"Hate" Alan Gibbons

"Hate" Alan Gibbons

"Hate" to mocna, oparta na prawdziwych wydarzeniach książka, która na długo pozostanie w umyśle czytelnika. Zainspirowana tragicznym morderstwem Sophie Lancaster powieść, to rozdzierająca historia o miłości, stracie i głęboko zakorzenionych w społeczeństwie uprzedzeniach. Jest to hołd oddany wszystkim ofiarom przemocy i bigoterii. Alan Gibbons stworzył niezwykle realistyczne postaci, z którymi nawiązanie relacji jest rzeczą oczywistą i prostą, ich nostalgiczne myśli były na pierwszym planie mojego umysłu przez cały czas trwania lektury. Książka w dużej mierze opowiada o tym, jak łatwo jest wpłynąć na umysł nastoletniego człowieka, jak podatny jest na manipulacje i jak wielki wpływ ma na nas otoczenie. Jest to ważna książka, może nawet obowiązkowa dla wszystkich nastolatków jednak zainteresuje również dorosłych czytelników. 

Minęło pół roku od śmierci Rose, która umarła w szpitalu w następstwie brutalnego pobicia przez grupę nastolatków. Jej siostra nie może w pełni dojść do siebie. Jej stan się pogarsza kiedy do jej klasy przyłączony zostaje nowy uczeń Anthony, który był świadkiem brutalnej napaści. Choć wszystko widział, sparaliżowany strachem nie udzielił dziewczynie pomocy. Również w toku śledztwa odmówił składania zeznań na korzyść ofiary.
Alan Gibbons usłyszał historię Sophie Lancaster na konferencji nauczycieli. Sylvia Lancaster, matka
dziewczyny, postanowiła podzielić się historią swojej córki. Sophie umarła w szpitalu, w wyniku obrażeń zadanych przez małoletnich sprawców, kiedy wraz ze swoim partnerem wracała do domu. Do tego tragicznego wydarzenia doszło w Stubbylee Park, Bacup Park, Lancashire w 2007 roku. Choć do zdarzeń doszło ponad 10 lat temu, ta tragiczna historia całkowicie zawładnęła umysłem autora, co skutkowało powstaniem tej niezwykle sugestywnej i grającej na emocjach książki.Jednak nadal musimy mieć na uwadze, że choć inspirowana faktami "Hate" jest tylko fikcją literacką, z fikcyjnymi bohaterami, którzy nie mają odbicia w rzeczywistości, i nie są pozbawieni wad.
Brutalnie zamordowana Rosie, była młodą dziewczyną, która dzięki swojemu strojowi, prowokacyjnym poglądom i zachowaniem odstawała od reszty swoich rówieśników. Kolorowa jak balon, krzykliwa jak papuga, zwracała na siebie uwagę. A nasze ksenofobiczne społeczeństwo nie lubi wszelkiej odmienności. Należy pamiętać, że Anglia początków XXI wieku, to państwo pełne patologii i uprzedzeń, które były widoczne szczególnie w małych społecznościach. Choć tragiczny, atak na młodą dziewczynę, był dość łatwy do przewidzenia, gdyż napaści na członków różnych grup społecznych są dość powszechne. Tutaj sprawcy posunęli się za daleko. 
Jednak za daleko posunął się również autor, robiąc z Rosie postać niemalże mitologiczną.  W wyniku tego zabiegu jej siostra, Eve nabrała barw szarości, wtopiła się w tło i choć nadal łatwo jest odczytać jej emocje, przebija przez nie zazdrość zarówno o swoją tragicznie zmarłą siostrę jak również o uwagę ze strony rodziców, którzy nadal walczą o sprawiedliwość, zapominając, że mają jeszcze jedno dziecko. 
Autor skupiony na postaci Rosie, poniekąd zapomina o kolejnej ważnej postaci, którą jest Anthony. Ten młody człowiek zmienił szkołę ze względu na tragiczne i smutne wydarzenia, których stał się uczestnikiem. Uciekł przed patologicznym i agresywnym ojczymem by wraz z matką w nowym miejscu znaleźć spokój i bezpieczne schronienie. Choć ciekawy, wątek ten, został potraktowany dość pobieżnie. Autor uczynił z niego tło by usprawiedliwić zachowanie chłopca. A szkoda, gdyż można było upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i opowiedzieć troszkę więcej o przemocy w rodzinie i jej wpływie na umysł i życie młodych ludzi. Temat również współczesny i ważny w dzisiejszych czasach.


     Choć książka ta porusza niezwykle ważne zagadnienia, jest dobrze napisana i gra na nerwach czytelnika to nie udało mi się przeoczyć pewnych niedociągnięć. Widać, że autor skupił się na samej idei dyskryminacji wśród młodych ludzi. Jego celem był  przekaz o akceptacji inności jako elementu społecznego porządku. I to się oczywiście udało. Jednak wydaje mi się, że chcąc naprawiać społeczeństwo zapomniał o ważnym elemencie jakim jest żałoba i jej wpływ na życie. Sześć miesięcy po śmierci siostry Eve, choć nadal smutna i momentami przerażona, wydaje się być zwykłą nastolatką prowadzącą normalne życie. Ma normalną szkołę, normalnych znajomych, świat toczy się dalej swoim torem. Często odnosiłam wrażenie , że nic się nie stało. Jedynym elementem, który przypominał mi o śmierci Rosie była chora rozpacz jej matki, która w dość szokujący sposób starała sobie radzić ze stratą. Zamiast szukać prawdziwych winnych i od nich domagać się sprawiedliwości uwzięła się na rodzinie Anthoniego, chłopaka którego jedyną przewiną był paraliżujący strach, który nie pozwolił mu działać. 

"Hate" to naprawdę dobra książka, która porusza mnóstwo ważnych tematów. I może właśnie ten natłok wątków jest jej najsłabszą stroną. Rozmawiamy o braku tolerancji i akceptacji inności, o przemocy wśród młodzieży, trudnych relacjach rodzinnych, pierwszej miłości oraz wyjściu z szafy czyli o orientacji seksualnej. I to wszystko na niespełna 300 stronach powieści. Szkoda, że autor nie został przy jednym temacie i nie wykorzystał w pełni jego potencjału. Książka ta zamiast o szeroko pojętej "nienawiści" powinna opowiadać o zbrodni, jaką jest morderstwo, jego przyczynach i tragicznych konsekwencjach, o wpływie na życie innych ludzi, życie które jedno wydarzenie może bardzo łatwo zniszczyć. Autor ma lekką rękę i dobry warsztat, niestety czasem miałam wrażenie, że wszystko poszło mu zbyt szybko, momentami chaotycznie. Choć może właśnie taka jest dzisiejsza młodzież, do której skierowana jest ta książka, chcą wszystko naraz , najlepiej w pigułce. I właśnie "Hate" jest tą pigułką na nietolerancję. Polecam. 

Tytuł : "Hate"
Autor : Alan Gibbons 
Wydawnictwo : Zielona Sowa
Data wydania : 23 maja 2018
Tytuł Oryginału : Hate



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



 

[PRZEDPREMIEROWO] "Ostatni portret Melanii" Ewa Madeyska

[PRZEDPREMIEROWO] "Ostatni portret Melanii" Ewa Madeyska

     "Ostatni portret Melanii" to stylizowana na literaturę z wyższej półki, nietypowa powieść dla kobiet, w której autorka prowokuje inne rodzime pisarki zarzucając im szablonowość, chwytanie się stereotypów i produkowanie powieści w tempie karabinu maszynowego. Czy, książka która wpadła w moje ręce naprawdę jest czymś nowym i czy jej autorka ma jakiekolwiek prawo do krytyki i widocznego wywyższania się? Czy "Ostatni portret Melanii" to literatura, której oczekują polskie czytelniczki? Czy są gotowe na ten zwrot o 180 stopni? Nie znając twórczości ani sylwetki autorki ciężko mi podjąć się analizy tych zagadnień. Jak dla mnie powieść ta, choć napisana świetną prozą i doskonale zredagowana, sprawiła wrażenie pisanej na wyrost, nacechowanej górnolotnością kosztem fabuły. Raczej przerost formy nad treścią niż pełnowartościowe dzieło. 

Melania, po imprezie zaręczynowej, znika z własnego domu. Zaniepokojony nieobecnością kobiety Igor zawiadamia policję. Policjanci, którzy zjawili się w domu Melanii, stwierdzili że nie ma powodu do niepokoju, wszystko wskazuje na to, że kobieta wybrała się na wycieczkę. Igor, wraz z przyjaciółką narzeczonej postanawia na własną rękę odnaleźć Melanię. Trop prowadzi do niebezpiecznych dzielnic Warszawy gdzie dwójka książkowych "detektywów" odkrywa kim naprawdę była Melania. W rozwiązaniu zagadki pomagają im książki znanej kobiecej powieściopisarki Sandry Sauer. 

"Ostatni portret Melanii" to opowieść  drogi, w której dwójka znajomych poszukuje zaginionej
księgowej, a może prawniczki czy anglistki? Nikt tak naprawdę nie wie kim jest tytułowa Melania. Igor poznał ją jako bogatą właścicielkę pięknego domu nad jeziorem, która w wolnych chwilach zajmuje się rozliczaniem PIT-ów i innych wniosków o unijne dotacje. Jest ona również właścicielką galerii, w której mężczyzna wystawia swoje obrazy. 
Za to Nikola, "kobieta która jest w stanie wszystko sprzedać", pracująca w galerii Melanii, zna ją jako anglistkę i projektantkę wnętrz, która swój wolny czas poświęca dobroczyńskim dzieciom pomagając im w szlifowaniu języka angielskiego. 
W miarę postępu książki udaje nam się poznać prawdziwy obraz Melanii i przyznam szczerze, że im dłużej brnęłam w lekturę tym bardziej podziwiałam Igora i Nikolę i ich wytrwałość w poszukiwaniach. Bo czemu ktoś miałby szukać oszustki? Odwrócić się na pięcie, zabrać swoje rzeczy i zapomnieć o lekkomyślnej Melanii. Egoistycznej, rozpuszczonej babie, która nie potrafi odebrać telefonu? Która oszukuje wszystkich dookoła i ma na to wszystko usprawiedliwienie, które pewnie poruszy wielu czytelników? Do mnie to niestety nie dotarło. 
Na stronie wydawnictwa przeczytałam, że wszystkie postacie które poznajemy w książce są "barwne i świetnie sportretowane". Jak dla mnie są one pretensjonalne, przerysowane czasami wręcz karykaturalne. Rozumiem, że głównym celem Pani Madeyskiej było właśnie wyolbrzymienie tego co w literaturze kobiecej jest nagminne i stereotypowe. Jednak czy naprawdę chciała, żeby to wszystko wyszło aż tak groteskowo? Nikola, dziewczyna z kolczykiem w uchu i różowym skuterem, głupio mądry podlotek, którego w ogóle nie da się słuchać. Miało wyjść zabawnie? Niestety. Albo moje poczucie humoru tym razem nie zadziałało albo postać dziewczyny nie zdała egzaminu. A może weźmy pod lupę Igora? Zakochany, młody człowiek, żyjący na łasce i niełasce swojej kobiety. Gnój, który zostawił swoich przyjaciół w potrzebie, nagle biegnie na ratunek? Kobiecie, którą kocha? Szkoda, że w tej książce za grosz nie czuć miłości. Owszem seks, erotyka, pociąg i uczucia czysto zwierzęce są tu na porządku dziennym ale miłość? Czyżby jej brak też był celowym zabiegiem w kierunku napisania prawdziwej anty-kobiecej powieści?

Paradoksalnie najlepszą częścią powieści były fragmenty różnych książek Sandry Sauer, które pojawiały się w formie przerywników. Te skondensowane fabuły powieści kobiecych przedstawiały faktyczny stan naszej rodzimej literatury dla kobiet. O ileż lepiej bym się czuła, o ileż łatwiej by mi się czytało, gdyby autorka napisała jedną, przesadzoną, naszpikowaną wszystkimi skrajnościami powieść w rodzaju wuj matki, zgwałcił psa sąsiadki, który kochał się w siostrze stryjecznej sąsiada z naprzeciwka, niż pseudo pouczającą i dalece poniżającą inne autorki powieść, która nie miała na celu nic innego jak wyśmiać swoje koleżanki po fachu. Zastanawia mnie czy autorka zdaje sobie sprawę, że książki o miłości, te których akcja dzieje się w dworkach czy rozlewiskach (z których tak śmieje się Madeyska), książki o zdradach i złamanych sercach, nadal znajdują się na liście bestsellerów wielu księgarni? Czy autorka zdaje sobie sprawę, że śmiejąc się z ich autorów, obraża również polskie czytelniczki? A może to ja nie zrozumiałam przesłania? Może to ja nagięłam fakty i poddałam wszystko pobieżnej interpretacji? Może faktycznie autorce chodziło o to, że w tych niby błahych powiastkach jest ziarenko prawdy, i rzesze czytelników mogą stamtąd czerpać pocieszenie czy inspirację? Być może, jednak gorycz we mnie pozostała. 

"Ostatni portret Melanii" to dopiero pierwsza część trylogii, choć spokojnie można tę książkę uznać za zamkniętą całość. Przypuszczam, że następne tomy będą po prostu kolejnym pastiszem kobiecych powieści. Ewa Madeyska z pewnością ma talent i doskonały warsztat, z pewnością jej powieści nabite są humorem, jednak tym z gatunku "słodko-gorzki". Nie nudziłam się, nie rzuciłam książki w kąt, choć już w połowie poznałam jej zakończenie. Do końca chciałam rozgryźć zamysł autorki i z przykrością przyznam, że więcej tu było filozofowania niż analizy. Jak dla mnie wystarczy,spotkanie z Melanią uznaję za zakończone. Można przeczytać, choć nie spodziewajcie się fajerwerków. Choć książka miała obnażać ułomności literatury kobiecej, sama idealnie wpisała się w jej kanon.

Tytuł : "Ostatni portret Melanii"
Autor : Ewa Madeyska
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 22.05.2018
Liczba stron : 344

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


"Uzdrawiaczki" Marta Stefaniak

"Uzdrawiaczki" Marta Stefaniak

     Obszerne, kilkuset stronicowe powieści historyczne, to coś co uwielbiam. Przyznam, że "Uzdrawiaczki" są pierwszą książką tego typu, napisaną przez polską autorkę, po którą zdarzyło mi się sięgnąć. Dotychczas skupiałam się na zagranicznych autorach. Pewnie jesteście ciekawi, jak nasza rodzima proza ma się do tej światowej? Otóż byłam pozytywnie zaskoczona. Książka Marty Stefaniak trzyma poziom i w niczym nie ustępuje swoim sąsiadom zza granicy. Ciężko jest napisać tak obszerne dzieło, bez kilku wpadek, jednak "Uzdrawiaczkom" w ogólnym rozliczeniu udało się obronić. Jedno jest pewne : w przypadku tej oto powieści czytelnik doskonale wie za co zapłacił.

Zgromadzenie Uzdrawiaczek istniało od wieków i coraz to kolejni władcy nadawali im nowe przywileje. W większych  miastach powstawały dwory, w których mieszkały parające się zielarstwem uzdrowicielki. Pomagały zarówno bogatym jak i biednym nie oczekując  nic w zamian. Sytuacja się zmieniła wraz z nowym cesarzem Nadborem. Ten ogarnięty paranoją, spodziewający się z każdej strony ataku władca, postawił sobie za cel zlikwidowanie profesji Uzdrawiaczek. Ich dwory
zostały spalone a kobiety wymordowane. Aldzie, dzięki pomocy kochanka, udaje się uciec. Wraz z mężczyzną udają się na północ gdzie, dzięki łasce sołtysa, udaje im się znaleźć nowy dom. Jednak w tych niebezpiecznych czasach, gdzie po lasach chowają się buntownicy, poborcy podatkowi zbierają coraz większe daniny na rozbudowę wojska, ciężko jest przeżyć. 

W jednej z recenzji przeczytałam, że książka należy do gatunku fantastyki. Długo zastanawiałam się nad tym stwierdzeniem i muszę przyznać, że jest na poły prawdziwe. Nie da się ukryć, że świat stworzony przez Martę Stefaniak jest fikcją literacką. Zmyślone są miejsca i imiona, profesje i stopnie wojskowe. Uzdrawiaczki, choć swój pierwowzór wzięły od znachorek lub szamanek, również są zmyśloną grupą zawodową. Można by rzec, że jedyne czego brakuje w tym fantastycznym świecie to magii. Od samego początku tej książki wiedziałam, że coś mi przypomina, z czymś mi się kojarzy. Dopiero zastanawiając się nad powyższą tezą uprzytomniłam sobie, że napisana jest podobnie do książek mojej ulubionej autorki : Trudi Canavan. Marta Stefaniak to taka polska Trudi, jednak bardziej nastawiona na historię niż na magię. "Uzdrawiaczki" to monumentalne dzieło obyczajowe, w którym czas i miejsce akcji wzorowane są na późnych wiekach średnich.

Książka ta to również ciekawe studium ludzkiej psychiki. Nadbor, nowy cesarz, jest człowiekiem opętanym przez demony, które znalazły sobie dom w jego głowie. Z rozdziału na rozdział widzimy jak jego paranoja się powiększa wpływając zarówno na kondycję fizyczną jak i psychiczną. Mężczyzna wszędzie widzi wrogów, chowają się po lasach, wioskach, dworach. Taki człowiek bardzo łatwo poddaje się manipulacji, jest podatny na wpływy. Wykorzystują to jego doradcy, którzy dzięki podejmowanym przez władcę decyzjom, starają się ugrać coś więcej dla siebie. Nadbora wraz z biegiem czasu, kiedy jego panowanie naznaczone jest krwią niewinnych ludzi, zaczynają dręczyć wyrzuty sumienia, które objawiają się w chorobie na ciele bardziej niż na duszy. Mężczyzna boi się o własne zdrowie. 
Jest to również powieść o lojalności. Nadbor, w swojej paranoi, ufa tylko władcom swoich wojsk. Jedno krzywe spojrzenie, jeden wysłany do nieodpowiedniego nadawcy list, jeden krok w złą stronę i już poddany znalazł się na czarnej liście. Skazany,  nie ma żadnych szans na ucieczkę. Jego majątek zostaje oddany komuś innemu, rodzina zabita a sojusznicy wytropieni. Zagrożeniem są również chłopi, którzy ukrywają po chatach zapasy i zbiegłe Uzdrawiaczki. Nikt w dzisiejszych czasach nie jest bezpieczny. Jeżdżący po wioskach żołnierze torturują chłopów, którzy gotowi są przyznać się do wszystkiego. Ludzie wydają swoich sąsiadów a nawet własne rodziny. Wioski, są palone, nawet jak nikomu nie udowodniono winy- ku przestrodze. Cesarstwo powoli zaczyna się zmieniać w morze krwi. Lojalność traci na wartości. 

"Uzdrawiaczki" są powieścią niezwykle szczegółową. Widać, że autorka jest wielbicielką wszelkich detali. Wszystkie ruchy naszych bohaterów są opisane z precyzją. Jeśli by wyciąć powtarzające się szczegóły dnia powszedniego z ponad 700 stron wyszłoby około 500. Fabuła troszeczkę przypomina "Chłopów" Władysława Reymonta (z tej dobrej strony), wraz z naszymi bohaterami przeżywamy wiosnę, lato i zimę, uczymy się siać zboża, zbierać plony i hodować zwierzęta. A gdzieś na tym tle toczą się losy całego cesarstwa, również podatne na cykliczność pór roku. Dopiero gdzieś pod koniec książki (powiedzmy, że około 600 strony) akcja dochodzi do punktu kulminacyjnego i nasi bohaterowie zaczynają przechodzić metamorfozę. Jej finał był dla mnie zaskakujący i powiem, że dodał książce pikanterii i smaku. 

Ciężko jest napisać tak obszerne dzieło, które do samego końca będzie trzymało czytelnika w napięciu. Zabiegiem, który sprawił, że tak było w przypadku tej powieści było napisanie jej z kilku różnych perspektyw : ogarniętego paranoją cesarza, ukrywającej się uzdrawiaczki, dowódcy cesarskich wojsk oraz paru innych. Patrząc ich oczami widzieliśmy pogrążające się w mroku królestwo i oczekiwaliśmy nieuchronnej zguby. "Uzdrawiaczki" to dobrze napisana, ciekawa choć nieco przydługa powieść o nieufności i zdradzie lecz również miłości i obowiązku niesienia pomocy potrzebującym. Jest to pierwsza książka Marty Stefaniak, którą przeczytałam jednak wiem, że nie ostatnia. Gratuluję pomysłu i czekam na więcej. Polecam. 

Tytuł : "Uzdrawiaczki"
Autor : Marta Stefaniak
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 3 kwietnia 2018
Liczba stron : 780


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

"Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta" Łukasz Krzyżanowski

"Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta" Łukasz Krzyżanowski

     Łukasz Krzyżanowski, w nagrodzonej książce "Dom, którego nie było" opowiada o losach społeczności żydowskiej przed i powojennego Radomia. Ta obszerna praca doktorska, to doskonałe studium polskiej mentalności, na przykładzie zamkniętej i dość hermetycznej społeczności. Radom to miasto gdzie przed wojną ludność żydowska stanowiła jedną trzecią populacji. W wyniku działań wojennych ponad 30 000 ludzi zmuszonych było do opuszczenia własnych domów. Część z nich została zamordowana, części udało się przeżyć i wrócić do powojennego miasta. Jednak to już nie był ich dom, to nie byli ich sąsiedzi. Miasto i jego mieszkańcy stali się obcy, a nazwa "dom" straciła swoje symboliczne znaczenie. 

Czytelnicy szybko się zorientują, że mają do czynienia z pracą naukową. Jest ona co prawda wspaniale i szczegółowo udokumentowana, zawiera spisane historie prawdziwych ludzi oraz piękne zdjęcia i ilustracje, jednak nadal jest zbiorem faktów, danych i statystyk. Z jednej strony czuć, że autor (pomimo swojego młodego wieku) jest zafascynowany tematem społeczności Żydowskiej, z drugiej choć skupia się na jednostce ludzkiej, ma ciągoty do podpierania się liczbami. Zwykły
czytelnik, nawet ten najbardziej zainteresowany tematem, nie będzie w stanie sprostać przyswojeniu takiej ilości danych na raz.  Dlatego uważam, że książka jest raczej lekturą uzupełniającą dla studentów historii niż literaturą faktu dla amatorów . Choć w sumie, może warto się skusić chociażby dla tych pięknych zdjęć i wzruszających historii?

Z książki tej jasno wynika, że Polacy (z góry przepraszam za generalizowanie) są narodem nie dość, że antysemitów to jeszcze rasistów. W Radomiu przed wojną żyło kilkadziesiąt tysięcy Żydów, jednak tylko mały procent z nich zajmował stanowiska publiczne lub zaliczał się do tak zwanej "inteligencji". W rękach ludności żydowskiej znajdowały się za to : handel, adwokatura i zawody związane z medycyną. Czy uważacie, że człowiek który był zdolny skończyć prawo i założyć własną kancelarię, nie nadawał się do pełnienia funkcji publicznych? Oczywiście, że nie. To jego sąsiedzi, bogobojni chrześcijanie, utrudniali mu karierę polityczną. I tak już było przed wojną. Kiedy na teren Radomia wkroczyły wojska niemieckie sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu i na jaw wyszły wszystkie nasze wady. A dlaczego? Gdyż teraz urąganie, poniżanie, zastraszanie a często i przemoc wobec żydów był usankcjonowane prawnie. Zmieniły się normy społeczne i tym samym mogliśmy ukazać nasze prawdziwe oblicze.  Nie lubiliśmy Żydów ani "Żydokomuny", baliśmy się wszystkiego co niechrześcijańskie a zarazem obce, a z drugiej strony zazdrościliśmy wyznawcom judaizmu łatwości z jaką przyswajali wiedzę, ambicji oraz wytrwałości w dążeniu do celu. 

Już w pierwszych tygodniach po zakończeniu II Wojny Światowej, Żydzi, szczególnie Ci umieszczeni w okolicznych obozach pracy, zaczęli wracać do domów. Jednak domów tych już nie było. Co prawda miasto nie zostało zniszczone w wyniku działań wojennych jednak opuszczone przez izraelitów kamienice i domy, znalazły nowych lokatorów . Często zdarzało się, że w oknach powiewały te same firanki, w pokojach stały te same meble a na stołach błyszczała porcelanowa zastawa, tylko właściciel był teraz inny, polski, chrześcijański.
Z początku powracający z niewoli czy (w późniejszych latach) z emigracji próbowali za wszelką cenę odzyskać dawne życie, wrócić do wspólnoty w której się wychowali by razem ze swoimi bliskimi leczyć rany. Jednak z braku miejsca zamieszkania i w wyniku doświadczania przykrości a często i brutalnej siły od swoich niegdysiejszych najbliższych sąsiadów, decydowali się na ucieczkę. 
Część z nich kierowała swoje kroki do niemieckich obozów tymczasowych, gdzie czekali na możliwość wyjazdu na Zachód czy do Stanów Zjednoczonych. Część wybrała drogę na Wschód, do nowo powstałego państwa Izrael. Tylko nieliczni z ocalałych Żydów zdecydowali się pozostać w Radomiu. Potworzyły się skupiska semickiej ludności, które połączyła wspólna przeszłość. Jednak nigdy nie udało im się odrodzić przedwojennej społeczności. Wpływ na to miało wiele czynników. Po pierwsze, ocalałych Żydów w Radomiu była zaledwie garstka, po drugie dawni liderzy i inteligencja nie przeżyli wojny lub skompromitowali się pracą w judenracie. Po trzecie, przebywający w powojennym mieście Żydzi, działali w trudnych, antysemickich warunkach, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem. Niedaleko Radomia, w Ostrowie Mazowieckim, władze miasta wpadły na pomysł, znakowania obywateli wyznania mojżeszowego, choć nigdy nie doszło to do skutku sama idea była przejawem skrajnego antysemityzmu. Żydzi mieli również ograniczony dostęp do szkolnictwa wyższego, a w okresie powojennym w niektórych miastach organizowane były pogromy. To wszystko sprawiało, że społeczność Żydowska żyła w własnych, zamkniętych "gettach" i powoli się kurczyła. 

"Dom, którego nie było" to brutalna książka, która ukazuje czytelnikowi suche fakty jednak nie pozbawiona jest komentarzy i swojego rodzaju oceny. Widać, że autor piętnuje zachowanie Polaków w stosunku do obywateli żydowskich. Choć nie jest to powiedziane wprost, ze stron bije smutek i rozczarowanie. To książka nie tylko pełna dat i nazwisk. To również podsumowanie historii narodu i jednostki, którym przyszło żyć w niesprzyjających czasach. Smutna choć niestety prawdziwa. Polecam przeczytać. Ku przestrodze. 

Tytuł : "Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta"
Autor : Łukasz Krzyżanowski
Wydawnictwo : Czarne
Data wydania : 21 lutego 2018
Liczba stron : 376


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 

 
[PRZEDPREMIEROWO] "Toń" Marta Kisiel

[PRZEDPREMIEROWO] "Toń" Marta Kisiel

     Zabierając się za ten tytuł wiedziałam tylko dwie rzeczy : autorką jest Marta Kisiel i z recenzją mam zdążyć przed 23 maja czyli datą oficjalnej premiery książki. Okładka również nie sugerowała zbyt wiele. Z początku myślałam,że mam do czynienia z zabawną powieścią new adult z wątkiem kryminalnym. Moje zaskoczenie było ogromne kiedy po kilkudziesięciu stronach przekonałam się, że "Toń" jest przedstawicielką gatunku fantasy. Dla mnie, wielbicielki wszelkiego rodzaju fantastyki, książka od razu zdobyła kilka dodatkowych punktów. Z drugiej jednak strony, grono jej odbiorców zostanie na pewno solidnie ograniczone. A szkoda, gdyż proza Marty Kisiel, choć z pogranicza slangu młodzieżowego, jest naprawdę rewelacyjna. 


Dżusi Stern, osiedlowa sex bomba i wieczna studentka, na wezwanie ciotki Klary, opuszcza Opole i przyjeżdża do Wrocławia by zaopiekować się kotem i mieszkaniem ciotki. Wraz z siostrą Eleonorą od małego były uczone trzech głównych zasad panujących w domu : nikogo nie wpuszczamy do środka, nie zostawiamy mieszkania bez opieki i nie zadajemy pytań na temat śmierci rodziców. Klara, choć starsza od sióstr tylko o kilka lat wychowywała je twardą ręką. Teraz, postanowiła wyjechać na wakacje, w rejs po wyspach karaibskich, i potrzebowała pomocy obu kuzynek. 
Już pierwszego dnia, kiedy Dżusi została sama w domu, dopuściła się rzeczy karygodnej. Kiedy na
progu stanął uroczy antykwariusz, niewiele myśląc złamała jedną z kardynalnych zasad i wpuściła go do domu. Mężczyzna przyszedł odebrać rzecz, którą obiecała mu Klara w zamian za odnalezienie poszukiwanego przez nią przedmiotu. Mężczyzna zwany Ramzesem wychodząc zabrał ze sobą małe prostokątne pudełko. Utrata pudełka uruchomiła lawinę zdarzeń, których nie dało się już cofnąć. 

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy jest styl i warsztat Marty Kisiel, w kuluarach zwanej Ałtorką. Choć nie ma czemu się tutaj dziwić : nie jest to pierwsza książka autorki. Ma ona na swoim koncie sporo prac, z którymi koniecznie muszę się zapoznać, może nawet wraz z córką. Język powieści jest z pewnością skierowany do młodszych czytelników. Jest to połączenie mowy potocznej z wrocławskim slangiem choć zdarzają się piękne, wręcz malowniczo rozbudowane fragmenty, w których autorka opisuje nam zdarzenia czy miejsca. Choć dialogi są zabawne, opisy proste a sam wydźwięk powieści jak najbardziej młodzieżowy, to niektóre części książki, szczególnie te dotyczące wypraw w czasie, są naprawdę mroczne. Często wywołują ciarki na plecach. Nieustannie kojarzyły mi się z horrorami, które oglądałam ze względu na swoją plastykę czy z początkowymi utworami Stephena Kinga. Autorka w niesamowity sposób potrafi budować klimat powieści, śmiejemy się kiedy mamy się śmiać, wstrzymujemy oddech w zaplanowanych momentach a przez cały czas towarzyszy nam zaciekawienie i chęć odkrycia zagadki zaginionych rodziców dziewczyn.

Podróże w czasie to dość popularny temat wśród książek fantasy. Wydawać by się mogło, że ciężko będzie napisać coś nowego, odkrywczego, co nie zanudzi czytelników lub nie sprawi wrażenia skopiowanego lub łagodniej mówiąc"inspirowanego" twórczością innych autorów. Marta Kisiel sięgnęła aż do mitologii greków i osławionej rzeki Styks oddzielającej świat żywych od krainy umarłych. To właśnie ona jest symbolem czasu i oby móc swobodnie w nim podróżować potrzebujemy wykwalifikowanego przewodnika, monety oraz paru kropel Belladony. I oczywiście zegarka i kogoś kto go odpowiednio nastawi. Jak widzimy mamy tutaj do czynienia z połączeniem współczesności z dawnymi mitami. Jeśli dodać do tego Strzygonia, czyli naszego rodzimego wampira, sympatycznego zegarmistrza oraz siostry tkające nić przeznaczenia (kolejny odnośnik do mitologii) wtedy wyjdzie nam istna mieszanka wybuchowa. Jednak tym razem taki miszmasz zdał egzamin i sprawił, że książka wciągnęła mnie bez reszty. 
Zostając jeszcze chwilkę przy naszych głównych bohaterach to są oni prawdziwą galerią osobliwości. Mamy tutaj przebojową, wulgarną, średnio pojętną Justynę Stern, wieczną studentkę i fankę wysokich obcasów, która nie da sobie w kaszę dmuchać oraz Eleonorę, która jest jej kompletną przeciwnością. Ubrana na czarno pani bibliotekarka, bojąca się korzystać z transportu publicznego to zamknięta w sobie trzydziestoletnia kobieta, która w życiu kieruje się zdrowym rozsądkiem i zmysłem organizacji. Ciotka Klara, ognistoruda piękność, kryjąca w sobie wiele tajemnic, to stara panna, która niczym lwica broni dostępu do swojego pokoju i swojej przeszłości. 
Każda z postaci, którą poznajemy w książce, jest indywidualnością. Dobrze wykreowaną sylwetką, której nie sposób jest nie polubić. 

Jednak "Toń" oprócz zagadki i podróży w czasie w poszukiwaniu jej rozwiązania ma drugie, głębsze dno związane z moralnością człowieka. Jeśli nie wiecie o co chodzi to jak zwykle chodzi o pieniądze- jak mówi stare porzekadło. I to nie o byle jaką kwotę a setki ton złota, nazwane "Złotem Breslau", ukrytym przez hitlerowców skarbem. To właśnie w pogoni za fortuną zginęli rodzice Dżusi i Eleonory. Zaślepieni możliwością zgarnięcia wielkich pieniędzy zaszli w miejsca, z których nie było już powrotu. Umierając nie tylko osierocili kilkuletnie dziewczęta. Zmusili również młodą, niespełna szesnastoletnią Klarę do zaopiekowania się kuzynkami tym samym niszcząc jej dzieciństwo (z książki się dowiecie, że niszczyli je już wcześniej). Czy kogoś takiego możemy żałować? Ja jak już się dowiedziałam co lub kto był przyczyną śmierci Ludwika i Ireny, w ogóle nie czułam żalu. 
Moment osierocenia dziewczyn jest moim zdaniem najsłabszym ogniwem całej książki. Zastanowiło mnie jakim cudem, niespełna 16 lat temu, czyli w czasach prawie nam współczesnych, gdzie komputery stały w prawie każdym domu i nawet żule spod budki z piwem mieli telefony komórkowe, nikt się nie zorientował że zginęła dwójka dorosłych ludzi. Jakim cudem w kamienicy, gdzie mieszkała największa plotkara Radomia, nikt się nie zainteresował losem trójki mieszkających samotnie dzieci? W końcu Klara, kiedy spadła na nią rola opiekuna, też była jeszcze dzieckiem. Gdzie była wtedy opieka społeczna?  I dlaczego, będąc praktycznie w tym samym wieku, Eleonora i Dżusi tak drżały ze strachu na sam widok swojej ciotki? 

"Toń" pomimo drobnych wpadek merytorycznych (bądź zwykłego niedopracowania szczegółów) jest naprawdę ciekawą i wciągającą (jak ton) powieścią fantasy. Zabawne dialogi, wartka fabuła, ciekawie zarysowane wątki historyczne oraz opisy Wrocławia przeszłości wszystko to składa się na ciekawą lekturę bez względu na wiek czytelnika. Jest to powieść warta spędzenia z nią leniwego popołudnia. Polecam.


Tytuł : "Toń"
Autor : Marta Kisiel
Wydawnictwo : Uroboros
Data wydania : 23 maj 2018
Liczba stron : 416


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 





 




"Kształt wody" Guillermo del Toro, Daniel Kraus

"Kształt wody" Guillermo del Toro, Daniel Kraus

     W momencie kiedy film niespecjalnie przypadł mi do gustu, książka okazała się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Choć wiedziałam czego się spodziewać, powieść nadal potrafiła mnie zaskoczyć. Książka ta ukazuje wszystkie wady i zalety ludzkości, z jednej strony mamy do czynienia z nowoczesnym społeczeństwem, a z drugiej z moralnością jaskiniowca, dążeniem do stania się przyzwoitym człowiekiem kiedy w głębi duszy chcemy zaspokoić swoje najskrytsze, często lubieżne pragnienia. To jednocześnie smutna, bolesna historia o miłości oraz dająca nadzieję na przyszłość dla całej ludzkości, opowieść. 

Elisa, niema młoda kobieta, od 13 lat zatrudniona jest w tajnym rządowym laboratorium jako sprzątaczka. Pewnego dnia w sektorze F1 spotyka humanoidalną istotę uwięzioną w ogromnym
zbiorniku wodnym. Zafascynowana wodnym stworem zaczyna przynosić mu jedzenie oraz dzielić się "muzyką". Po pewnym czasie między dziewczyną a morskim stworzeniem zaczyna rodzić się uczucie silniejsze od ciekawości i przyjaźni. Elisa zdaje sobie sprawę, że Dovonian nie może pozostać w laboratorium, gdyż poddawany eksperymentom wkrótce umrze. Zakochana postanawia go uwolnić. 

Jest to jeden z najdziwniejszych romansów paranormalnych jakie dane było mi przeczytać. Związek między człowiekiem a wampirem, to już temat oklepany. Człowiekiem i wilkołakiem też już było. No i oczywiście nie możemy zapomnieć o "Pięknej i bestii", gdzie główna bohaterka zakochała się w prawdziwym potworze. Ale miłość między człowiekiem a rybą? Jak czytałam książkę, mój mąż się ciągle pytał : był sex? I muszę przyznać, że mnie samą ciekawiło na jakiej płaszczyźnie zakończy się ten związek i czy fizyczność nie stanie na przeszkodzie miłości. Okazało się, że prawdziwe uczucie jest w stanie przezwyciężyć wszystko. Czytając tę książkę ciągle się zastanawiałam dlaczego nie ma tutaj "normalnych" bohaterów, zwykłych szarych ludzi, jacy chodzą po zwykłych szarych ulicach. Każda postać jest oryginalna, każda reprezentuje jakąś grupę społeczną, której istnienie w latach 60-tych XIX wieku było piętnowane, stygmatyzowane lub po prostu spotykało się z brakiem zrozumienia. Książka ukazuje prawdziwe realia czasów Zimnej Wojny. Spotykamy tutaj sierotę niemowę, homoseksualistę, czarną sprzątaczkę oraz żonę, która cieszy się nowo odzyskaną wolnością. Jednak to czarny charakter, cierpiący na PTSD były żołnierz, obecnie naukowiec, trzyma w swoich rękach całą władzę. Reszta jest prześladowana w sposób, który kilkadziesiąt lat później wyda się całkowicie bezsensowny i niezrozumiały. 

"Kształt wody" to dość specyficzna a zarazem nowatorska książka. Sam pomysł miłości między człowiekiem-rybą a kobietą-niemową narodził się w głowie Daniela Krausa już w liceum. Jednak to znajomość z Guillermo del Toro popchnęła pisarza do napisania powieści. Równolegle zaczął powstawać scenariusz do filmu, który miał wejść na ekrany kin w tym samym czasie. Kraus skupił się na książce, Toro na filmie i choć oparte na tym samym pomyśle, różnią się detalami. 
Drugą rzeczą, która wyróżnia tę książkę z tłumu jest natłok rozdziałów i perspektyw. Osobiście wolę kiedy rozdziały są długie, wyważone i skupiają się na garstce głównych bohaterów. Z początku się obawiałam totalnego chaosu oraz potraktowania tematu po łebkach. Pamiętajcie : książka jest pisana z sześciu różnych punktów widzenia, posiada ponad setkę rozdziałów a to wszystko zawarte jest na zaledwie 400 stronach. Wynika z tego, że przeciętny rozdział zajmuje zaledwie 4 stronice. Czy w tym czasie zdążymy poznać naszych bohaterów? Utożsamić się z nimi, czy chociażby polubić? Choć z początku w to nie dowierzałam okazało się to łatwe. Kraus wraz z Toro wpakowali w każdy rozdział tyle osobowości, tyle użytecznych i znaczących dla fabuły informacji oraz emocji, że utożsamienie się z naszymi bohaterami było zwykłą bułką z masłem. 

Niestety muszę wspomnieć o jednej rzeczy (oczywiście przypomniał mi o tym mąż). Czytając książkę, byłam świadkiem najgorszego opisu sceny erotycznej z jakim się spotkałam we współczesnej literaturze.  Na miejscu autorów pozostawiłabym ten akt w tak zwanym "niedopowiedzeniu" niż ładowała się w opisywanie scen, które już w samej wyobraźni wydają się być iście groteskowe. 

Nie chciałam by ta recenzja była porównaniem książki z filmem jednak muszę wspomnieć, że dla mnie zawsze słowo pisane będzie mieć większą wartość. W obrazie ruchomym nie da się przedstawić wszystkiego ze szczegółami, nie da się uzewnętrznić naszych bohaterów nie zanudzając widza na śmierć. W filmie wszystko toczyło się szybko jak lawina śnieżna. Nasza bohaterka poznała tajemniczą istotę, na następny dzień się w niej zakochała by pod koniec tygodnia oddać życie. W książce autorze dali nam więcej czasu na pogodzenie się z tym iście egzotycznym romansem. Poznaliśmy co naprawdę myślałam Elisa, jak zmieniały się jej uczucia względem człowieka-ryby. Widzimy jak ewoluowała miłość. 
Ponadto w książce jest więcej szczegółów, chociażby piękna i ciekawa opowieść o żonie Stricklanda, czy opis jego działań w amazońskiej dżungli. Różnią się również detalami oraz po części interpretacją, co dla uważnego czytelnika będzie miało kardynalne znaczenie. 

"Kształt wody" to ciekawa, egzotyczna i nowatorska opowieść o miłości pomiędzy człowiekiem a humanoidem. To fantastyczna książka o nadziei, kierowaniu się w życiu dobrocią oraz szacunku dla inności. Autorzy ukazali jak frustrująca i wyniszczająca może być samotność, jednak wystarczy się rozejrzeć a dostrzeżemy nici łączące nas z innymi ludźmi, i zdamy sobie sprawę, że nigdy tak naprawdę nie jesteśmy sami. Polecam z całego serca. 

Tytuł : "Kształt wody"
Autor : Guillermo del Toro, Daniel Kraus
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 27 lutego 2018
Liczba stron : 431
Tytuł oryginału : The Shape Of Water



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

 
"Kroniki kota podróżnika" Hiro Arikawa

"Kroniki kota podróżnika" Hiro Arikawa

Sama się zastanawiałam, już po zamówieniu egzemplarza recenzenckiego, co mnie podkusiło by sięgnąć po tę pozycję. Po pierwsze niezbyt przepadam za kotami, po drugie zmęczona Murakamim, którego nie potrafiłam czytać (a tym bardziej zrozumieć), obiecywałam sobie, że literaturę japońską ograniczę do komiksów. Jednak jest coś takiego w tym tytule, może chodzi o piękną okładkę, może o porównanie wydawcy do "Oskara i Róży", że nie mogłam sobie darować. I muszę się przyznać, jest to jedna z lepszych, pobudzających zmysły i wyzwalających uczucia książek jakie przeczytałam w tym roku.


Srebrny van był jego stałym miejscem odpoczynku. Ciepła maska sprawiała, że kot nawet w zimie czuł względne ciepło. No i właściciel vana często przynosił coś dobrego do jedzenia. A to kawałek mięsa a to garść suchej karmy. Kot, w przeciwieństwie do innych dachowców, czuł się szczęśliwy. Jednak pewnego dnia zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Jadący z nadmierną prędkością samochód potrącił Kota i połamał mu tylną łapę. Doczołgawszy się do srebrnego vana zwierzę, zaczęło miauczeć wzywając pomocy. Zjawił się właściciel samochodu i zabrał poszkodowanego do weterynarza. Od tej pory pomiędzy mieszkającym samotnie Satoru oraz nazwanym Nana
czworonogiem wywiązała się przyjaźń na śmierć i życie.
Pięć lat później, w wyniku pewnych "okoliczności" Satoru zmuszony został do znalezienia nowego domu dla swojego pupila. Z kotem w samochodzie podjął się wyprawy po japońskich wyspach w poszukiwaniu przyjaciół z przeszłości, którzy mogliby przygarnąć zwierzę.

Jeszcze nigdy nie czytałam powieści drogi, w której jednym z głównych bohaterów jest kot. Na samym wstępie miałam dość mieszane uczucia. Prosty, często naiwny czy wręcz banalny styl autora sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, jaki typ czy grupa wiekowa czytelników jest targetem tej książki. Czy to powieść dla dzieci? A może dla młodzieży? Wydawca nigdzie o tym nie wspomina. Jednak z biegiem czasu ( i fabuły) zdałam sobie sprawę z uniwersalnych wartości przemyconych w tej książce, oraz z jej niezwykłości.
Większość czytelników, zarówno polskich jak i zagranicznych, recenzując powieść wspomina, że jest ona niezwykle smutna. Część popłakała się podczas czytania, część tylko mięła w rękach chusteczki. Lekturę ukończyłam dopiero kilka godzin temu, więc może nie jest jeszcze czas na wyciągnięcie ostatecznych wniosków, jednak ja odebrałam tę powieść w zupełnie inny sposób. Oczywiście fabuła jest smutna, szczególnie kiedy czytelnik się w końcu domyśli powodu przymusowego rozstania z kotem, jednak moim zdaniem autorowi zależało na tym, by zasiać w czytelnikach ziarenko nadziei i wiary. Zamiast płakać, powinniśmy cieszyć się z tego, jak twardą osobą był Satoru, jak bardzo zależało mu na najbliższych i jaką odwagą wykazał się w swoim życiu by oszczędzić swoim najbliższym cierpienia. Tak naprawdę jest to książka o tym, żeby się nie poddawać, że nic w życiu się nie kończy, nic nie ginie bezpowrotnie, a w naszych sercach powinna być radość nie smutek- choć smucić się jest łatwiej.

Nie spodziewałam się, że ta niepozornych rozmiarów książka, okaże się dziełem na poły filozoficznym, szczególnie kiedy głównym narratorem jest kot. I to kot nie byle jaki, ale taki z krwi i kości. Jeśli kiedykolwiek w życiu,ktoś by mnie zmusił do scharakteryzowania psychiki tych zwierząt, odesłałabym go do tej właśnie powieści. Nano, jest jak żywy przedstawiciel tego gatunku : złośliwy, chodzący własnymi drogami, przemądrzały i zamknięty w sobie. Z drugiej strony lojalny, wierny i ufny, choć to cechy dość rzadkie u kotów. Podobnie rzecz się ma z Satoru, gdyż jego psychika również została tutaj obnażona. Po przeczytaniu tej książki, zdajemy sobie sprawę, że ta dwójka była sobie przeznaczona i to nie tylko ze względu na zbieżność charakterów. Po prostu taka jest karma. Dwie "osoby" spotkały się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie i ich losy zostały ze sobą splecione na zawsze.

Podróż Satoru z Nano to podróż ścieżką wspomnień, przyjaźni i sentymentów. Młody mężczyzna, którego osierocili w młodości rodzice, i zmuszony był mieszkać wraz z ciotką w coraz to nowych miejscach, wyrusza na poszukiwania swoich przyjaciół z dzieciństwa. Na każdym przystanku, podczas tej wycieczki, czeka na nas rozbudowana retrospekcja, w której cofamy się do szczenięcych lat Satoru. Lat wypełnionych zarówno cierpieniem jak i beztroską, które w szczególny sposób ukształtowały naszego bohatera. Poznajemy najbliższe mu osoby, jego otoczenie i pasje. Wraz z nim przechodzimy szczenięce zauroczenie i czas studiów. Dowiadujemy się wszystkiego o narodzinach przyjaźni, tej prawdziwej do grobowej deski.
Podróż ta to również kalejdoskop pięknych krajobrazów Kraju Kwitnącej Wiśni. Przeplatają się tutaj obrazy pokrytego śniegiem Tokyo, łąk pełnych kwitnących chabrów czy czerwonej, jesiennej jarzębiny. Japonia to pasące się luzem konie, samotna góra Fudżi oraz promy, otwierające swe metalowe szczęki by połknąć wyruszające w podróż samochody. Po przeczytaniu tej książki, moje serce wyrywa się do kraju samurajów.

"Kroniki kota podróżnika" to jednocześnie rozdzierająca serce opowieść o przyjaźni oraz zabawna historia o podróży pana i jego kota. Hiro Arikawa, jak przystało na japońskiego pisarza, odwalił bardzo dobrą robotę w graniu na nerwach i uczuciach czytelnika. Choć do samego końca zaciskałam kciuki wiedziałam, że finał będzie raczej słodko-gorzki. Polecam wszystkim.

P.S Pewnie zastanowi was, dlaczego na okładce mamy do czynienia z czarnym kotem, kiedy w rzeczywistości Nana był biały, z kilkoma ciemniejszymi plamkami. Otóż inspiracją, dla oryginalnej okładki był znaleziony w internecie obraz Shuai Liu, japońskiego rysownika, którego pasją były koty. Ot, taka wisienka na torcie.

Tytuł : "Kroniki kota podróżnik"
Autor : Hiro Arikawa
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 5 kwietnia 2018
Liczba stron :  240
Tytuł oryginału : Tabineko Ripoto (旅猫リポート)



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

 

"Życie bez Ciebie" Katie Marsh

"Życie bez Ciebie" Katie Marsh

     "Życie bez Ciebie" to typowy przykład literatury obyczajowej i równocześnie książka jakiej możemy się spodziewać po cyklu "Kobiety to czytają". Cykl ten skierowany jest do tych czytelniczek, które gustują w prostych, życiowych historiach, często wyciskających łzy z oczu. I taka właśnie jest ta książka. Katie Marsh postawiła na klasykę gatunku i temat, który zawsze będzie współczesny : konflikt w rodzinie połączony z nieuleczalną chorobą. To zawsze trafi do czytelników, gdyż każdy z nas znajdzie podobne przykłady we własnej rodzinie, dlatego książka może nam się wydać bliska, skierowana do zwykłego czytelnika, który w każdej chwili może doświadczyć tego samego. Pomimo, że mało odkrywcza nadal wzbudza emocje, a fakt że napisana jest dobrym stylem sprawia, że zyska sobie grono fanek. 

Pozostały ostatnie minuty do momentu kiedy Zoe musi zejść na dół i stanąć przed ołtarzem by wypowiedzieć słowa przysięgi małżeńskiej.Jej narzeczony Jamie wraz z całą rodziną i ponad setką zaproszonych gości już czeka w Kościele. Szykując się do zejścia młoda kobieta odbiera telefon od przyjaciółki swojej matki, która prosi ją o pomoc. Matka Zoe została aresztowana i osadzona w celi z powodu kradzieży. Choć dziewczyna od lat nie kontaktowała się z rodzicielką, rzuca wszystko i w sukni ślubnej kieruje się na komisariat. 
Już na miejscu okazuje się, że Gina, nie jest tą samą osobą co jeszcze kilkanaście lat temu. Cierpi na poważne zaburzenia psychiczne i zaniki pamięci, które sprawiają, że ona sama staje się zagrożeniem
dla otoczenia. Zoe zabiera matkę do domu i czeka na diagnozę, która sprawi że jej życie przewróci się do góry nogami. 

Już nie raz pisałam, że recenzować książki obyczajowe jest trudno, a często jest to wręcz niemożliwe. Są to zazwyczaj powieści, w których fabuła jest mało skomplikowana, zwrotów akcji jest jak na lekarstwo a naszym autorom zależy nie na tym, żebyśmy przeskakiwali z wątku na wątek tylko skupili się na problemach i psychice naszych bohaterów. Dlatego dobry recenzent jest w kropce. Musi wybrać : albo zaryzykować i spojlerować albo ograniczyć się do krótkiej notki z podsumowaniem najważniejszych cech powieści. No oczywiście można jeszcze lać wodę, jednak w tym przypadku zabieg ten byłby raczej groteskowy. Ja postanowiłam troszkę pospojlerować. 
Nasza książka w 90 procentach opowiada o ciężkiej, nieuleczalnej chorobie Alzheimera. Takich powieści było już wiele, i to pisanych z różnych perspektyw, nawet samego dotkniętego tą chorobą człowieka. Tym razem poznajemy Ginę, 56 letnią kobietę, która całe życie poświęciła na wychowanie dwóch córek i choć jej małżeństwo nie należało do szczególnie udanych, parła przez życie z uśmiechem na ustach. Kiedyś czytałam, że pierwsze objawy choroby Alzheimera widoczne są już w początkach 30 roku życia. Człowiek zaczyna zapominać słów, coraz częściej gubi rzeczy. Jednak większość młodych ludzi nie zdaje sobie sprawy, że są to symptomy choroby która naznaczy ich przyszłość, a w gruncie rzeczy ją odbierze. Gina, była młodą kobietą, kobietą wykształconą, która całe życie przepracowała jako organizatorka cudzych zajęć : najpierw organizowała życie swoim córkom, potem pracowała jako sekretarka. Cieszyła się życiem, brała z niego garściami. Takie osoby nie powinny chorować. Właśnie to było w tej książce najsmutniejsze. Gina totalnie nie pasowała do profilu osoby chorującej na Alzheimera, dlatego patrząc jak jej stan się pogarsza czułam niewysłowiony smutek. Niestety, Alzheimer stał się chorobą cywilizacyjną i w dzisiejszych czasach choruje na niego coraz więcej osób. I to osób coraz młodszych. Kiedy zachoruje bliska nam osoba z początku jest to szokiem. Zdajemy sobie sprawę, że nasze życie odmieni się o 180 stopni. To tak jak by w naszym dorosłym życiu pojawiło się małe dziecko, które zamiast dorastać cofa się do okresu niemowlęctwa. Nie każdy jest w stanie temu podołać. Jednak co zrobić? Czy możemy skazać dorosłego człowieka na zamknięcie w domu opieki? Czy mamy do tego prawo? Nawet jeśli jest naszym rodzicem?

"Życie bez Ciebie" to również książka opowiadająca o konfliktach w rodzinie. Poznajemy Ginę i jej męża Alistera. Zakochani od pierwszego wejrzenia, szybko podjęli decyzję o ślubie. Dopiero po latach zdali sobie sprawę, że do siebie nie pasują. On wojskowy, zorganizowany typ, ona po części hipiska, bałaganiara i lubująca się w wieczornych drinkach niezależna kobieta. Czy z tego mogło wyjść coś dobrego? Na dokładkę dochodzą problemy dorastających nastoletnich córek. 
W wyniku jednego nieszczęśliwego zdarzenia Gina i jej córka Zoe przestają się do siebie odzywać. I to na ponad 10 lat. Jednak każdego roku, w każde urodziny Zoe jej matka pisze do niej list, w którym opowiada o swoich uczuciach, przeprasza i błaga o wybaczenie. To właśnie te listy były najmocniejszą stroną całej książki, po prostu chwytały mnie za serce. 

Książka Katie Marsh to smutna opowieść o losach rodziny, którą rozdzielił los i tragiczne wydarzenia z przeszłości, opowieść, którą "pożarłam" w jedno-bardzo emocjonalne-popołudnie. Autorka w cudowny, subtelny i znakomity sposób opisała jedno z najpotężniejszych uczuć na świecie : miłość między matką a córką. Historia opowiadana przez Zoe oraz spisana przez jej rodzicielkę, jest pełna i prowadzi do finału,  w którym poznajemy obie kobiety. Jest to książka o przebaczeniu, dorastaniu oraz o tym jak choroba może podzielić rodzinę a miłość ostatecznie utorować drogę do uzdrowienia napiętych relacji. Koniecznie tego nie przegap.

Tytuł : "Życie bez Ciebie"
Autor : Katie Marsh
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 10 kwietnia 2018
Liczba stron : 416
Tytuł oryginału : A Life Without You

Za możliwość przeczytania oraz zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 

"Pięć lat kacetu" Stanisław Grzesiuk

"Pięć lat kacetu" Stanisław Grzesiuk

     Grzesiuka czytałam już w szkole średniej jako lekturę uzupełniającą. Jednak muszę przyznać, że zarówno upływ lat jak i fakt, że miałam do czynienia z wersją ocenzurowaną, po części zatarły moje wspomnienia związane z tą lekturą. Dlatego jak tylko się dowiedziałam, że wydawnictwo Prószyński i S-ka podjęło się wydania trylogii Grzesiuka, i do tego w pełnej autorskiej wersji, wiedziałam że koniecznie muszę po nią sięgnąć. Pierwsze wydanie, 13 lat po zakończeniu II Wojny Światowej, rozeszło się jak świeże bułeczki, kolejki w bibliotekach były na ponad rok. Teraz dostęp do tego dzieła jest łatwiejszy jednak mam nadzieję, że równie szerokie grono czytelników sięgnie po tę pozycję. To prawdziwe świadectwo człowieka, który pięć długich lat spędził w obozach koncentracyjnych. Świadectwo pozbawione martyrologii czy oceniania, zupełnie różne od wspomnień innych ludzi, którym udało się przeżyć. 

Stanisław Grzesiuk, choć urodzony w małej miejscowości pod Chełmem, wychował się na warszawskim Czerniakowie, jednej z biedniejszych części stołecznego Mokotowa. Kiedyś była to dzielnica ciesząca się złą sławą, szemranym towarzystwem i słynąca z dużego bezrobocia. Trzeba
było naprawdę być sprytnym lub mieć znajomości by znaleźć zatrudnienie pozwalające się utrzymać. Dlatego "Chłopaki z Czerniakowa", jak lubił się nazywać sam Grzesiuk, byli kombinatorami i cwaniakami. To właśnie te cechy zapewne pozwoliły mu przetrwać i się odnaleźć w obozowej rzeczywistości. 
W 1939 roku, Grzesiuk, aresztowany został przez Gestapo, za posiadanie broni, i wysłany na roboty przymusowe do Niemiec. Po pobiciu gospodarza, u którego pracował, wylądował w obozie koncentracyjnym w Dachau. Przenoszony z jednego do drugiego obozu wrócił do kraju dopiero po zakończeniu wojny. 

Ofiary wojny zazwyczaj dzielą się swoimi doświadczeniami już w samym momencie wyzwolenia. Jedni opowiadają swoje historie dziennikarzom, jeszcze inni występują w audycjach radiowych. Są też tacy co piszą książki. Jednak łączy ich jedna cecha wspólna : chcą jak najszybciej podzielić się swoim bagażem doświadczeń, wyrzucić z siebie jeszcze świeże wspomnienia, opowiedzieć światu o bestialstwie i terrorze jakiego doświadczyli. Z Grzesiukiem było inaczej. Swoje wspomnienia zaczął spisywać w sanatorium gdzie trafił kilka lat po wyzwoleniu. W jednym z wywiadów wnuczka pisarza wspomina, że pisanie było dla niego formą terapii. Jak wiadomo po wojnie dostęp do specjalistów był ograniczony, a nasz autor czuł przemożną potrzebę podzielenia się swoimi przeżyciami z rodziną, przyjaciółmi i tymi wszystkimi, którzy chcą go wysłuchać. Jednak jak długo można opowiadać historie, których było nieskończenie wiele? Choć był znakomitym gawędziarzem, to książkę pisał w całkowitej samotności, zamknięty w sanatoryjnym pokoju, przy słabym świetle lampy. 

Stanisław Grzesiuk, z zawodu elektromechanik, nie miał żadnego doświadczenia z zakresu pisarstwa. I to widać. Ten specyficzny, prosty, pełen neologizmów i (nie oszukujmy się) mało liryczny język, jakim napisana jest książka, niektórych może odrzucać, jednak dla mnie był oznaką prawdziwości. Zresztą, jako warszawiance, gwara tego miasta jest mi niezwykle bliska- szczególnie zamiłowanie do zdrobnień. Ten prosty styl, bez górnolotności i patetyczności, sprawia że książkę czyta się niezwykle lekko, prawie tak jak by słuchało się opowieści młodego chłopaka, którym był podczas pobytu w obozach koncentracyjnych. 
"Pięć lat kacetu" nie jest książką piętnującą hitlerowskie obozy śmierci. To dzieło, które nie ocenia tylko opisuje wydarzenia które rozgrywały się na oczach autora. Jest to książka o tym jak wyglądało życie obozowe, co trzeba było robić żeby przeżyć, jakie cechy psychiczne były najważniejsze. Autor w dość chaotyczny sposób ( często nie jest zachowana chronologia zdarzeń i ich miejsce) opowiada różne historie, jak na przykład o próbach zdobywania jedzenia czy wyniszczającej pracy, ponad ludzkie siły. Dowiadujemy się również czym była i jak wyglądała hierarchia obozowa, począwszy od strażników, przez kapo i zwykłych więźniów, a skończywszy na dole drabiny społecznej gdzie znajdowali się "przeznaczeni" na śmierć muzułmanie. Grzesiuk w swojej książce zachowuje dystans do otoczenia. Opowiada o zbrodniach, które widział na własne oczy, i to nie tylko tych popełnianych przez hitlerowców. Zdarzało się również, że oprawcami byli Polacy. Jako jedyny z polskich autorów, porusza wrażliwy temat homoseksualizmu wśród więźniów oraz męskiej prostytucji. 

"Pięć lat kacetu" to również książka o przyjaźni, która była w stanie się narodzić w warunkach obozowych. Doskonałym przykładem jest postać księdza Józefa Szuberta, który trafił do obozu w Dachau. Z początku obaj mężczyźni mieli do siebie stosunek dość ambiwalentny, jednak po kilku spędzonych na rozmowie wieczorach dotarli się i zrozumieli. Razem, dzięki sprytowi, udawało im się unikać najcięższych spraw. Przyjaźń ta przetrwała również w latach powojennych. 
Jednak osobą, z którą Grzesiuk zaprzyjaźnił się na przysłowiowe "dobre i złe" był Stefan Krukowski. 

Cała książka napisana jest z dużą dozą ironii, wręcz humoru i stoicyzmem, który momentami przeraża. Straszliwe zbrodnie na ludziach, które autor widział na własne oczy, są opisane z takim spokojem, że wydają się jeszcze bardziej przerażające. Choć autorowi udało się przeżyć pięć lat w najgorszych nazistowskich obozach pracy i odcisnęło to swoje piętno na jego psychice, książka wydaje się być pozbawiona emocji. Jest to zwykły opis dnia codziennego oczami "czerniakowskiego barda". Myślę, że każdy powinien przeczytać tę książkę, chociażby ze względu na fakt jej inności od innych utworów literatury lagrowej. A na dodatek wydawnictwo wznowiło autorskie, oryginalne wydanie powieści, gdzie fragmenty ocenzurowane w czasach powojennych zostały zaznaczone. Ciekawy element porównawczy. Polecam. 

Tytuł : "Pięć lat kacetu"
Autor : Stanisław Grzesiuk
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 18 stycznia 2018
Liczba stron : 616


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 

 
 

"Alienista" Caleb Carr

"Alienista" Caleb Carr

Uwielbiam! Nie obchodzi mnie opinia innych sugerująca, że "to wszystko już było", to "kolejny odgrzewany kotlet" czy "kolejna, może nawet dobra odsłona Sherlocka Holmesa". "Alienista" to wciągająca, nie pozwalająca zmrużyć oka powieść, gdzie fikcyjne postacie spacerują wśród żywych. Caleb Carr zabrał mnie w świat Nowego Yorku końcówki XIX wieku i muszę przyznać, że jego styl i język jest prawdziwym wehikułem czasu. Całe szczęście , że został mi do obejrzenia jeszcze serial gdyż ciężko będzie się pożegnać z doktorem Laszlo Kreizlerem i jego wesołą kompanią. 

Nowy York, lata 90 XIX wieku, na moście Williamsburgskim odnalezione zostaje skatowane ciało nastoletniego chłopca. Ofiara ma odrąbaną dłoń, wyłupione oczy oraz liczne rany cięte. Jeden z funkcjonariuszy policji rozpoznaje w ofierze  chłopięcą prostytutkę z jednego z rozlicznych nowojorskich burdelów. Na miejscu zdarzenia zjawia się, poinformowany telegramem, miejscowy
dziennikarz John Moore.
Nowojorska policja, ze względu na kontrowersyjny zawód chłopa, postanawia nie podejmować oficjalnego śledztwa. Jednak jej szef, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych Theodore Roosevelt, powołuje tajną grupę, której celem jest złapanie sprawcy. Na jej czele staje znany doktor, alienista i psychopatolog, Laszlo Kreizler. Wkrótce się okazuje, że znaleziony na moście chłopiec nie jest pierwszą ofiarą brutalnego mordercy. 

Caleb Carr, amerykański historyk wojskowości oraz pisarz, zafundował nam wspaniałą ucztę czytelniczą. Za względu na swoje wykształcenie oraz fascynację historią Stanów Zjednoczonych potrafił odwzorować Nowy York końcówki XIX wieku, w taki sposób, że miałam wrażenie przeniesienia w czasie. I nie chodzi tylko o topografię miasta ale o jego obyczajowość. Nowy York w powieści naszego autora to miasto skrajności i kontrastów, miasto gdzie obok siebie mieszka "400 pierwszych rodzin" oraz mafie różnych narodowości, które trzęsą podzielonym na sektory półświatkiem. Miasto zostało podzielone niczym tort, na dzielnice wpływów. A gdzieś w tym wszystkim żyją imigranci, którzy ściśnięci w czynszówkach i oficynach żebrzą o kromkę chleba. Życie tu kwitnie nie tylko na ulicach, również dachy przylegających do siebie kamienic są ścieżkami dla ludzi różnych zawodów. To właśnie tędy przemieszczają się położne, kaznodzieje, domokrążcy i poborcy podatkowi. 
Jednak Nowy York to nie tylko zatłoczone mieszkania, rozpusta w mrocznych lokalach z tanim napitkiem czy gnój na ulicach. To również symfonia smaków i zapachów. Miejsce gdzie działa włoska restauracja Delmonico, serwująca rozkosze podniebienia godne królów a kilka przecznic dalej w operze wystawiane są dzieła największych mistrzów. To miasto pełne zamożnych ludzi i wpływowych polityków.
Również bohaterowie naszej powieści wydają się być bardziej prawdziwi niż tego oczekiwałam. Jak dobrze wiemy "Alienista" jest książką fikcyjną, choć posiłkuje się prawdziwymi historiami o prawdziwych seryjnych mordercach (Jesse Harding Pomeroy, czy H.H Holmes, często przytaczana jest również postać angielskiego Kuby Rozpruwacza, terroryzującego Londyn). Również Theodore Roosevelt jest postacią jak najbardziej autentyczną (autentyczna jest również jego pozycja zawodowa, którą obejmował w powieści). Dlatego tym większe było moje zdziwienie jak się dowiedziałam, że nigdy nie istniała taka osoba jak nasz główny bohater Laszlo Kreizler. Jest to postać tak prawdziwa, tak doskonale odmalowana, że aż dziw bierze że nigdy nie chodziła ulicami Nowego Yorku. Nie udało mi się również odnaleźć żadnej wzmianki o jej pierwowzorze, więc muszę zaufać że była ona wytworem wspaniałej wyobraźni autora. 

"Alienista" to  thriller psychologiczny i powieść detektywistyczna połączone w jedną spójną całość. To książka z rodzaju tych, w których nie ważne jest tak naprawdę kto zabił, tylko dlaczego. Celem naszych "detektywów" oprócz analizowania materiału dowodowego jest również stworzenie profilu psychologicznego sprawcy, co w tamtych czasach jeszcze nie było praktykowane. Nasi bohaterowie często muszą działać po omacku chwytając się technik, które jeszcze nie były na porządku dziennym jak na przykład daktyloskopia, lub tych z pogranicza magii, jak odbicie mordercy w oczach ofiary, które można odtworzyć na fotograficznej kliszy. Nie mamy tutaj do czynienia ze szczegółowym analizowaniem miejsc zbrodni czy zebranych tam dowodów. Analizowana jest między innymi psychika innych morderców, historia życiorysu sprawcy oraz książki ówczesnych lekarzy na temat ludzkiej psychiki i działania mózgu. A wszystko to zmierza po nitki do kłębka, kręcąc się wokół jednego z retorycznych pytań : co powoduje zachowaniem człowieka, wolna wola czy wychowanie? Caleb Carr na podstawie ówczesnych badań oraz samych wywodów naszego głównego bohatera stara się na nie odpowiedzieć. 

"Alienista" to naprawdę wspaniała książka, która dzięki znakomitym bohaterom, zabawnym dialogom i rozbudowanej fabule, jest w stanie wciągnąć czytelnika bez reszty. Choć ma grubo ponad 500 stron, dla mnie to było za mało. Szybko się zorientowałam, że ciężko będzie mi się rozstać z naszymi bohaterami (tęsknota już mi się udziela). Jeśli lubicie książki, które nie tylko dostarczają rozrywki ale również zmuszają nas do zastanowienia i włączenia "mózgu" to serdecznie polecam. Warto. 

Tytuł : "Alienista"
Autor : Caleb Carr
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 18 kwietnia 2018
Liczba stron : 544
Tytuł oryginału : The Alienist

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


 
"O człowieku, który stracił cień" Joyce Carol Oates

"O człowieku, który stracił cień" Joyce Carol Oates

     Joyce Carol Oates jest jedną z moich ulubionych współczesnych pisarek. Jej powieści są niezwykle głębokie, emocjonalne, strukturalnie złożone, pełne głębokich charakterystyk bohaterów. Muszę przyznać, że powieść "O człowieku, który stracił cień" jest jedną z lepszych powieści autorki i moim zdaniem jedną z bardziej kontrowersyjnych, poruszającą temat tabu, jakim jest związek między lekarzem a pacjentem, i to pacjentem szczególnym. Choć proza Oates jest dość ciężka i wymaga skupienia, uważam że warto poświęcić tej książce kilka wieczorów. 

Elihu Hoopes, jest człowiekiem bez cienia. W wyniku infekcji i wysokiej gorączki mężczyzna doświadczył uszkodzenia mózgu co w konsekwencji doprowadziło do utracenia zdolności zapamiętywania. Mózg Elihu pamięta tylko 70 sekund wstecz, więc wszystkie wspomnienia pamięci długotrwałej są na zawsze utracone. 
Margot Sharpe, badacz połączeń mózgowych i neurobiolog, zafascynowana przypadkiem mężczyzny
postanawia zbadać granice jego mózgu i ten do tej pory nieznany przypadek chorobowy. Choć mężczyzna ze spotkania na spotkanie zapomina kim jest prowadząca sesje terapeutyczne kobieta, nie przeszkadza jej to w rozpoczęciu flirtu. 

Jest mnóstwo osób, zarówno na polskich jak i amerykańskich portalach recenzenckich, które uważają, że książka propaguje nieprofesjonalne i często wręcz nieetyczne zachowania w środowisku lekarskim. Owszem, przyznaję, że związek między Elihu i Margot (jeśli tak można to nazwać) jest dość kontrowersyjny, jednak podczas lektury całej książki, nigdzie nie zauważyłam by autorka podjęła się oceny jego etyczności. Choć podeszła do tematu emocjonalnie, obeszło się bez krytyki czy gloryfikacji. Przedstawiona została historia dwójki ludzi i ich relacji, i to czytelnik ma, w zgodzie z własnym sumieniem, podjąć się oceny. 
A próba oceny tej książki, przynajmniej w moim przypadku, jest niezwykle trudna. Z jednej strony jestem zafascynowana postacią Hoopesa, mężczyzny który w wieku 37 lat, zatrzymał się w czasie na 70 sekund. Często łapałam się na tym, że z książką w ręku, zastanawiałam się jak musiało wyglądać jego życie, kolaż 70 sekundowych ruchomych obrazów. Jak ja bym się czuła w takiej sytuacji? Czy tak da się żyć? Ta fascynacja pomieszana z przerażeniem (jedna z najlepszych mieszanek) sprawiała, że nie mogłam odłożyć książki na półkę. Fragmenty o tożsamości i pamięci były niezwykle poruszające. 
Z drugiej strony mamy historię Margot Sharpe i jej relacji z "przedmiotem" swoich badań. Na wstępie chcę zaznaczyć, że nie zamierzam krytykować żadnych zachowań naszej głównej bohaterki, tylko zwrócić uwagę, że czasem odnosiłam wrażenie, że autorka na siłę wprowadziła element romansu by popchnąć całą fabułę do przodu, a portret zauroczonej chorym na amnezję mężczyzną niezbyt pasuje do postaci Margot, kreowanej na stąpającą twardo po ziemi, profesjonalną i poważną panią neurobiolog. 

Muszę również przyznać, że dość powtarzalny język autorki, nie przypadnie do gustu dużej ilości (szczególnie tym przyzwyczajonym do prostych form) czytelników. Musimy jednak pamiętać, że jednym z naszych głównych bohaterów jest osoba, dla której co 70 sekund, świat zaczyna się od nowa. Ktoś, kto nie pamięta co zrobił pięć minut temu, nie wspominając nawet o dalszej przeszłości. Oczywiście, że podczas sesji terapeutycznych będziemy się powtarzać. Powtarzalność i swoista dynamika słowna są znakiem szczególnym tej książki i często sprawiają, że fabuła staje się momentami dziwna i chaotyczna. Czasem odnosiłam wrażenia, że to ja (odbiorca) cierpię na amnezję, a autorka w szczególny sposób stara się na siłę wtłoczyć mi do głowy pewne fakty i pojęcia. To wszystko nadaje książce pewien szczególny rytm jednak bliżej mu do rozprawki naukowej niże powieści obyczajowej. Dlatego uważam, że "O człowieku, który stracił cień" jest książkę trudną a nie lekturą, która zrelaksuje czytelnika. 
Sytuacja zmieniła się gdzieś w połowie książki, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że Margot traktuje Elihu jako kogoś więcej niż pacjenta. Właśnie wtedy bardziej zaczyna się skupiać na jego przeszłości, i osobach sprzed choroby, które znały mężczyznę. To od nich wydobywa informacje kim jest tajemnicza kobieta z rysunków jej pacjenta. Rozpoczyna fantazjować, jak by to było zostać żoną Elihu. Jej fantazja powoli zamienia się w obsesję. Kobieta robi pierścionki, które mają imitować obrączki ślubne. Dostrzegamy, że traci dystans i profesjonalizm, a jej lekarska opinia nie jest wynikiem dogłębnej psychologicznej analizy tylko własnych pragnień i fantazji. 

"O człowieku, który stracił cień" to powieść nie tylko o mężczyźnie który cierpi na amnezję. Paradoksalnie jej główną bohaterką jest niezwykle samotna i rozżalona kobieta, która opętana pragnieniem miłości, zakochuje się w mężczyźnie który nawet nie pamięta jej imienia. Właśnie to za każdym razem łamało mi serce, gdyż dzięki prostocie i emocjonalnej prozie Oates, było niezwykle prawdziwe. 
To była zdecydowanie ciekawa i wciągająca lektura, i mam wielką nadzieję że ją w pełni zrozumiałam. To powieść z pogranicza obyczajowości i nauki, pełna profesjonalnych zwrotów, które mają duży wpływ na rytm książki. Skupiona główne na utracie pamięci, i badaniu tej choroby, jest unikatową lekturą. 

Tytuł : "O człowieku, który stracił cień"
Autor : Joyce Carol Oates
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 3 kwietnia 2018
Liczba stron : 552
Tytuł oryginału : The Man Without A Shadow

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

 
"Biała chryzantema" Mary Lynn Bracht

"Biała chryzantema" Mary Lynn Bracht

      "Biała chryzantema" to trudna w odbiorze książka, jednak jestem zadowolona, że ją przeczytałam. To pięknie napisany hołd dla koreańskich kobiet, które wyrwane wraz z korzeniami, zmuszone były opuścić własny kraj i pełnić funkcję"dam do towarzystwa" podczas japońskiej okupacji. W rzeczywistości były zwykłymi niewolnicami, zmuszanymi do kontaktów seksualnych z japońskimi żołnierzami. Powieść ta to również hołd ku pamięci wszystkich kobiet zgwałconych podczas trwających działań wojennych. 

Hana, starsza z sióstr, zaczyna swoją opowieść od 1943 roku, kiedy to nauczona przez matkę, stała się haenyeo, poławiaczką owoców morza. Choć pod okupacją japońską, wioska w której wychowała się Hana, była stosunkowo spokojnym miejscem a jej mieszkańcy cieszyli się znaczną swobodą. Pewnego dnia do wioski przyjeżdżają japońscy żołnierze. Hana staje w obronie czci własnej siostry za co trafia do niewoli i zostaje wywieziona do domu publicznego w odległej Mandżurii. Choć zmuszona zostaje do pełnienia roli "pocieszycielki" nie zamierza się poddawać.
Jest rok 2011, Amy opowiada swojej rodzinie o smutnej przeszłości. Nie wspominając o wywiezieniu Hany spowiada się z własnych równie tragicznych przeżyć, oraz smutnym losie, którego doświadczyła jej wioska rodzinna. 

Zawsze ciężko mi czytać o przemocy jakiej doświadczają kobiety, szczególnie jeśli nie mówimy o
jednostkowych przypadkach, tylko o tysiącach zniewolonych istot. Czytając zdajemy sobie sprawę, że autorka poświęciła dużo czasu na zbadanie historii Korei, szczególnie w czasach japońskiej okupacji. Historia, którą opowiada rozdziera serce, wręcz wywraca wnętrzności - jednak to tylko zwykłe słowa, a tak naprawdę w tej książce nie ma nic zwykłego. Mary Lynn Bracht, w notce edytorskiej, wspomina, że z dziesięciu tysięcy zniewolonych przez Japończyków koreańskich kobiet, do czasów dzisiejszych dożyło tylko czterdzieści cztery. Mamy tylko czterdziestu świadków makabrycznych wydarzeń, którzy doczekali się czasów, kiedy mogą zostać wysłuchani. A co by powiedziało pozostałe dziesięć tysięcy kobiet? Jakie opowieści zostały wraz z nimi zabrane do grobu? Choć "Biała chryzantema" jest fikcją literacką, już na samym początku powieści dostrzegamy inspirację życiem tych wszystkich kobiet, które zmuszone zostały do opuszczenia rodziny. Jest to ich wspólny głos za światów, głos wołający o zatrzymanie się i wysłuchanie ich tragicznej historii. 

Uwielbiałam obie siostry : Hanę za jej niezłomny charakter oraz Amy szukającą zakończenia swojej tragicznej historii. Jak napisałam na początku mojej recenzji "Biała chryzantema" jest książką niezwykle trudną w odbiorze. Niektóre sceny są niebywale realistyczne ale nie możemy się ich bać gdyż wydarzenia te zdarzyły się naprawdę. Jestem wdzięczna autorce, że nie pozbawiła ich brutalności. Niech te sceny i obrazy przypominają czytelnikom o tym, że w wielu miejscach na świecie nadal żyją kobiety traktowane jak niewolnice. Kobiety, które są mimowolnymi ofiarami wojen toczonych przez mężczyzn. I to właśnie one płacą za to największą cenę. Hana była "pocieszycielką", miała pomagać japońskim żołnierzom w radzeniu sobie ze stresem i szokiem pourazowym. Ta choroba została już zdiagnozowana, nazywa się PTSD, choć nadal nie ma na nią lekarstwa, to można leczyć pacjentów objawowo. A co z kobietami które, o ile uda im się wrócić do domu, przeżywają traumę? Ze strachu przed społecznym ostracyzmem, oraz odtrąceniem przez rodzinę, boją się opowiadać o tym co je spotkało. Gwałt i wykorzystywanie seksualne w wielu krajach nadal jest przedmiotem tabu, w krajach muzułmańskich często winą za zhańbienie wciąż obarczana jest kobieta. To właśnie o tym wszystkim, o tych tragicznych i często skrajnych przypadkach, ma nam przypominać to książka.

"Biała chryzantema" to bardzo dobrze napisana powieść historyczno-obyczajowa, opowiadająca o losach dwóch sióstr, jednej której uwięziono ciało i drugiej, której uwięziono "ducha". Autorka dogłębnie zbadała temat i nie bała się używać ostrych słów i malować wyrazistych, często makabrycznych obrazów. To również książka pełna kontrastów, w której poznajemy Koreę współczesną i tę historyczną. Jak myślicie czy ta smutna historia zasługuje na szczęśliwe zakończenie? Sprawdźcie sami. 

Tytuł : "Biała chryzantema"
Autor : Mary Lynn Bracht
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Liczba stron : 412
Data wydania : 6 marca 2018
Tytuł oryginału : White Chrysanthemum


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
"Walden, czyli życie w lesie" Henry David Thoreau

"Walden, czyli życie w lesie" Henry David Thoreau

     Jako rasowa czytelniczka i wielbicielka literatury w ogóle uważam, że każdy szanujący się wielbiciel książek powinien od czasu sięgać po klasykę. Tak się złożyło, że tym razem to wydawnictwo Rebis wznowiło nakład książki jednego z najbardziej znanych  transcendentalistów, amerykańskiego filozofa Henriego Davida Thoreau. Powiem szczerze : "Walden, czyli życie w lesie", zbiór esejów opublikowanych przez autora po dwuletnim pobycie w lesie, gdzie mieszkał i izolował się od społeczeństwa, to dość ciężki orzech do zgryzienia. Rzecz, którą trzeba sobie odpowiednio dozować, gdyż przedawkowanie może skończyć się awersję do klasyki. Nie należy się jednak zrażać. "Walden" już nie jest tak współczesny jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu jednak nadal zawiera uniwersalne prawdy oraz idee przynależne transcendentalistom i prymitywistom, z którymi warto się zapoznać. 

Henry David Thoreau zaniepokojony kierunkiem w jakim zmierza społeczeństwo Zachodu, oraz
wszechobecnym konsumpcjonizmem i obojętnością na niszczenie natury, postanowił przez okres dwóch lat zamieszkać samotnie w lesie i żywić się tylko tym co sam będzie w stanie wyprodukować. Książka, zbiór esejów autobiograficznych, wydana została w 1854 roku, na koszt własny autora. Szybko stała się biblią współczesnych ekologów oraz jednym z reprezentatywnych przykładów nurtu transcendentalnego w literaturze amerykańskiej. 

Muszę przyznać, że dzieło Thoreau, jak przystało na prawdziwy esej filozoficzny, jest lekturą trudną i wymagającą prawdziwego skupienia. Jest to książka wprost naładowana emocjami. Często odwołuje się do badań innych filozofów, czerpie garściami z Biblii oraz z dzieł  wschodnich autorów. Autor popisuje się tutaj swoim wykształceniem, pamięcią oraz niezwykłą erudycją. Bogaty z domu miał czas oraz sposobność na ukończenie Uniwersytetu Harvarda. Widać, że książka pisana była pod wpływem silnych emocji, które wyzwoliła alienacja od społeczeństwa. Thoreau w jednym zdaniu stara się zawrzeć jak najwięcej informacji, co powoduje, że często mamy wrażenie że skaczemy z tematu na temat. W jednym akapicie poruszonych może zostać kilka wątków, dlatego tak ważne jest żeby czytać najlepiej w samotności i w całkowitym skupieniu. I nie więcej niż jeden esej na raz, da to nam okazję do zastanowienia się nad słowami autora, które zasługują na głębokie przemyślenie. Przypisy, fragmenty dzieł innych twórców, głęboka analiza społeczeństwa zachodu, wszystko to sprawia, że ta trudna lektura jest dodatkowo dość męcząca i momentami powtarzalna i nudna. 

Krytycy Thoreau podkreślają, że cała książka jest jedną wielką kpiną i prowokacją. Po pierwsze autor tak naprawdę nie mieszkał w sercu lasu tylko na jego obrzeżach, nad brzegiem jeziora Walden, częstym miejscem spacerów okolicznej ludności i turystów, gdzie jeśli się przysłuchać słychać było przejeżdżający niedaleko pociąg. Po drugie ziemia, na której zbudował swój dom, należała do jednego z jego przyjaciół a materiały potrzebne do budowy domu opłacone zostały z rodzinnej fortuny. Podobnie rzecz się ma z wyżywieniem . Choć autor próbował zajmować się hodowlą i sadzeniem roślin większość z jego produktów żywieniowych pochodziła od okolicznej ludności, która przychodziła go odwiedzać zaciekawiona człowiekiem żyjącym "na dziko" w lesie. Czy takiemu człowiekowi można ufać? Czy tak naprawdę naszemu autorowi udało się wyalienować i całkowicie odseparować od idei konsumpcjonizmu? A może postanowił zostać eremitą by zdobyć popularność i sławę w kręgach filozoficznych? Tego zapewne się nie dowiemy, dlatego pozostaje nam albo wyrobić sobie własne zdanie albo zaufać pochlebcom lub krytykom, a tu głosy podzieliły się gdzieś po połowie. 

W dzisiejszych czasach na półkach w księgarni możemy znaleźć mnóstwo książek opowiadających o idei minimalizmu i o tym jak zbawienny wpływ ma na nasze życie. Różne nowo powstałe filozofie skandynawskie szczegółowo opisują jak się pozbyć z domu niepotrzebnych rzeczy a z otoczenia, wywierających zły wpływ ludzi. To właśnie Thoreau był prowodyrem i ojcem tych wszystkich ruchów. To właśnie natura była dla niego źródłem poznania. Człowiek, w zgodzie z naturą, powinien odkryć samego siebie. Życie w zintegrowanym społeczeństwie sprawia, że zaczynamy wzorować się na innych tracąc po drodze własną tożsamość. Dopiero opuszczenie społeczeństwa i życie łonie natury wyzwoli w nas energię potrzebną do przeprowadzenia stosownych zmian. 
W dziele filozofa widzimy prawdziwą fascynację naturą. "Walden" to prawdziwy, kolorowy i żywy opis lasu i jego mieszkańców : zarówno fauny i flory. 

Dziś, wyczyn jakiego się podjął Thoreau, byłby raczej niewykonalny. Próbował Ben Grills i paru innych zapaleńców jednak wszędzie ścigają nas sponsorzy i telewizja. Być naprawdę samemu, wyrwać się ze społeczeństwa konsumpcyjnego, i zaszyć w lesie jest praktycznie ponad nasze siły. Świat stał się globalną wioską gdzie to nie natura jest źródłem poznania a międzyludzkie interakcje. Dlatego powieść Thoreau wyzwoliła we mnie pewien sentyment i tęsknotę za czasami minionymi, które niestety mam okazję poznać tylko dzięki świadectwom dawnych ludzi. Polecam wam ten zbiór esejów, choć to lektura trudna to warto się z nią zapoznać. Sam styl, użycie skomplikowanych figur retorycznych, oraz szczera krytyka społeczeństwa to coś obcego we współczesnej literaturze. Zapewniam , że przeniesiecie się w czasie. 

Tytuł : "Walden, czyli życie w lesie"
Autor : Henry David Thoreau
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 27 lutego 2018
Liczba stron : 368
Tytuł oryginały : Walden, Or Life In The Woods 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


 
Liczba stron :
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger