o jedzenie, są bici i upokarzani a system kar jest rozbudowany do granic niemożliwości. Większość lekarzy i opiekunów to ludzie bez serca, którym przyjemność sprawia znęcanie się nad słabszymi. Z tej książki (zresztą inspirowanej faktami) dowiedziałam się, że jedną z popularnych kar było owijanie chorego prześcieradłami, wypranymi we wrzątku lub zanurzonymi w lodowatej wodzie, tak by został tylko mały otwór na usta zapobiegający uduszeniu. Ofiara zostawała w takiej pozycji przez kilka godzin. Nasza bohaterka, kobieta w już widocznej ciąży, podczas "duszenia prześcieradłem" poroniła. Placówki psychiatryczne tamtych czasów był ośrodkami zamkniętymi, nikt ich nie kontrolował a informacje przenikały tylko w jedną stronę. Dla ludzi zamkniętych w środku nie było praktycznie żadnej nadziei. A zamykali tam często Bogu ducha winnych ludzi, których jedynym przewinieniem była zbytnia rozwiązłość, niepoprawne poglądy polityczne, czy błąd w sztuce lekarskiej czy sifilis. Na każdego można było coś znaleźć. Patrząc na to co się dzieje w dzisiejszych czasach minimum 50 procent społeczeństwa należało by zamknąć w pokojach bez klamek.
Oczywiście w dalszej części książki autorka pokazuje nam zupełnie odmienny świat. Inne, lepsze, bardziej "ludzkie" szpitale, gdzie pracuje wykształcona kadra lekarzy i pielęgniarek a pensjonariuszy traktuje się z szacunkiem. Mają oni ograniczoną wolność, swobodę ruchu i jedyni co poważniej chorzy pacjenci są izolowani od ogółu ze względu na kwestię bezpieczeństwa. 
Szczerze powiedziawszy nigdy nie interesowałam się obrazem szpitali psychiatrycznych w Stanach Zjednoczonych w XIX wieku, jednak informacje które wyciągnęłam z tej książki są interesujące i skłaniają do lepszego zgłębienia tematu. Autorka potrafi zainteresować, a dzięki szczególnemu stylowi i dobrej prozie w rewelacyjny sposób udaje jej się odtworzyć klimat epoki.

Skupmy się teraz na samej fabule. Początek książki opowiada o losach Grace w szpitalu psychiatrycznym co pozwala nam sądzić, że cała akcja książki będzie się toczyć w ramach tego tematu. Dlatego byłam bardzo zaskoczona kiedy już po kilkudziesięciu stronac wraz z Grace podstępem udało mi się uciec z murów przytułku. I to właśnie w tym momencie diametralnie zmienia się język i gatunek powieści. Zamiast mrocznego thrillera czy powieści psychologicznej dostajemy epokowy kryminał stylizowany na powieści o Sherlocku Holmesie. Metamorfozie ulegają nawet sami bohaterowie. W miejscu dreszczyku pojawia się humor, w miejsce szaleństwa opanowanie i rutyna, a ofiary stają się sprawcami. Długo się zastanawiałam z czym kojarzy mi się ta powieść i w końcu na to wpadłam. Oglądaliście niedoceniony polski serial z zeszłego roku "Belle Epoque"? Uważam, że motywy obu dzieł są bardzo podobne, choć oczywiście wszelki plagiat jest wykluczony.
Autorce w rewelacyjny sposób udało się ukazać mrok za murami, widziałam że doskonale czuje się w konwencji powieści z dreszczykiem, za to odniosłam wrażenie że forma kryminału nieco ją przerosła. Zagadka nie była ani interesująca ani trzymająca w napięciu. Czytając miałam wrażenie, że McGinnis poszła nieco na łatwiznę choć sama fabuła podpowiadała jej różne możliwości. Rozwiązanie zagadki, choć niezbyt oczywiste, jak dla mnie okazało się zbyt proste a fakt, że ze zwyrodnialca i zboczeńca, który powinien zawisnąć na sznurze uczynili ofiarę choroby psychicznej wprost mną wstrząsnął. 

Książka porusza jednak inne ciekawe wątki, które zwróciły mają uwagę. Akcja dzieje się w latach kiedy w Stanach zaczyna działać ruch sufrażystek, kobiet walczących o zrównanie ich w prawach z mężczyznami. Moim zdaniem były to ciekawe czasy, a sam temat walki o równość jest niezwykle interesujący. Dlatego bardzo żałuję, że autorka potraktowała go  pobieżnie. Ja wprost czekałam na więcej faktów.
Książka opowiada również o korzeniach zawodu policyjnego profilera- osoby która na prośbę służb, na podstawie dowodów zbrodni i zebranego materiału jest w stanie określić profil mordercy. Właśnie takim profilerem był nasz doktor Thornhollow. Pokochałam go. Pokochałam jego wnikliwość, inteligencję, szybkie kojarzenie faktów ale także ignorancję, sceptycyzm a nawet bezduszność. 

Nie do końca thriller, nie do końca mroczna opowieść i nie do końca o szaleństwie jednak również nie do końca zła.  To tytuł, który warto przeczytać ze względu na fakty historyczne o których opowiada oraz opis metamorfozy ludzkiej psychiki ze względu na okoliczności i środowisko zewnętrzne. Miłośnicy gotyckich powieści kryminalnych powinni być zadowoleni, Ci którzy liczą na opowieść o ciemnej stronie ludzkiej natury i powolnym nurzaniu się w szaleństwie niech się nie sugerują tytułem i poszukają innych pozycji. Autorka znana jest z powieści fantasy więc jestem w stanie wybaczyć jej drobne niedociągnięcia jako początkującej w gatunku. Wieli plus za język i styl, które dodały powieści smaku. Na pewno się skuszę na więcej. O jedno tylko proszę, o brak kontynuacji, gdyż temat Grace już został wyczerpany. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :





środa, 2 sierpnia 2017

 Tytuł : "Trzecia"
 Autor : Magda Stachula
 Wydawnictwo : Znak Literanova
 Data wydania : 3 lipca 2017
 Liczba stron : 400



 Przestroga


Jest to moje pierwsze spotkanie z autorką i już teraz wiem, że koniecznie muszę nadrobić zaległości. Jak wiecie dość sceptycznie podchodzę do prozy naszych rodzimych autorów jednak z każdą kolejną pozycją mój szacunek i podziw wzrasta. Polska proza w niczym nie ustępuje tej europejskiej czy nawet światowej. "Trzecia" jest dobrze napisaną, poprawnie wystylizowaną powieścią gdzie czytelnik wprost nie może się doczekać rozwiązania zagadki. Autorka ma talent do budowania napięcia i choć sam pomysł na fabułę mnie zaskoczył to końcówka nieco zdezorientowała. Nie powiem żeby była rozczarowująca jednak rzadko się zdarza żeby autor tak szybko rozładował moje napięcie. Było to tak nieoczekiwane, że zasługuje na pochwałę. Można było wymyślić setki różnych zakończeń jednak Magda Stachula pokusiła się o takie, którego najmniej się spodziewałam. Brawo. 

Eliza jest psychoterapeutką. Do problemów innych dołączają jej własne kiedy zdaje sobie sprawę, że
ktoś ją śledzi. Odgłos kroków na bruku, błyskające flesze i wrażenie obecności w mieszkaniu powodują paranoję. Kiedy poznaje Borysa, muzyka jazzowego, szybko proponuje mu wspólne mieszkanie. Ochroniarz w postaci przystojnego artysty powinien zapewnić jej bezpieczeństwo. Jednak czy ukochany mężczyzna okaże się godny zaufania?

Lilianna, kobieta sukcesu, nie może się uporać z utratą mężczyzny, który był dla niej całym światem. Miłość swojego życia poznała na wakacjach. Reszta potoczyła się jak w bajce. Maxim, rosyjski muzyk, przyleciał do polski, by w podwarszawskiej miejscowości zacząć nowe życie. Kiedy jego sekrety wyszły na jaw, Liliana wygoniła go z domu, czego miała żałować jak tylko opadły z niej emocje. Za wszelką cenę stara się go odzyskać jednak mężczyzna przepadł jak kamień w wodę. Pewnego dnia na stacji metra dostrzega go idącego pod rękę z młodą dziewczyna. Zaczyna ich śledzić. Wyjeżdża do Krakowa gdzie dowiaduje się, że jej ukochany zmienił imię i nazwisko. 

Anton, Maxim, Borys- jedna osoba. Jaką straszną tajemnicę skrywa ten mężczyzna?

Zawsze sceptycznie podchodzę do powieści, gdzie głównymi bohaterami są psychologowie czy psychoterapeuci. Wpływ na to ma fakt, że osoba, której pracą jest pomaganie innym ludziom w rozwiązywaniu ich problemów emocjonalnych, powinna być stabilna psychicznie. Ot taki człowiek skała, którego nic nie jest w stanie wzruszyć. Jeśli taka osoba staje się ofiarą psychopaty automatycznie oczekuję, że zachowa nerwy, rozwiąże zagadkę i zachowa się jak profesjonalista. W takich sytuacjach zapominam, że ludzie tych zawodów to jednak takie same osoby jak ja. Uczuciowe, popełniające błędy, strachliwe. Może dlatego na początku książki Eliza wzbudzała same negatywne emocje. Nie zachowywała się jak lekarz, tylko pacjent, a nawet więcej, jak zbieg ze szpitala psychiatrycznego. Słyszała głosy, widziała ludzi, zastawiała w domu pułapki. Tworzyło to straszny kontrast z moim wizerunkiem psychoterapeuty. Na domiar złego w pracy wykazywała się brakiem profesjonalizmu, gdyż zamiast słuchać swoich pacjentów to w myślach skupiała się na własnych problemach. Do mnie w końcu dotarło jak ta młoda kobieta mogła się czuć, jednak obraz psychologów w tej powieści może mieć negatywny wpływ na czytelników, którzy potrzebują pomocy psychologicznej. Jeśli ktoś z problemami przeczyta tę książkę, może sobie pomyśleć następujące : po co mam iść do psychologa, skoro oni tylko siedzą, nastawiają zegarek na konkretną godzinę i udają, że słuchają. Oczywiście wiem, że jest to tylko fikcja literacka, jednak wbrew pozorom książki mają duży wpływ na czytelników. Nasza bohaterka mogła być kimkolwiek innym, chociażby ekspedientką czy bileterką w metrze, nie miałoby to większego wpływu na fabułę.

Teraz wróćmy do samej fabuły, gdyż jest ona niezwykle interesująca. Jak nam zdradza sam tytuł książki nasza główna bohaterka jest "trzecią" na liście.Powiem szczerze, że spodziewałam się seryjnego mordercy lub bezdusznego psychopaty, który kierując się swoją listą będzie zostawiał za sobą krwawy szlak. Jak wspomniałam na samym początku recenzji byłam dość zdezorientowana samym zakończeniem powieści. Teraz, jak już je przemyślałam, to uważam, że było po prostu dobre, inne, zaskakujące i świadczyło o fantazji autorki. Łatwo było, idąc śladem naszych skandynawskich sąsiadów, sprowadzić wszystko do roli fanatycznego mordercy, za to trudniej było wymyślić coś co, choć proste, skłoni czytelnika do przemyśleń. A tak właśnie było w przypadku tej powieści. Choć nie do końca polubiłam Antona, to byłam w stanie zrozumieć jego pobudki, ba... byłam w stanie mu współczuć i rozliczyć. 

Książka porusza również bardzo ważny temat jakim jest nasza prywatność w sieci. W dobie facebooka i innych mediów społecznościowych staliśmy się odkryci. Wystarczy parę kliknięć myszką by obcy ludzie poznali fakty z naszego życia. I nie potrzeba do tego hakerów. Daje to duże pole manewru dla wszelkiego rodzaju psychopatów czy stalkerów, których ofiarą możemy paść. I jest to naszą własną głupotą. Kilka dni temu kolega w pracy pokazał mi aplikację szpiegującą jego własnych znajomych. Logując się do programu widzimy gdzie w danym momencie się znajdują, jeszcze krok i będziemy wiedzieli co robią. Ta książka pokazuje nam jak niebezpieczny może być internet, przestrzega nas przed byciem beztroskim użytkownikiem i daje radę by pewne rzeczy zachować dla siebie. No chyba, że chcemy być"Trzecią".

Sięgając po tę książkę nie spodziewałam się dostać nic innego jak wciągający thriller psychologiczny, który przeczytam i zapomnę. Okazało się jednak inaczej. Jest to mądra lektura z wyraźnym przesłaniem i jednocześnie przestrogą przed nami samymi. Pokazuje nam konsekwencje naszej beztroski. Pokazuje jak różni mogą być ludzie i jak ciężko odkryć to prawdziwe ja. To książka dla każdego. Nie ma tutaj klimatów gore, nie latają noże jednak czuć napięcie, które udziela się czytelnikowi. Polecam również młodym czytelnikom, którzy mogą sporo z niej wynieść. Ta książka to zarówno kawałek dobrej prozy jak i lekcja na przyszłość. Z chęcią sięgnę po poprzednie jak i mam nadzieję następne pozycje autorki.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :